13 stycznia 2026

Zostaw uchylone – Rozdział 2


Zanim powiesz „tak”


Amanda spełniła prośbę męża. Skutecznie wymęczyła syna różnymi grami i zabawami oraz stanowczo za długą kąpielą. Mały Pedro, co prawda, walczył jak prawdziwy rycerz i nie dawał za wygraną zmęczonym, nieustannie opadającym powiekom.

– Cytaj dalij – powtarzał na wpół przytomny, będąc na pograniczu jawy i snu.

W końcu jednak padł całkiem bez sił na puchowe poduszki. Wsunął róg jednego z jaśków między usteczka, zassał i odetchnął spokojnie, jakby mimo wszystko był szczęśliwy z tego, że sen w końcu z nim wygrał i pozwolił mu odpocząć, a tym samym nabrać energii na kolejny dzień zabawy.

Matka opuściła niewielką, skromną sypialnie syna, w której mieściła się jedynie dwudrzwiowa szafa na ubrania, komoda z bielizną i pościelami, łóżko oraz skrzynia wypełniona po brzegi zabawkami. Wychodząc, pozostawiła uchylone drzwi i wyczekiwała na męża.

Mijały godziny, nocne godziny, a ona zamiast spać, to nieustannie śledziła drogę jaką przemierzała wskazówka naściennego zegara. Kilka razy zerkała też na ten stojący, z kukułką, by się przekonać czy czasami ten wiszący na ścianie się nie popsuł.

Odpalała papieros od papierosa w nadziei, że ją to uspokoi, ale nie uspokajało. Było wręcz odwrotnie, coraz mocniej dygotała, a na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Sama zastanawiała się czy jest ona bardziej efektem zdenerwowania, czy może chłodnego wiatru, który ją otulał, gdy stała na balkonie, wsparta o metalowe, wymagające odmalowania barierki.

Tego roku zima była długa i bardzo mroźna, a wiosna wyraźnie nie mogła się przez nią przebić pomimo licznych prób. Zawsze o tym czasie trawa już się zieleniła, a kwiaty wyrastały niczym grzyby po deszczu. Nigdy jeszcze nie było tak, że ostatki śniegu leżały odłogiem, a temperatury w nocy sięgały minusowych. Mały Pedro, podobnie jak jego matka, nie mógł doczekać się wiosny. Ona marzyła o rodzinnych piknikach na łące, a on śnił o puszczaniu latawców i jeżdżeniu z ojcem na rowerze. Co prawda na samotną jazdę był jeszcze za mały, ale zadowalał się tym, że rodziciel woził go na ramie lub bagażniku.

W końcu drzwi prowadzące wprost do dużego pokoju otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem. Kot, śpiący na pobliskiej komodzie, ziewnął leniwie, a potem zeskoczył. Miauknął przy tym z niezadowoleniem, gdyż mąż jego właścicielki o mały włos, a przycisnąłby mu ogon. Mężczyzna podpierał się o blat komody i usiłował zamknąć za sobą drzwi. Poszukiwał klucza w kieszeni spodni.

– Zostaw uchylone – usłyszał.

Wystraszył się, bo sądził, że Amanda już dawno śpi. W efekcie tego klucze wypadły z jego dłoni i uderzyły z nieprzyjemnym łomotem o deski parkietu. Marco zacisnął zęby, jakby go coś bolało i z trudem przykucnął. Dosięgnął przedmiotu, który wpadł pod komodę i usiłował się podnieść. Czuł jak wszystkie mięśnie odmawiają mu posłuszeństwa, a najmniejszy ruch zdawał się wzniecać w nich prawdziwy ogień.

Amanda opuściła balkon, pozostawiając jego drzwi na wpół otwarte, by wpuścić, do zaduszonego od nadmiernego palenia pomieszczenia, odrobinę powietrza. Ledwie dosięgnęła włącznika pokaźnych rozmiarów lampy, a już usłyszała:

– Nie świeć.

– Dlaczego? – zapytała, nie zdejmując palca z przycisku.

– Prądu szkoda – oznajmił, ale w taki sposób, jakby to było tylko wymówką.

Amanda spojrzała na szerokie plecy męża i czekała aż ten się odwróci, ale ten jak nigdy ciągle stał tyłem. Odczekała więc aż zdejmie marynarkę i kamizelkę. Przysiadła w tym czasie na brzegu łóżka, by mu nie przeszkadzać. Ruchy miał wolne, niemal ślimacze, co też ani trochę nie było do niego podobne.

– Stało się coś? – postanowiła zapytać.

– Uu – odburknął, co było równoznaczne z nie.

– Wróciłeś w środku nocy. – W jej głosie nie było ni cienia pretensji, a jedynie ciekawość się tam kryła, zmieszana ze wzmożoną czujnością.

– Sprawy biznesowe się przedłużyły, przepraszam – odparł.

Brunet w końcu nie miał innego wyjścia, jak się odwrócić. Ucieszył się, że Amanda siedzi już na łóżku, skryta za parawanem i że dzięki temu nie widzi jego twarzy. W pośpiechu, mimo bólu, pozbył się butów oraz spodni i nie kłopocząc się ze wzięciem kąpieli czy przebraniem w piżamę, przeszedł na drugą stronę łóżka i legł na nie.

– Jestem wykończony – powiedział w taki sposób, jakby to miało go usprawiedliwić i odwrócił się do małżonki plecami.

Amanda wzięła głębszy haust powietrza i wypuściła je przez nos. Poruszyła nerwowo brwiami i w końcu przemówiła ostrym jak brzytwa tonem:

– Za długo ciebie znam, by się na takie coś nabrać. – Spojrzała na męża i sięgnęła do jego ramienia. Chciała siłą go odwrócić, ale na jej dotyk jedynie się skurczył w sobie i syknął z bólu. – Co ci się stało? – zapytała zanim się odwrócił, a kiedy to uczynił, przyłożyła dłoń do ust i otworzyła szeroko oczy. – O mój Boże, jak do tego doszło!? – krzyknęła przerażona.

– Ciszej – syknął. – Obudzisz małego.

– Gdybyś wracał o przyzwoitej porze i w stanie w jakim należy, to nie musiałbyś się teraz martwić, że...

– Przestań – warknął przez zaciśnięte zęby. – I ani słowa więcej – dodał, podnosząc się na łóżku do siadu i wybałuszając na nią agresywnie oczy.

Spuściła wzrok. Nawet nieco głowę opuściła, ale w końcu ponownie spojrzała na męża i niespodziewanie dotknęła opuszkiem zaschniętej krwi, która wcześniej musiała obficie toczyć się z rozciętej wargi.

– Powinieneś to przemyć – oznajmiła troskliwie. – Pójdę po wodę utlenioną. – Udała się do łazienki, skąd powróciła z gazą i szklaną buteleczką. Nasączyła zawartością butelki gazik i przyłożyła do pokrwawionych miejsc na twarzy męża. Nakazała mu przytrzymać, a sama wychyliła się, po kolei, do obydwóch lampek nocnych, by choć odrobinę lepiej widzieć jego obrażenia, bo światło wpadające zza uchylonych drzwi pokoju Pedra nie dawało wiele jasności.

Amanda dostrzegła bordowy ślad, który ciągnął się od miejsca tuż pod okiem aż do żuchwy. Wyobrażała sobie, że przez noc siniec nabierze fioletowego odcienia. Postanowiła przyłożyć do niego coś zimnego i w tym celu udała się ponownie do łazienki, tym razem po miskę z zimną wodą oraz szmacianą myjkę.

Kiedy wróciła, jej mąż nie miał już na sobie koszuli. Trzymał ją zmiętą w dłoniach i przykładając gazę do ust, brzmiał jakby szeptem przeklinał. A ponieważ był odwrócony do żony tyłem, to ta szybko zauważyła ślady na jego plecach, miejsca tak mocno zaczerwienione, że aż zdawały się płonąć żywym ogniem, szczególnie te w okolicy nerek i żeber.

– Powinien to obejrzeć lekarz – stwierdziła, klękając na łóżku tuż za jego plecami. Miseczkę położyła na nocnym stoliku i wychyliła się, by umoczyć w niej myjkę. Przyłożyła materiał delikatnie do prawej łopatki.

Brunet zacisnął zęby i świsnął powietrzem, które nagle przez nie wciągnął.

– Mówiłam, że powinien obejrzeć to lekarz – powtórzyła, zjeżdżając szmatką niżej, aż do nerek.

– Przestań – wyszeptał słabo, ale z dużą dozą irytacji, której zupełnie nie krył.

– Możesz mieć pęknięte żebro. Ono może przy nieodpowiednim ułożeniu przebić płuco, a wtedy możesz umrzeć – panikowała, a łzy pojawiły się w jej oczach, niczym nieproszeni goście w drzwiach. Tyle, że gości mogłaby wyprosić, a ze łzami nie miała siły walczyć. Nie umiała ich powstrzymać.

– Gdybym miał pęknięte żebro... – Odwrócił twarz w jej stronę i pomimo bólu, jaki sprawiało mu samo uniesienie ręki, pochwycił za jej podbródek i delikatnie go potarł. – Czułbym, gdybym miał coś pęknięte – wyszeptał z delikatnym uśmiechem, do którego nawet nie musiał się przymuszać. Zazwyczaj, gdy na nią patrzył, to się uśmiechał, samoistnie, bez konkretnego powodu. Po prostu wystarczyła sama ona, a kąciki ust wędrowały ku górze.

– Nadal uważam, że powinien to obejrzeć lekarz – upierała się.

– Za moment to ciebie będzie musiał obejrzeć lekarz, bo ci przyłożę, jeśli nie przestaniesz gderać – posunął się do groźby, po czym spojrzał przed siebie. Nie mógł więc widzieć jak Amanda niechlujnie przewraca oczyma.

– Powiesz chociaż kto cię tak urządził? Napadli cię czy może miałeś starcie w jakieś karczmie, bo się ktoś krzywo spojrzał albo przynajmniej tak ci się zdawało?

– Za moment uznam, że ty się na mnie krzywo patrzysz i jak Boga kocham, spuszczę ci sromotne lanie – warknął, odwracając twarz w jej kierunku.

– Nie to nie. O nic się nawet spytać nie można. Jakiś nadwrażliwy jesteś – stwierdziła oburzonym tonem.

– Amando – wycedził gniewnie.

– Tak?

– Idź spać – odpowiedział z udawanym uśmiechem radości, który był tak cyniczny, że aż nią wewnątrz zatrzęsło. – Dalej już sobie sam poradzę – dodał, odbierając od niej myjkę, po czym samodzielnie namoczył ją w wodzie i przyłożył do piekącego brzucha, którego mięśnie zdawały się mocno kurczyć i nie chcieć rozluźnić, pomimo że już od ponad godziny nie musiał ich zaciskać.

Amanda położyła się, odwracając tyłem do swojego ślubnego i powróciła wspomnieniami do dnia, gdy obudziła się w łóżku, w pokoju gościnnym. Głowa bolała ją tak mocno, jakby ważyła tonę, choć nie przypominała sobie, by zeszłego wieczoru wypiła choć lampeczkę szampana. Pamiętała natomiast, że spędziła w pokoju cały dzień i całą noc, a Marco jeszcze nawet nie raczył się z nią przywitać. Domyślała się, że pewnie jeszcze nie wrócił, ale i tak była na niego o to zła, a zakatarzony nos, załzawione oczy i niemiłosierny ból gardła, tylko potęgował jej gniew.

Młoda Hiszpanka szybko przebrała się w męskie odzienie, które było szyte idealnie na jej miarę i pomimo złego samopoczucia, udała się do kuchni, by dopomóc personelowi w przygotowaniach do jej osobistych zaręczyn. Ledwie pochwyciła za ściereczkę i srebrną łyżeczkę, by rozpocząć polerowanie sztućców, a już Martha wyrwała obydwa przedmioty z jej dłoni.

– Panience nie wypada – upomniała. – Pan dałby nam po uszach, gdyby...

– Bla, bla, bla. Nie mogę bezczynnie usiedzieć – pod koniec wypowiedzi mocno zakasłała i zgięła się w pół, przykładając zaciśniętą pięść do klatki piersiowej.

– W takim stanie, to do łóżka jedynie i leżeć, a nie siedzieć. Leżeć i się porządnie wypocić. Rosołu przygotuję, z mięskiem, takim w kawałeczkach, jak panienka lubi najbardziej. Herbaty z cytryną zrobię.

Amanda nawet nie protestowała, gdy ochmistrzyni wypychała ją z kuchni i wskazywała dłonią na schody, mówiąc przy tym, że to wszystko wina tej podróży w okropnym deszczu.

– Nie chciałam czekać. Nie lubię czekać – oznajmiła dziewczyna i zbulwersowana, że wzgardzono jej pomocą, czym prędzej udała się ponownie do gościnnego pokoju i zakopała pod ciepłą pierzynę z zamiarem przespania tych wszystkich godzin, podczas których Marco miałby być nieobecny.

Nie obudził ją dźwięk przekręcanego w zamku klucza ani kroki, gdy mężczyzna przechadzał się po pokoju i podchodził bliżej, coraz bliżej. Przyglądał się jak słodko śpi. W pierwszej chwili chciał nawet ją zbudzić, ale postanowił zrezygnować z tego pomysłu i pozwolić jej należycie odpocząć po tak długiej podróży. Nie oparł się jedynie dotknięcia jej włosów i odgarnięcia spoconego kosmyku, który nieproszony wstąpił na jej twarz.

Marco, po wizycie w pokoju Amandy, powrócił do swoich spraw. Pozbył się marynarki, przechodząc przez pokaźnych rozmiarów salon restauracyjny. Odrzucił ją niechlujnie na jedno z krzeseł i podwinął rękawy, których mankiety rzadko kiedy zdobił spinkami. Wyszedł na zewnątrz i udał się do pobliskiego pomieszczenia, gdzie piątka mężczyzn parała się zajęciami stolarskimi. Pomagał im w składaniu stołów i zbijaniu krzeseł, które potem były ręcznie wygładzane.

– Przepraszamy pana za opóźnienia, ale...

– Nie odpowiadacie za to, że ludzie się pochorowali – przerwał szybko i starł pot z czoła, czym nieco je zabrudził. – Teraz najważniejsze, by wyzdrowieli i by nie okazało się to niczym poważnym, żadną epidemią – dodał i zamienił papier ścierny na nowy, by móc powrócić do pracy, bo ten stary się już do niczego nie nadawał.

– Z szefa to jednak równy chłop – powiedział wysoki i szczupły, młody chłopak.

– Uznam za komplement. – Marco uśmiechnął się i spuścił szelki ze swych ramion. Rozpiął górne guziki koszuli, bo pośród pyłu i kurzu nie było łatwo mu oddychać.

– A ta pana pannica, to na własne życzenie taka chorótka. Kto to widział, by w taki deszcz podróżować?

– Podróżowała w deszcz? – zdziwił się Marco.

– A jakże! – krzyknął inny z mężczyzn. Ten był krępym, potężnym blondynem. – Mój wuj ją tu podwoził, bo akurat z rupieciami na skup jechał.

– Nawet nie wiedziałem – przyznał brunet i polizał krańcem języka górną wargę. – Sądziłem, iż przeczekała tę niepogodę.

– A gdzież tam? – Machnął ręką trzeci, nieco rudawy. – Mówi pan tak, jakby swej własnej, przyszłej żony nie znał. Panienka Amanda to urokliwe stworzenie, piękne jakby sam boski rzeźbiarz ją wystrugał, ale uparte to i niecierpliwe co niemiara – dopowiedział, gdyż jako człowiek, który wychował się w tych stronach, a potem sam w nich osiadł wraz z małżonką, miał okazję spotkać pannę Rodríguez już nieraz.

Marco przerwał pracę, by zajrzeć do swej kobiety, ale wcześniej udał się do kuchni w celu skonsumowania choćby jednej kanapki. Dostrzegł ciepłe rogaliki z kremem budyniowym, więc chwycił za dwa brudnymi rękoma i pożarł pierwszy dwoma większymi kęsami. Nad drugim bardziej się rozczulił.

– I znowu pan po chłopsku jada – zauważyła Martha, która opiekowała się nim, gdy jeszcze był niemowlęciem, a ona była zatrudniona w niewielkim, wiejskim majątku jego rodziców, którzy zajmowali się uprawianiem zboża, pielęgnacją sadów i winotwórstwem.

– Brak czasu – odparł z łobuzerskim uśmiechem. – Cóż na to poradzić? – dodał, wpychając ostatni kawałek rogalika do ust. Uniósł dłonie do góry i pstryknął palcami, jakby na znak tego, że skończył.

Martha zaśmiała się na wspomnienie, że już jako mały chłopiec tak czynił i powróciła do swoich obowiązków, wrzucając żywe skorupiaki do gotującej się wody.

– Biedne – skomentował, zerkając jej przez ramię. – Nie można ich tak najpierw zabić? – gdybał.

– Nie – odburknęła. – Można jedynie zrezygnować z ich jedzenia.

– Za bardzo je lubię – skomentował i tknął palcem jedno, czerwone raczysko, które uwięzione było w rybackiej sieci. – By mnie przyszczypnął, a ja tylko chciałem pogłaskać – dodał zdziwiony, że takie coś w ogóle miało miejsce. – Skończysz w garze z wodą, na ogniu, jako moja kolacja – dokuczał biednemu stworzeniu, czym wprawił w rozbawienie część personelu, obecnego przy tej wymianie zdań szefa z przyszłym posiłkiem.

– Idzie pan do Amandy? – postanowił zapytać Giovanni, gdy Marco stał już przy samych drzwiach.

– A zbudziła się już? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Tak. Borys przed minutą zaniósł jej dzban herbaty z cytryną. – Wskazał dłonią na chłopaka o lekko kręconych, czekoladowych włosach, którego młodej twarzy nie zdobił żaden, choćby najmniejszy zarost.

– W takim razie... pójdę do niej. – Poruszył zabawnie brwiami i od razu się rozpromienił. – Mam nadzieję, że z nią już lepiej.

– Umyj się pan, zanim do niej pójdziesz – pouczyła go Martha, a on od razu poszedł za jej radą i stanął przy zlewozmywaku. – W łazience – dopowiedziała przez zaciśnięte zęby, jakby brakowało jej cierpliwości do własnego szefa, ale było już za późno na jej rady, gdyż Marco nawet skorzystał z płynu do mycia naczyń, by doczyścić swoje ręce, czoło i policzki.

Wytarł się w ścierkę kuchenną, a po tym zabiegu, po wcześniejszej jej bieli nie było już ani śladu.

– Już? – zapytał.

– A za łokcie? – wskazała palcem. – I szyja jeszcze.

– To się ukryje pod marynarką i krawatem. – Machnął niedbale ręką. – Nie opłaca mi się brać kąpieli, gdy zaraz znowu będę musiał wracać do pracy – wytłumaczył się, a potem stanął przed Borysem, który niechlujnie podpierał się łokciami o niską szafkę.

Spojrzenia obydwóch mężczyzn się spotkały. Młodszy podniósł się, stając niemal na baczność i zapytał usłużnie czy w czymś może pomóc. Marco uśmiechnął się kpiąco i posunął się do groźby:

– Mnie w niczym, ale sobie możesz pomóc w utracie pracy, gdy dalej będziesz tak postępował.

– Nie za bardzo wiem co... – zaczął, ale Giovanni trącił go mocno łokciem w bok.

– Wytłumacz mu – rozkazał Falcone, po czym udał się na piętro, wprost do pokoju gościnnego.

Kiedy wszedł, Amanda akurat smarkała w całkiem już przemoczoną chusteczkę. Dziewczyna siedziała na łóżku, nakryta po samą szyję, a książka, którą wcześniej umilała sobie czas, leżała do góry grzbietem na jej kolanach.

– Nie powinieneś mnie oglądać w takim stanie – zwróciła się do nieco rozczochranego bruneta, który, ku jej zdziwieniu, nie postąpił kroków na przód, a stał niemal przy samych drzwiach, jakby się bał, że go zarazi.

– Niedługo sam ci przysięgnę, w zdrowiu i w chorobie – odparł służbowym tonem, by później, jeszcze ostrzejszym, dodać – niepotrzebnie przyjechałaś tak wcześnie i tak dopiero wróciłem.

– Nie tak się wita narzeczoną – pouczyła go, obserwując jak przechadza się po pokoju w tę i we w tę, niczym jakiś major, z dłońmi splecionymi w koszyczek za plecami.

Nagle odwrócił się w jej stronę i stanął dokładnie naprzeciwko, przy samym początku łóżka, niemal dotykając udami o jego barierki.

– Przepraszam, señorita* . Witaj – rzekł, przybierając na twarz przyzwoity uśmiech.

– Ależ oficjalny ton – zadrwiła. – A gdzie czułe słówka, serdeczny uśmiech, serdeczne słowo? – dopytywała. – Czy ja cię muszę uczyć jak się powinno obchodzić z kobietami? – Wyciągnęła swoją prawicę mocno przed siebie i ustawiła w taki sposób, jakby oczekiwała złożenia pocałunku na zewnętrznej stronie swej dłoni.

Marco szybko, pewnym i mocnym krokiem, zbliżył się do niej, pochwycił jej dłoń w swoją i zaczął obcałowywać, zmierzając w górę aż do samego ramienia.

– Teraz to odczułam, że za mną tęskniłeś, dokładnie tak samo jak w listach pisałeś. – Uśmiechnęła się zwycięsko i ponownie chwyciła za chusteczkę, gdyż czuła, że gil za moment wycieknie z jej nosa i sięgnie do samej brody albo, co gorsza, wpadnie jej do ust.

– Nadal uważam, że mogłaś poczekać, nie jechać w deszcz, bo teraz przez to jesteś chora. – Usiadł na łóżku przy jej boku, wspierając swoje łokcie na kolanach.

– Chciałam być jak najwcześniej, dopomóc przy przygotowaniach – wytłumaczyła.

– W takim stanie jesteś całkiem bezużyteczna i to bardziej, niż jakby cię tutaj nie było – skomentował, na powrót przybierając nieuprzejmy ton.

– Jesteś dla mnie teraz niemiły – rzekła oskarżycielsko, niemal płaczliwie, a jej rumieńce wykwitły jeszcze mocniej na pyzatych policzkach.

– Bo mam powód – trwał twardo przy swoim i patrzył na nią wzrokiem, którego sam diabeł zapewne byłby w stanie się przestraszyć, ale Marco nie miał do czynienia z diabłem, a z Amandą, a ta bała się naprawdę niewielu rzeczy i dużo było trzeba, by ją choć odrobinkę wystraszyć.

– Nawet jeśli...

– Nie dyskutuj ze mną, bo zasłużyłaś na porządne lanie – przerwał jej twardo.

– Mój ojciec nie żyje, a matka jest w drodze, więc...

– Ja jestem na miejscu – zgłosił się niczym na ochotnika do zjedzenia największej porcji sernika, a że słodycze uwielbiał, to wyzwanie zdawało się być samą przyjemnością.

– Ty nie masz do mnie jeszcze żadnych praw – przypomniała szybko i zapobiegawczo wycofała się odrobinkę, by siedzieć możliwie jak najdalej od swojego przyszłego męża.

– I twoje szczęście, bo jakbym miał, to sprałbym w tej chwili na kwaśne jabłko. – Przysunął się bliżej, tak że dystans, który między nimi stworzyła, niemal całkowicie zanikł.

– Takich rzeczy nie mówi się kobiecie, zanim nie powie tak, a i przed ślubem lepiej być ostrożnym – pouczyła, a przy tym otworzyła szeroko oczy i przytaknęła sama sobie ruchem głowy.

– Jesteś bardziej nieznośna niż za czasów, gdy byłaś dzieckiem – stwierdził, kiedy ona układała głowę na poduszkę.

– Sam wtedy byłeś dzieckiem – wypomniała.

Sięgnął do niej dłonią, by pogładzić po rozpalonym policzku i dotknąć spoconego karku.

– Powinni już dawno wezwać lekarza. Źle z tobą – zauważył.

– Nie! – zaprotestowała szybko. – Lekarze są do niczego. Każdemu, by tylko zastrzyki przepisywali.

– Ciągle boisz się igieł? – zdziwił się i lekko zaśmiał.

– Nie boję, tylko... tylko nie mam ochoty świecić tyłkiem przed obcym mężczyzną.

– Przed obcym nie musisz – oznajmił i jednym zdecydowanym ruchem odwrócił ją tak, by leżała na brzuchu. Położył obie dłonie na jej ramionach, chwytając za nie zdecydowanie, a ustami objął górny płatek jej lewego ucha. – Za niedługo będziesz panią Falcone – wyszeptał.

– Póki co, tylko narzeczoną pana Falcone – sprostowała. – O ile ma matka wyrazi zgodę – uprzedziła. – A z tego co mi wiadomo, nawet jeszcze się nie pofatygowałeś z prośbą o taki zamiar. Szykujemy zaręczyny, spraszamy gości, a ty nie masz przyzwolenia. – Niespodziewanie role się odwróciły i to ona zaczęła ganić jego, pomimo że leżąc, patrzyła na niego z dołu, a on wspierał się na szeroko rozstawionych rękach, jakby przymierzał się do wykonywania pompek.

– Ale gdybym wystartował do niej z prośbą tak zawczasu, to mogłaby się jeszcze nie zgodzić. Po co więc to czynić? Mam pewność, że przy tak dużej ilości gości będzie się krępowała odmówić. – Uśmiechnął się łobuzersko, a kiedy Amanda odwróciła się tak, by znajdować się z nim twarzą w twarz, puścił do niej oczko.

– Marco! – wykrzyknęła. – Całkiem oszalałeś!? Chcesz ją postawić przed faktem dokonanym!? – nie dowierzała. – Przecież ona nas za to zabije. Mnie skręci kark, a ciebie, za to co masz w spodniach, wywiesi niczym bieliznę na sznurkach, by sobie ludzie popodziwiali.

– Nie przesadzaj. Nie będzie tak źle – bagatelizował.

Amanda przewróciła oczami, a Marco wykorzystał moment jej nieuwagi, by przybliżyć usta do lekko rozchylonych warg.

– Obiecaj, że jeszcze dziś, gdy tylko się zjawi, to z nią porozmawiasz – nalegała, przerywając pocałunek.

– Dobrze, pójdę do tej jędzy, gdy tylko przyjedzie – zgodził się.

– Marco! – wydarła się i w powietrzu tupnęła nogą. – Mówisz o mej rodzicielce – przypomniała.

– Wiem. Na swoją bym tak nie bluźnił.

Amanda ponownie przewróciła oczami, a jej wybranek znowu wykorzystał to na swoją korzyść i począł skradać jej kolejne z pocałunków. Odwrócił ją tak, by leżała na brzuchu i obcałowywał szyję, kark i miejsce między łopatkami, do którego miał możliwość dosięgnąć, gdy tylko naciągał jej koszulkę nocną bardziej ku dołowi.

– Nie zapędzaj się tak – szepnęła rozbawiona, bo jego wąs drażnił i łaskotał delikatną skórę.

– Dlaczego? Przecież jesteśmy prawie małżeństwem.

– Nawet narzeczeństwem jeszcze nie jesteśmy – przypomniała. – I nie będziemy, bo zanim zostanę twą żoną, to już wdową zostanę, bo ma matka cię ukatrupi, że o wszystkim informujesz ją tak późno.

– To nie moja wina, że ona mnie nie lubi – bronił się szeptem, i trącał nosem o jej prawe ucho. – Zawsze uważała, że jestem nieodpowiednią partią dla ciebie – przypomniał.

– Bzdury opowiadasz. Jesteś młody, ambitny, masz dużo pomysłów. Ona to widzi.

– Jednak wolałaby byś wyszła za szlachcica – warknął wprost do jej ucha, a potem przygryzł je na tyle mocno, by poczuła.

– No, co ty mi robisz!? – uniosła się. – Ciągle mi coś robisz – rzekła oskarżycielsko. – Ma matka jest ze starszego pokolenia, gdy jeszcze patrzyło się na nazwisko i tytuł, ale już zaczyna dostrzegać, że nasze, bez pieniędzy, coraz mniej znaczą. Widzi też, że taki ty, którego nieszczególnie lubi, jesteś bogatszy niż niejeden hrabia czy baron. Świat wszystko odwraca, czasami do góry nogami – wyjaśniła melancholijnie i nico przy tym posmutniała, bo nagle przypomniała sobie, że jej matka nie lubi Marco tylko za to, że ten zainteresował się jej jedyną córką. Zaś jego niższe urodzenie było prostą i należytą wymówką, by jakoś tę niechęć do chłopaka usprawiedliwić.

– Nie znalazła sobie czasem jakiegoś wdowca albo starego kawalera? – dopytywał Falcone. – Wolałbym już twego ojczyma prosić o twą rękę, niż ją. Miałoby to większe szanse na powodzenie – stwierdził, jednocześnie niemal na niej leżąc, gdyż czuła muskularność jego klatki piersiowej na swych plecach.

– Ma matka dopiero co odżyła, gdy ojciec zmarł. Wątpię, że kiedykolwiek jeszcze jakiemuś mężczyźnie zaufa. Za dużo przeszła – szepnęła smutno.

– Ty zaufałaś – zauważył. – Jesteś gotowa mi zaufać – poprawił się szybko.

– Ja to nie ona. Zawsze wychodziłam na przód przygodzie, nie lękałam się niepowodzeń i skutków na szybko podjętych, nieprzemyślanych decyzji.

– Namyślałaś się trzy miesiące! – krzyknął. – Nie wydaje mi się, by to było szczególnie krótko – wytknął z cynicznym uśmieszkiem, który niemal poczuła, gdy przyłożył usta ponownie do jej oblanego potem karku.

– Marco – wypowiedziała przeciągle. – Nie klej się tak do mnie. Zarazisz się i także zachorujesz – ostrzegła.

– Zawsze byłem niechorowity – odparł szybko.

– A jeśli...

– A jeśli nawet, to co w tym złego? – zapytał. – Będziemy mieli szansę się wspólnie wypocić – ledwie dokończył wypowiedź, a drzwi pokoju gościnnego się otworzyły i wkroczyła przez nie starannie wyczesana kobieta w sile wieku, której na pierwszy rzut oka nikt nie dałby ponad czterdziestu lat.

Marco wystraszył się i niczym oparzony odskoczył od Amandy. Wstał na równe nogi, przyjmując pozycję prawie na baczność.

– O, pani hrabina – rzekł, poprawiając jednocześnie swoją wymiętą koszulę. Zdecydował się nawet na zapięcie guzików jasnej, niemal kremowej marynarki, by wyglądać choćby dostatecznie przyzwoicie.

Amanda uśmiechnęła się i, by tego nie pokazać zgromadzonym, ukryła twarz w poduszkę. Przygryzła ją, powstrzymując wybuch śmiechu.

– Jak miło, że pani już przybyła – przymilał się dalej Marco. – Proszę się nie krępować i czuć jak u siebie w domu – dodał ze sztucznym uśmiechem, bo do swej przyszłej teściowej, pomimo szczerych chęci, nie potrafił się normalnie uśmiechnąć.

– Już to nie jest możliwe, chłopcze. Już się postarałeś o to bym poczuła się, jakbym przekroczyła próg najzwyklejszego burdelu – zaczęła twardo, niezwykle hardo, jakby chciała wypluć cały jad jaki w sobie nosiła. – Nigdy cię nie lubiłam, ale do tej pory nie sadziłam, że z przyszłej żony, jeszcze przed zaślubinami, zechcesz uczynić swą kurtyzanę.

Marco przełknął głośno ślinę i zaniemówił. Za to Amanda uniosła głowę i, z zamglonym od choroby oraz zaskoczonym spojrzeniem, zapytała:

– To mamusia już wie o ślubie?

– Od początku wiedziałam po co tu jadę. Nie jestem, przecież głupia! – uniosła się.

– Mam nadzieję, że nie przybyła pani tak prędko, by zdążyć temu zapobiec – wtrącił się Marco, po czym przeprosił obie panie, skłonił się uprzejmie i wycofał do swych poprzednich obowiązków, gdyż nie potrafił ani chwili dłużej znieść towarzystwa przyszłej teściowej.

Amanda, po jego wyjściu, niemal od razu wstała, odgarnęła rozpuszczone w nieładzie włosy do tyłu, za ramiona, i postawiła sprawę jasno:

– Nie możesz mu odmówić! Przecież znam go tyle lat. Chcę tego, naprawdę – zapewniała.

Elsa spojrzała na córkę i przybrała kamienny wyraz twarzy. Zacisnęła zęby i zazgrzytała nimi, po czym odpowiedziała:

– I nie odmówię, ale nie będziesz z nim szczęśliwa. A kiedy się przekonasz o mych racjach, to tylko się nie fatyguj i nie przyjeżdżaj do matki z płaczem – uprzedziła. – Ja wiem, że on teraz jest miły i uroczy, bo wszyscy oni tacy są przed ślubem, ale mimo tego, zanim powiesz tak, to pamiętaj, że gdy już będzie twym mężem, to się od niego nie uwolnisz.

Borys cały czas przysłuchiwał się rozmowie. Był obecny w pokoju od samego początku, gdy Elsa do niego weszła, gdyż wgramolił się zaraz po niej, taszcząc za sobą dwie pokaźnych rozmiarów walizki. 


señorita – z hiszpańskiego dama

Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz