Simon BraveWinner
Wracam do domu z nocnego dyżuru. Jest godzina ósma rano. Mijam szkołę. Dzieci biegają po boisku. Kilku spóźnionych uczniów dobija się do głównej bramy. W naszej rodzinie to Steven jest takim uczniem. Mój młodszy brat spóźnia się wszędzie. Często żartujemy, że gdy już zostanie trenerem szkolnym, niektórzy uczniowie będą mieli odwoływane pierwsze lekcje, bo nie ma opcji, by się na nich zjawił.
Nieopodal znajduje się targ. Dwie kobiety idą z koszami pełnymi zakupów. Decyduję się iść nieco okrężną drogą. Chcę wejść na targ po świeże pieczywo i wędlinę. Przez chwilę przychodzi mi na myśl, by dokupić coś słodkiego. Przyjemnie byłoby, po śniadaniu, wypić z żoną kawę bez kofeiny i przegryźć ją jednym z jej ulubionych pączków. Uwielbia te malutkie, serowe, z dużą ilością cukru pudru. Drugie w kolejce są te puszyste, drożdżowe, z marmoladą. Koniecznie pieczone a nie smażone. Pamiętam to wszystko, bo staram się być dobrym mężem. Myślę, że nim jestem, choć po tym jak moja żona się upiła, momentami zaczynam w to wątpić. Bo jaki niby miała powód, by się aż tak spić? Co się wydarzyło w jej życiu, czego nie zauważyłem, że zapomnienia szukała w alkoholu, a nie w moich ramionach? I już wiem, że nie będzie przyjemnie i żadne pączki, kawy, ciasta tego nie zmienią.
Boli mnie świadomość, że znowu muszę stłuc żonę. Ostatni raz czyniłem tak dwa miesiące temu. To niby było tylko jedno niewinne kłamstewko, ale nie mogłem jej tego darować. Dotyczyło gotowania. Estera wyręczyła się młodszą siostrą. To ona zrobiła cały posiłek, będąc u nas w odwiedzinach. Ja tego nie widziałem, bo cały dzień byłem w pracy. A kiedy podczas kolacji pochwaliłem, że ma ona aż trzy dania i że zupa jest przepyszna, usłyszałem od żony, że włożyła do niej całe swoje serce.
Długą mieliśmy rozmowę, kiedy to wszystko się wydało. Dotyczyła nie tylko samego kłamstwa, ale też tego, że jeśli Estera nie ma ochoty nieraz gotować, to nic się nie stanie, gdy zjemy na kolację kanapki. Powiedziałem, że nawet sam mogę sobie taką kanapkę przygotować. A moja żona popłakała się przy tej rozmowie bardziej niż podczas tych kilkunastu klapsów, które za kłamstwo jej wymierzyłem.
Kupuję chleb i wędlinę. I kilka kostek czekolady mlecznej z orzechami dla mnie i kilkanaście bez orzechów dla Estery. Jestem chyba jedynym klientem targu. Poza mną są tu same kobiety, nie wliczając w to sprzedawców. Dziwi mnie to, bo sam często chodzę na targ. Lubię to. Podoba mi się, gdy samemu mogę wybrać coś na co będę miał ochotę. Często z początku nie wiem, co chcę zjeść i dopiero w chwili, gdy to ujrzę, jestem tego pewny.
Estera nie narzeka na moje zamiłowania do włóczenia się po rynkach. Zdarza się, że się mną wysługuje, ale nie tworzy wtedy dla mnie specjalnej listy zakupów. Co najwyżej prosi bym kupił coś na przykład na obiad i ser na pizzę, co do reszty mam wolny wybór. Lubię to w niej, że daje mi ten wybór, że nie narzuca z góry, co w który dzień będziemy jedli. Uczę się tego od niej. Też staram się nie wszystko jej z góry narzucać. Daje jej więc możliwość niezrobienia kolacji, gdy nie ma na to najmniejszej ochoty, zawsze jednak wtedy chcę wiedzieć co ją dręczy. Ostatni raz taka sytuacja wyniknęła, gdy pokłóciła się z matką. Była przez to rozbita tak bardzo, że nie miała głowy do gotowania. Pomimo tego podjęła się tej próby. Skaleczyła się dwukrotnie.
– I po co się za to zabierałaś, gdy głowę masz zajętą czymś innym? – spytałem wtedy. – Siadaj i bez dyskusji, opowiadaj o tym… o czym chcesz. Możesz powiedzieć o co pokłóciłyście się, możesz o dniu książki, możesz o… o czym tylko chcesz. Wysłucham – zapewniłem, nieco się miotając, bo choć chciałem wiedzieć o co jej i jej mamie poszło, to nie zamierzałem tego wyciągać z Estery siłą. – I zrobię dla nas kanapki. Na co masz ochotę? Ser, sałata, ogórek? Szynka, ser, pomidor? – dopytywałem. – I więcej nie waż mi się gotować, gdy jesteś w takim nastroju. To niezdrowe. Nawet niebezpieczne. Naprawdę mogę, od czasu do czasu, coś samodzielnie przygotować.
– A jak dojdą nam dzieci? – zapytała. – Nie możesz być dla mnie tak pobłażliwy, bo gdy jako matka…
– Ciii – wysyczałem. – Jeszcze nie mamy dzieci, a jak będziemy mieli, to mogę też przy nich przygotowywać kanapki.
Zaśmiała się.
– Kilkumiesięczne dziecko nie zadowoli się kanapką. A ty też nie zawsze jesteś w domu.
– Jak dziecko, od czasu do czasu, zje jogurt na kolację, to też od tego nie umrze – bagatelizuję. – Nie zrozum mnie źle, Estero. Gdyby to się powielało, powtarzało, stało rutyną, zareagowałbym. I zareagowałbym odpowiednio – dodaję nieco ostrzej. – Dopóki jednak z jakiegoś powodu, czasami, nie jesteś w stanie czegoś zrobić, rozumiem cię. Jestem mężem i w moim obowiązku jest ci też okazywać zrozumienie, a nie tylko od ciebie wymagać.
– Wyjątkowo dużo dziś mówisz – zaśmiała się znowu. – Lubię to. Mów częściej.
– Gdy będę miał o czym – zapewniłem.
I dziś też chciałbym móc z żoną tylko porozmawiać. Nie mogę. Za poważny był to występek z jej strony, by zakończył się na samej rozmowie. Najpierw jednak zamierzam się dowiedzieć czym nieodpowiedzialne zachowanie Estery było spowodowane. Znam swoją żonę. Wiem, że nie robi takich głupot bez powodu, sama z siebie. Z pewnością nie ona była prowodyrem tego upicia się. Domyślam się, że stroną proponującą była Julita. Ta niemal wcale nie ma hamulców. A Samuel zupełnie nad nią nie panuje, zabawiając się, od czasu do czasu, w wychowawcę, innymi razy w jej prywatnego bawidamka. Jest niczym ta chorągiew na wietrze. Jak dmuchnie, tak leci. I tylko pozornie to jeszcze on ma nad tym kontrolę. W rzeczywistości jest sterowany przez małżonkę. A przynajmniej taki ja mam obraz ich małżeństwa.
Wchodzę do naszego niedużego mieszkania. Wspólnie ustaliliśmy, że o przydział większego rozpoczniemy starania, gdy będziemy już mieli dziecko, i to takie dwu czy trzyletnie, a najlepiej jeszcze drugie w drodze. Wcześniej większe mieszkanie nie jest nam potrzebne, a z pewnością są tacy, którzy na tę chwilę potrzebują go bardziej od nas. Zachłanność w naszych oczach jest grzechem i to jednym z większych. Wciąż pamiętam opowieści matki o Polsce, gdzie niegdyś całe rodziny mieszkały w kawalerkach. I te rodziny jakoś dawały radę. Czemu więc my mielibyśmy nie dać, mając takie udogodnienia jak prąd, gaz i odpowiednio wysoką tygodniową pensję? W mojej opinii niektórzy ludzie w Novus ordo stali się za wygodni. Tacy co chcieliby dużo za nic lub za minimalny wkład. Nie zamierzam ich nawracać. Nie jestem kaznodzieją. Nie chcę jednak stać się kimś takim jak oni. Trzymam się więc z dala od nadużyć i zbędnych pokus.
Estera czeka na mnie przy drzwiach, choć wielokrotnie jej mówiłem, że mogę rozbierać się z wierzchniej odzieży samodzielnie. Potrafię też bez niczyjej pomocy odwiesić ubranie na wieszak czy odstawić teczkę na blat komody. Ona jednak uważa, że to jest w jej obowiązku. Zawsze też mówi, że lubi to robić. Podobnie jak lubi całować mnie w policzek na powitanie i pożegnanie. Za pocałunkami nigdy nie przepadałem i to już od małego dziecka. Te jej jednak mi nie przeszkadzają. Przyzwyczaiłem się do nich. Z czasem nawet je polubiłem. Z pewnością byłoby dziwnie, gdyby dziś nie witała mnie całusem w policzek.
– Chcesz najpierw śniadanie czy najpierw mnie ukarać? – pyta, odwieszając moją marynarkę.
– Chcę porozmawiać, Estero – odpowiadam. – Kupiłem twoje ulubione czekoladki – dodaję, nieco unosząc dwie tytki w górę.
– A ja się zastanawiałam, dlaczego tak długo nie wracasz – wyznaje i nieco smutnieje.
– Przepraszam – mówię, po czym podchodzę bliżej żony i muskam ją w czoło. – Mogłem cię wczoraj uprzedzić – przyznaję jej rację. – Następnym razem uprzedzę, obiecuję.
Stojąc tak blisko małżonki, przyglądam jej się uważniej. Wygląda na zmęczoną, w dodatku nieco niechlujnie. Czarne włosy ma splecione w byle jaki kok. Ma na sobie ubrania, w których zwykle sprząta. A w całym mieszkaniu śmierdzi środkami czyszczącymi, które rzekomo już nie mają w sobie chemii.
– Sprzątałaś? – dziwię się.
– Troszeczkę – odpowiada skromnie.
– Przecież było czysto. – Wchodzę głębiej i odkładam dwie tytki na okrągły stół, teraz przykryty wykrochmalonym, białym obrusem. – Spałaś coś w ogóle? – dopytuję, omiatając wzrokiem całe pomieszczenie. Z tego miejsca mam też widok na otwartą kuchnię i niezamkniętą łazienkę. Wszystko aż lśni.
– Nie mogłam zasnąć – przyznaje Estera. – Poza tym wiem, jak lubisz porządek i gdy wszystko ma swoje miejsce.
– Ale nie kosztem twojego snu – oponuję. Nieco łagodnieję, widząc jej zasmuconą twarz. – Choć w tym przypadku nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej będziemy mogli w dzień położyć się razem – mówię i dopiero wtedy spoglądam na łóżko. Zauważam pościel zwiniętą w rulon i dyscyplinę leżącą nieopodal, na nocnym stoliku. – Co to jest? – pytam, wskazując na łóżko.
– Pomyślałam, że zechcesz… – zaczyna, po czym milknie. Na jej alabastrowej twarzy pojawiają się dwa wypieki. Przymyka lekko skośne oczy. Kiedyś byłaby Azjatką. Dziś nie istnieją już takie określenia.
– Nie zechcę – oponuję. – Z pewnością nie tak i nie teraz – dodaję. – Pościel to łóżko, jak należy i schowaj… – milknę, jakby to jedno słowo nie mogło mi przejść przez gardło. – Po prostu schowaj – mówię, starając się, by nie brzmiało to jak ostro wydane polecenie. Panowanie nad głosem nie jest moją mocną stroną. I tu nie chodzi o to, że za bardzo okazuję nim ekscytację, tylko o to, że niemal zawsze mówię tak samo rzeczowo, surowo, bez emocji. – Może zaczniemy od słodyczy i kawy – proponuję.
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz