Papierośnica i zapałki
Kobieta odłożyła anonim na blat nocnego stolika. Nieco ignorując opowieści synka o nocnych marach, wysunęła szufladę, gdyż naszła ją ochota na papierosa. Znalazła kilka zamkniętych w drewnianym pudełku, wraz z niemal pełną paczką zapałek. Pochwyciła całą paczkę, ale papierosa wzięła tylko jednego. Udała się na balkon i patrząc w dal, przypomniała sobie dzień, gdy po raz pierwszy zasmakowała nikotyny.
Był wrzesień, gdy przed laty, jako panienka Amanda Rodríguez, dotarła do dobrze jej znanej posiadłości. Zsiadła z wozu, który jakimś cudem jeszcze jeździł po ziemi, choć jego koła były niemodne i drewniane, a większość desek, z których został zbity, już dawno stała się pożywką dla korników. Młodej dziewczynie jednak zupełnie zdawało się to nie przeszkadzać. Uśmiechnęła się promiennie do woźnicy, który podawał jej ostatni z bagaży, ten najbardziej dla niej cenny.
Wąsaty, bezzębny mężczyzna odwzajemnił uśmiech i zasalutował, gdy ciemna blondynka głośno, właściwie krzycząc, zażyczyła mu najbardziej szerokiej z dróg. Amanda także zasalutowała, ale tego już woźnica nie mógł zobaczyć, gdyż był całkiem daleko, na dodatek odwrócony do młodej Hiszpanki plecami.
– Zaraz będziemy w domu – zwróciła się uspokajająco do swego pupila.
Eduardo pod wpływem jej słów wcale się nie uspokoił, wręcz przeciwnie, zaczął intensywnie pomiaukiwać i niezwykle się wiercić w swym wiklinowym domku, którego wejście było zakratowane. Prawdą było, iż zwierzak ten nie lubił zmian, zwłaszcza, gdy w poprzednim domu było mu wprost idealnie i miał już upatrzone ulubione miejsce, to na legowisku, tuż nad kominkiem, gdzie było mu ciepło i czuł się bezpiecznie.
Amanda jednak miała inne plany i nie konsultowała ich ze swoim czworonożnym przyjacielem. Wpadła do niewielkiego korytarza, poprzedzającego kuchnię, gdyż do posiadłości wtargnęła tylnym wejściem. Nie chciała, by Marco ją zobaczył taką brudną, zmęczoną i przemoczoną do ostatniej suchej nitki. Sądziła, iż mężczyzna, by ją oskarżał o brak cierpliwości i mądrzył się, sądząc na głos, że mogła wpierw zawitać do swego domu i dotrzeć tutaj wraz ze swą matką, a nie tłuc się kolejami, które były z sobą kiepsko zsynchronizowane. O tym ostatnim Amanda zresztą przekonała się na własnej skórze, gdy utknęła na jednym z dworców. I gdyby nie uprzejma pomoc starszego pana, posiadającego konia i wóz, to zapewne byłaby zmuszona spędzić na tym dworcu noc, w asyście przeróżnych włóczykijów i pijaków.
– Amanda? Panienka Amanda? – zdziwiła się starsza i pulchna ochmistrzyni, która otrzymała to stanowisko zaraz po tym, gdy jej dawniejsze zostało zniesione. Stało się to wtedy, gdy Marco i jego bracia wyrośli już na tyle, że zupełnie nie potrzebowali opiekunki.
– To ja – odpowiedziała Hiszpanka wesolutko i rozłożyła szeroko ramiona, upuszczając wcześniej walizkę i wiklinowy domek Eduarda na podłogę.
Zirytowany zwierzak warknął pod wpływem nagłego i niespodziewanego wstrząsu, którym pani śmiała go wybudzić z krótkiej, dopiero co rozpoczętej drzemki.
Martha, która była rodowitą Angielką, od razu uścisnęła Amandę i wycałowała w obydwa policzki, co było oznaką serdeczności i dużej gościny.
– Ależ zmokłaś – zauważyła. – Udaj się szybko do gościnnego, moje dziecko. Weź ciepłą kąpiel, wysusz się porządnie i wskakuj pod pierzynę zanim się pochorujesz.
– Za moment tak zrobię – zgodziła się ze szczerym uśmiechem. – Gdzie jest Marco? – postanowiła zapytać, by czasami się na niego nie natknąć, gdy była w tak opłakanym stanie.
– Wyjechał.
– Wyjechał? – zdziwiła się. – Przecież wiedział, że przybędę. Sam mnie zaprosił...
– Na krótko się udał, po jakiś kinograf.
– Kinograf? – jeszcze bardziej zdziwiła się Amanda, gdy usłyszała tak obcobrzmiącą nazwę.
– Takie urządzenie. Ubzdurał sobie, że teraz będzie nie tylko aktorów spraszał i tancerzy, ale także coś wyświetlał. Chyba wyświetlał – wytłumaczyła, samej nie rozumiejąc czym jest ów wyświetlanie.
Amanda zrobiła szerokie oczy, lekko niezadowoloną minę, a przy tym uniosła brwi tak wysoko, że niemal dotknęły jej poskręcanej w drobne spiralki grzywki, która za sprawą wilgoci, paradoksalnie zamiast opaść, to się tylko bardziej uniosła.
– Mężczyźni – skwitowała i po chwili dostrzegła Giovanniego z tacą pełną świeżo wypieczonych rogalików.
– Chcę, chcę, chcę jednego – wypowiedziała na jednym tchu Amanda, a potem sięgnęła po smakołyk i sparzyła sobie palce. Szybko upuściła rogalika z powrotem na blachę i zaczęła intensywnie dmuchać w opuszki.
– Ułożę panience na talerzyk – stwierdził spokojnie, bardzo opanowanym tonem siwiejący blondyn. – Chciałem tylko mujer joven* powiedzieć, że jestem rad z jej przybycia. Pan Marco też już nie mógł się doczekać, a jakie wytyczne wydał na pierwszą sobotę września.
– Poczynił już przygotowania? – dopytywała w taki sposób, jakby chciała go sprawdzić i była niepewna jego działań.
– Oczywiście, że tak. Pełną parą. Tyle nagotować i napiec kazał, jakby to wesele już miało być, a nie tylko zaręczyny – zaśmiał się w okazujący szczęście sposób.
– Tylko zaręczyny – powtórzyła z udawaną obrazą Amanda. – Mężczyźni – dodała i westchnęła ociężale. – Zaręczyny, to jest bardzo ważna rzecz. Kto wie czy nie ważniejsza od samych zaślubin i samego wesela. Nawet nie wiadomo czy do nich dojdzie, bo z mą matką, to jeszcze hultaj nie rozmawiał. Nawet do niej kuriera z kwiatami i listowną prośbą nie wysłał, a mógł przecież tak. Prawda? Skoro osobiście nie chciał, bo się na przykład krępował. Prawda, Martho, że mógł? – Upatrywała się potaknięcia u ochmistrzyni, gdyż zdała sobie sprawę, że Giovanni już jej zupełnie nie słucha, ale mężczyzna już taki był, że przy każdej dłuższej, kobiecej paplaninie się zamyślał i stawał nieobecny.
– Ma panienka rację – usłyszała, z czego była bardzo zadowolona, gdyż miło to połechtało jej ego i przekonanie o niemal nieomylności, bo szczerze, to Amanda była na tyle bezkrytyczna, iż uważała, że jeśli już popełnia błąd, to i tak jest on w gruncie rzeczy na jej korzyść, i suma summarum wychodzi na plus.
Amanda pożegnała się ze starszym personelem, który znała od dziecka i korzystając z pomocy tego młodszego pokolenia, skazała samą siebie na towarzystwo bardzo urodziwego kelnera. Chłopiec ten wnosił jej bagaże na piętro, a następnie do pokoju, który zwykle zajmowała, gdy przyjeżdżała wraz z matką w te strony. Amanda jednak, by nie ujść za osobę szczególnie próżną, nie pozwoliła sobie na pustotę w dłoniach. Dumnie niosła w nich zdobiony, niewielki talerzyk, na którym równo ułożone były trzy maślane rogaliki o budyniowym nadzieniu. Nie mogła już się doczekać aż ich skosztuje.
– Powiesz komu trzeba, by przyniósł mi ciepłej wody? Z trzy wiadra by wystarczyły – zwróciła się do nastoletniego Borysa.
Brunet założył niesforny lok za ucho, a potem stanął tak jak wypadało, z dłońmi splecionymi w koszyczek za plecami.
– Oczywiście – odpowiedział, skłaniając się delikatnie.
Amanda wyciągnęła dłoń w jego kierunku i przez chwilę zdawało się, że chce dotknąć jego policzka, jednak zdecydowała się na chwycenie w dwa palce sztucznie pozłacanego, metalowego guzika.
– Ledwie się trzyma – wyjaśniła. – Musisz poprosić którąś z pokojówek, by mocniej przyszyła. Może będzie miała czas i będzie na tyle uprzejma, a jeśli nie, to będziesz musiał sam. Jeśli nie będziesz potrafił, to przynieś mnie igłę i nici, chętnie pomogę.
Borys speszył się nieco jej otwartością, jednak zanim zdążył wypowiedzieć choćby słowo, to Amanda już otworzyła górną szufladę niewielkiej komody, stojącej nieopodal drzwi i wyjęła z niej malutkie, drewniane pudełeczko.
– Są tu jeszcze narzędzia mej matki – zauważyła. – Zdejmij – wydała polecenie i nim Borys zdążył zakomunikować, że to przecież nie wypada, ona już miała jego marynarkę w swych dłoniach.
Materiał odzieży, przez który przebijała się igła, był tak mocno zielony, iż momentami, w bardzo słabym świetle, zdawał się przechodzić w najprawdziwszą czerń, jakby był jej dodatkowym, nietypowym odcieniem.
Amanda raz dwa uporała się z kłopotem i oderwała nić przy użyciu zębów, gdyż nożyczek nie znalazła w pudełeczku, a nie chciała chłopca po nie wysyłać bez marynarki, domyślając się, że zebrałby za to solidną burę od osób wyższych stanowiskiem.
– Nie zapomnij o tej wodzie. Muszę wziąć ciepłą kąpiel, by się nie pochorować. Każą mi dbać o siebie, jakbym z rodu królewskiego pochodziła – zwróciła się ponownie do Borysa, nieporadnie przewracając przy tym oczami. Nieszczególnie jej to wychodziło, ale i tak lubiła ten gest, zwłaszcza, że Marco reagował na niego szczerym rozbawieniem. Przywykła więc do przewracania oczami, także w sytuacjach, gdy znajdowała się poza jego towarzystwem.
– Nie zapomnę, panienko – odpowiedział chłopak. Szybko się wycofał kilkoma krokami, założył marynarkę, poprawił ją z pomocą obydwóch dłoni i zbiegł schodami w dół, by nie wzbudzić podejrzeń tak długą nieobecnością.
Panienka Rodríguez, oczekując na wiadra z ciepłą wodą, postanowiła pozbyć się przemoczonego do ostatniej suchej nitki ubrania. Ukryła się więc za zdobionym w różany wzór parawanem i zmieniła ciężką, długą suknię na lekki, satynowy szlafrok, który wprawdzie należał do Marca, przez co się za nią włóczył po ziemi, ale i tak go uwielbiała. Kiedy tylko spostrzegła, że jej przyszły narzeczony zostawił element tak osobistej garderoby u niej w domu, to niemal od razu zabroniła go prać. Przywdziewała ten szlafrok zazwyczaj o poranku, by móc na nowo poczuć jego zapach, obecny niemal tak intensywnie, jakby Marco był tuż obok. Wtedy mogła zmuszać powieki do opadnięcia, a do swej wyobraźni przywoływać obrazy, gdy mężczyzna obejmował ją od tyłu ramionami i całował w odsłonięte ramię bądź łopatkę, ewentualnie w sam środek karku.
Dziewczyna kichnęła, a przyjemne wspomnienia od niej odpłynęły. Wanna została napełniona niemal do połowy wrzącą wodą. Jeden z lokajów, ten który wniósł dwa wiadra, już opuścił jej pokój, ale Borys, z jednym i już zupełnie pustym, pozostał, by odkręcić kurek od kranu.
– Poradzę sobie – oznajmiła, po czym wskazała otwartą dłonią na drzwi. – Mam życzenie zostać sama – dodała niezwykle chłodno.
Borysa zdziwił jej ton, tak obcy od tego, którym go uraczyła, gdy przyszywała guzik marynarki. Nie dyskutował jednak z przyszłą żoną szefa. Uśmiechnął się jedynie skromnie, pożegnał i dał do zrozumienia, że gdyby był potrzebny, to śmiało może wołać.
– Zawsze wołam, gdy czegoś potrzebuję – odparła, zamykając za nim drzwi. Te w łazience zdecydowała się jednak pozostawić uchylone.
Zanurzyła się w gorącej wodzie po samą szyję, przez co jej jasna, choć nieblada skóra, zaczęła nabierać czerwonawego koloru. Poczuła się odprężona. Chwyciła za żółtą, delikatną gąbkę i kremowe mydło, przy okazji potrącając olejek o różanym zapachu. Postanowiła skorzystać i z niego, wkrapiając odrobinkę do wody. Pociągnęła nosem i zrelaksowała się całkowicie.
Po kąpieli miała w planach przebrać się w ciepłą koszulę nocną i wskoczyć od razu pod puchową pierzynę, ale papierośnica, która rzuciła się jej w oczy, gdy wypuszczała Eduarda z jego prywatnego królestwa, skutecznie nakłoniła ją do zmiany planów. Ponownie przywdziała szlafrok ukochanego i w tak skąpym odzieniu wyszła na balkon, by uraczyć się smakiem papierosa. Tego smaku była niezwykle ciekawa, gdyż nigdy wcześniej nie paliła. Rozmyślała też nad tym, kto mógł pozostawić papierośnicę i zapałki w pokoju, który został przygotowany specjalnie na jej i jej matki przyjazd, wiedząc, że żadna z nich nie była nałogowym palaczem.
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz