Tajemnica zakazanej rzeki
Clara
Jako dziecko zawsze się smuciłam, kiedy Cristiano wyjeżdżał albo kiedy my – ja i Filippo – musieliśmy wracać ze wsi do domu. Nie było miesiąca, byśmy nie widzieli się choćby przez jeden, krótki dzień. Czymże jednak jest dzień dla małego dziecka, zwłaszcza jeśliby równać go do ponad dwudziestu siedmiu długich dni i nocy? Jest jakimś maleństwem, kropeczką na morzu białej stronicy, jedną cyfrą na taką ich ilość w kalendarzu. Przez te wszystkie dni, kiedy Cristiana z nami nie było, szukaliśmy z nim kontaktu na różne sposoby. Raz nawet wrzuciliśmy butelkę, z listem umieszczonym w jej wnętrzu, wprost do rzeki, mając nadzieję, iż ta do niego dopłynie. Nie było nam dane się o tym przekonać, gdyż nie zakorkowaliśmy jej i butelka poszła na dno na naszych oczach, a wraz z sobą zabrała nasze gryzmoły. Właściwie, to moje gryzmoły, gdyż Filippo, jak na pedanta przystało, stawiał ładne, zgrabne, pełne litery. Ja pisałam jak kura pazurem – przynajmniej tak mówiła nasza mamka.