11 marca 2026

Na kartkach pamiętnika – Wpis pierwszy

        

Dzieckiem być, wciąż marzyć i śnić


Clara

Początki zawsze są trudne – tak mawiała moja matka. Ojciec za to uczył konsekwencji, raczej z marnym skutkiem, gdyż od najmłodszych lat do wszystkiego miewałam słomiany zapał. Pamiętam, jak zapragnęłam nauczyć się jeździć konno. Wypłakałam nawet własnego kucyka. Zawsze płakałam, kiedy prośby, groźby i obietnice nie skutkowały. Tata się na to nabierał, w obawie, że się rozchoruję. Mama nie była tak naiwna ani dobrotliwa dla swego najmłodszego dziecka, ale z pobłażliwym przymrużeniem oczu patrzyła na to, jak ojciec zaspokajał moje kaprysy. Wiele ich było. Wydaje mi się, że kapryśna byłam już w łonie matki, a jeśli nie, to nabrałam tej cechy, wraz z zaczerpnięciem pierwszego oddechu.

Przyszłam na świat w małym miasteczku, nieopodal pewnego hrabstwa. Możliwe, że była to wioska, ale jeszcze nie wieś bardzo głęboka. W miasteczku tym, czy też tej wsi, wszyscy się znali. Ludzie tam mijali się co dnia, kłaniali, mówili dzień dobry i czasami, kiedy akurat nigdzie się nie spieszyli, to zamieniali z sobą kilka słów, zdań, niekiedy całych poematów. Pamiętam pana Enrica – zawsze dużo mówił. Kiedy już zaczął, to nie mógł skończyć i, o dziwo, zazwyczaj wiedział, jak zaciekawić słuchacza tak, by ten mu nie uciekł po kilku minutach. Większość jego opowieści to były bujdy i senne marzenia, ale opowiadanie ich sprawiało mu taką radość, że ja, jako dziecko, byłam w niego wpatrzona niczym w ulubioną książkę z baśniami. Dlatego, kiedy matka wybierała się na targ po świeże kwiaty, to ja robiłam wszystko, by móc udać się tam z nią, by spotkać pana Enrica, wysłuchać kolejnej bajki i przez to spóźnić się na obiad. Później, w domu, ojciec zawsze nas – mnie i matkę – ganił, mówiąc, że trzeba trzymać się od tego starego szaleńca jak najdalej, zanim zagada na śmierć. Dziwne to było, bo jako dziecko zazwyczaj zgadzałam się z ojcem, ale w tej jednej sprawie miałam zupełnie odmienne zdanie. Ja nie uważałam pana Enrica za szaleńca. Za starego – być może – ale nigdy za szalonego.

Jak już wspominałam, uwielbiałam chodzić z matką na targ, ale nie tylko przez wzgląd na pana Enrica, ale także za sprawą cukierni, którą byłyśmy zmuszone mijać. Nie dało się mnie zbyć, zbałamucić ani oszukać. Przyciskałam nos do szyby i z ustami, które zostawiały na niej wilgotny ślad, mówiłam:

– Ja chcę właśnie to ciastko albo to, albo tamto też chcę.

Matka, nie chcąc bym urządzała sceny przy ludziach – a uwierzcie mi, potrafiłam to robić – wyjmowała z torebki portmonetkę, wręczała mi jedną większą albo kilka mniejszych monet i wskazywała na drzwi. Czasami czyniła to z uśmiechem, a czasem z bardzo niezadowoloną miną. Wtedy jednak nie przejmowałam się mimiką jej twarzy, bo najważniejsze było upatrzone ciastko albo kilka ciastek. Najgorzej jednak było wtedy, gdy szedł z nami na targ mój o rok starszy brat. Filippo na każdym kroku mi dokuczał. Wystarczyło tylko, że pobrudziłam się kremem, a on już głosił:

– Jak będziesz się tak morusać, to żaden mężczyzna cię nie zechce.

Czasami też dodawał, że nie znajdę sobie męża przez to, że za bardzo się utuczę, a grubasek nikt nie lubi. Nie wiem jak inni, ale on faktycznie ich nie lubił. Dokuczał takiej jednej dziewczynce, z pobliskiego domostwa, jeszcze więcej niż mnie, a to tylko dlatego, że była nieco pulchniejsza od pozostałych. Filippo taki już był, na każdym kroku robił wszystko, by rozzłościć inne dzieci. Wyjątkiem był jego przyjaciel – Cristiano.

Pamiętam moment, gdy pierwszy raz zobaczyłam małego Cristiana na oczy. Pamiętam to bardzo niewyraźnie, bo wspomnienia te zamazała mgła czasu. Pojechaliśmy wtedy całą rodziną na wieś, bardzo głęboką wieś, do posiadłości państwa Morellich. Ja zostałam odświętnie ubrana w, okropnie gryzącą mnie, białą sukienkę, którą miałam nakazane nie ubrudzić. Filippo, także został wystrojony, ale on przynajmniej miał możliwość zdjęcia marynarki, kamizelki i wstążki pod szyją, a ja? Jak miałam się pozbyć tych wszystkich falban? Oczywiście mogłam je poobcinać, ale państwo Morelli – jak na złość – nigdzie na wierzchu nie mieli nożyc, a nie można było grzebać po szafkach, gdy było się w gościach. Musiałam więc znosić tę okropną sukienkę całe przedpołudnie, siedząc w salonie i popijając herbatkę, zagryzając ją krakersami.

Czteroletni Filippo podziwiał wtedy z tatą bronie, które kolekcjonował pan Gustavo Morello, a ja trwałam niczym na szpilkach, wyczekując pojawienia się dziecka. Wierzcie – lub nie – byłam bardzo podekscytowana, gdyż wcześniej nigdy nie widziałam kilkutygodniowego niemowlęcia na własne oczy. Kiedy malec zapłakał, jako pierwsza poderwałam się na równe nogi, by móc lepiej go ujrzeć. Widziany oczami trzylatki dziwny był, taki mały bardzo. Teraz uznałabym, że normalny, ale wtedy... Wtedy był dla mnie bezzębnym, łysym, malućkim potworkiem. Wyrósł na żywego, radosnego i butnego chłopca o blond włosach. Filippo także był blondynem, więc, gdy siedzieli tyłem, zdarzało mi się ich pomylić, choć dziś nie wiem jakim cudem było to możliwe, przecież Filippo był aż cztery lata starszy od Cristiana.

Wszędzie się za nimi włóczyłam, po części czyniąc im tym na złość, a po części, myślę, że sprawiałam im tym też trochę przyjemność, w końcu zawsze kryłam ich wygłupy przed rodzicami. Pewnego dnia, gdy Cristiano spędzał u nas ferie i, przez jedną psotę, wkłuł sobie w stopę szkło, to ja mu je wyjmowałam i bandażowałam ranę. Na swój sposób się nim opiekowałam. Uroczy był, gdy był ode mnie o głowę niższy, ale w końcu mnie przerósł. Udało mu się to osiągnąć jeszcze w wieku dziecięcym.

Cristiano i Filippo byli bardzo ważni w mym życiu, dlatego też to oni dwaj wyryli się najbardziej w kamieniu mych wspomnień z wczesnego dzieciństwa. Potem dołączył do nich jeszcze Matteo, ale o nim będzie nieco później.

Wracając do dzieciństwa, psot i zabaw, to nawet teraz, gdy zamknę powieki, pod nimi rysuje się obraz naszej trójki, siedzącej przy stole. Kiedy gospodyni podawała nam jakieś, nieszczególnie uwielbiane przez dzieci, danie, typu wątróbkę czy zalewajkę, to ja starałam się zacisnąć zęby, nie marudzić i zjeść je możliwie jak najszybciej, by też jak najprędzej móc o nim zapomnieć. Wiedziałam, że mamka nie pozwoli nam odejść od stołu, póki talerze nie będą świeciły pustkami. Często, wtedy, kiedy już na moim nie było większej części posiłku, to chłopcy mnie zagadywali, odciągali moją uwagę, a potem dokładali swojego obiadu na mój talerz. Nikt mi nie wierzył, że tak czynią, dlatego byłam zmuszona skonsumować także ich porcje. Ciekawe, dlaczego wtedy Filippo nie martwił się moją figurą? Gdybym faktycznie przez to znacznie utyła, to chyba nigdy bym mu nie podarowała.

Wtedy też im nie darowywałam i zaraz po wciśnięciu w siebie ostatniej łyżki, biegłam, ile tchu, jedynie nachylając się po kamienie, którymi w nich rzucałam. Teraz myślę, że dla kogoś, obserwującego całe zajście z boku, taka scena musiała przezabawnie wyglądać. Wyobraźcie sobie tylko, mała dziewczynka, w wiejskiej sukience, przeznaczonej do tego, by ją poplamić i wybrudzić, kuca po kamień, a potem, biegnąc, celuje nim w dwóch uciekających chłopców i rzuca. Po kilku takich sytuacjach zdobyłam się na pomysłowość i zbierałam kamienie w dół sukienki, który przytrzymywałam dłonią. Jeśli wcześniej wyglądałam zabawnie, to po takiej praktyce, z podwiniętą sukienką i niemal majtkami na wierzchu, musiałam wyglądać, co najmniej, żałośnie. Byłam jednak dzieckiem, nie wiedziałam co to wstyd, różnica płci ani nie zawsze czyniłam co wypada i tak jak należy. Dla mnie wtedy było ważne, że mogłam biec i rzucać, bez konieczności schylania się po kamienie, co mnie wcześniej spowalniało. Zrozumcie, tylko stosując taką metodę, miałam szansę ich doścignąć, choć w rzeczywistości nigdy mi się to nie udało.

Tak właściwie, to w istocie, raz byłam bardzo blisko osiągnięcia mojego celu i dania im popalić. Było tak, gdy Filippo się potknął i wywalił, a Cristiano, jak przystało na prawdziwego przyjaciela, zawrócił po niego i pomógł wstać z piaszczystej ziemi. Jednak Filippo od dziecka miał w sobie namiastkę pedanterii, dlatego pierwszym co uczynił, po podniesieniu się na równe nogi, nie było kontynuowanie ucieczki przed młodszą siostrą, a otrzepanie umorusanych kolanek i koszulki. To była dla mnie szansa i pamiętam ją, jakby to było wczoraj. Nie ma co się temu dziwić, gdyż w życiu było dokładnie tak, jak mawiał Matteo: Najbardziej wyraźnie i szczegółowo zapamiętujemy niewykorzystane okazje. Jednak tamta okazja zostałaby przeze mnie wykorzystana, gdyby nie węgiel. Tak, naprawdę, wszystkiemu winny był węgiel pakowany w płócienne worki i magazynowany w jednej z szop. Tej znajdującej się nieopodal drewutni.

Tamtego dnia biegłam, ile miałam sił w małych nóżkach i byłam już bliska celu. Widziałam Filippa, który otrzepywał się z piasku, wzbijając tym sposobem drobinki kurzu w powietrze, te zaś ulatywały wraz z wiatrem. Spojrzałam pod nogi, by nie popełnić jego błędu, o nic się nie potknąć i nie przewalić i to okazało się być zgubne, bo odbiłam się bardzo mocno od czegoś twardego. Upadłam na pupę. Bolało. Do dziś pamiętam to pieczenie na jednym z pośladków i palący ból na drugim. Jakby tego było mało, usłyszałam warknięcie:

– Patrz, jak łazisz, smarkulo.

Ubodło mnie to do żywego, gdyż wtedy nie rozumiałam, iż smarkul, znaczy tyle samo co dzieciak. Wydawało mi się, że on mnie po prostu obraził, że wyraził się tak, bo jego zdaniem mam gluty pod nosem, a to była całkowita nieprawda. Ja bardzo mało chorowałam, a kiedy już mi się zdarzało, to zawsze miałam przy sobie chusteczkę, schowaną w rękawie, i dbałam o to, by mieć wysmarkany nosek.

Jako dziecko byłam zadziorna i nie dawałam sobą pomiatać. Musiałam, gdyż nie licząc Cristiana, który u nas bywał na ferie i święta, to ja byłam najmłodszym dzieckiem w okolicy. I jeśli raz bym sobie dała wejść na głowę, to potem, by mi na każdym kroku podstawiali nogi albo popychali, a tego, jak niczego innego na świecie, pragnęłam uniknąć. Wtedy też nie chciałam, by ten, który na mnie warknął, mną pomiatał, dlatego podniosłam się z ziemi, nadęłam policzki i wymierzyłam kopniaka w jego kostkę. Oczywiście, czyniąc to, miałam już przygotowany niemal cały plan ucieczki. Liczyłam na to, że kopnięty przeze mnie osobnik się skuli albo chociaż zegnie w pół, a ja będę miała czas odwrócić się na pięcie i pobiec, ile tylko tchu w płucach, wprost przed siebie. Długo miałam zamiar się nie zatrzymywać, by ten nie miał szansy mnie dogonić, ale niestety, nie było mi dane nawet zacząć biegu. Chłopak się nie zgiął, a jedynie syknął pod nosem i złapał mnie za ubranie. W chwilę brutalnie przyciągnął mnie do siebie i krzyknął:

– Gospodarzu, pan pilnuje dzieci, zanim sam nauczkę wymierzę!

Ojciec zjawił się jak na zawołanie. Nie wiedziałam, gdzie znajdował się wcześniej, bo przyznam szczerze, że nie miałam czasu się rozejrzeć, gdyż taka byłam przejęta najpierw gonitwą za chłopakami, a potem zemstą na tym, który złapanie ich mi udaremnił. Jednak z wczesnego, niemal natychmiastowego przybycia ojca, wywnioskowałam, iż musiał znajdować się nieopodal. Brunet, mierzący wtedy jakieś trzy i pół głowy więcej niż ja, się na mnie poskarżył i pchnął w kierunku rodziciela, który złapał mnie za ramię, skrzyczał i wymierzył kilka klapsów. To był ten jeden z nielicznych momentów mego dzieciństwa, kiedy zupełnie nie zgadzałam się z ojcem. Starałam się nie płakać, by inni nie śmiali się ze mnie, że beczę, ale i tak mi się to nie udało, więc, kiedy pierwsza z łez wygrała z postawionymi przeze mnie tamami, które miały na celu łzy zatrzymywać, ja pobiegłam w stronę domu, poprzysięgając zemstę temu, który śmiał się na mnie poskarżyć.

A kto taki skarżył? Wtedy myślałam, że jest to chłopak, właściwie już młodzieniec, który pochodzi z biednej rodziny i dorabia sobie u naszego dostawcy opału, czyli tego, który przywoził nam na takich dużych wózkach, zaprzężonych w dwa albo czasami i cztery konie, węgiel oraz drewno. Myliłam się, chłopak wcale nie był taki biedny za jakiego w tamtej chwili w mych oczach uchodził. Miał na imię Arturo i, nieco ponad dekadę później od tego niezwykle dla mnie przykrego i pamiętanego po dzień dzisiejszy wydarzenia, został mym mężem.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz