Miał trzydzieści lat i choć zwykle nie wyglądał na więcej niż ćwierć wieku, to tej nocy szarość wstąpiła na jego twarz, uwidaczniając przy tym kilka znaczących zmarszczek. Piotra zazwyczaj skutecznie odmłodniał ubiór. Nawet teraz, po wzięciu letniego prysznica, przywdział czarną koszulkę z motywem Kubusia Puchatka i spodenki w kolorowe kwadraty.
– Lepiej się czujesz? – zapytał Szymon, który postanowił zostać na tych kilka chwil, by nie czuć się potem odpowiedzialnym za wypadek kolegi. Uznał, że pod prysznicem łatwo się poślizgnąć, a w stanie, w jakim był Piotrek, nietrudno było nawet o utratę przytomności. Wciąż zachodził w myśl, jak tak szybko mogło go rozłożyć i cóż to było. Szczerze wątpił, by tak zadziałał na niego sam alkohol. On, nigdy nie wylewając za kołnierz, nie spotkał się z taką reakcją własnego organizmu.
– Jak nowo narodzony – skłamał Piotrek, siląc się na codzienny uśmiech. Obraz przed oczami wciąż mu skakał, jak programy w starym, rozregulowanym odbiorniku telewizyjnym. – Zimno mi po prostu nie służy – dopowiedział, siadając na rozłożonej kanapie obok Szymona. Przytrzymał głowę obiema dłońmi, czując jakby zaraz miała mu eksplodować.
– Weź jakiś paracetamol w niezalecanej, zbyt dużej dawce, prześpij się i jutro będziesz zdrowy – poradził przyjaciel.
– Dobrze, ojcze – odparł na to żartobliwie. – Może ty byś, Szymek, sobie znalazł jakąś kobitę, zamiast wynajdywać kolejne dzieci do niańczenia? – dorzucił na dokładkę, także humorystycznym tonem.
– A kobiety nie trzeba niańczyć? – zapytał śmiertelnie poważnie Szymon, zakładając ciemnogranatową kurtkę, a zaraz potem wciskając zimową czapkę na głowę. – Może tak ty byś znalazł sobie jakąś, którą trzymałbyś dłużej niż do rana? – odbił piłeczkę i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.
***
W domu Szymona powitała ciemność, zakłócona słabym światłem telewizora. Na podłodze, wsparta o kanapę, siedziała czteroletnia Lena z padem od konsoli w dłoniach. Dziecko ubrane było jedynie w spodnie od chłopięcej piżamy i ciepłe skarpety.
– Coś ty taka roznegliżowana? – spytał, zdejmując buty stopa o stopę i rozpinając kurtkę. Zanim jednak ją zdjął, to wszedł do pokoju i pochylił się, by musnąć córkę w czoło.
– Przeszkadzasz – poskarżyła się i zaczęła odganiać ojca ręką, by móc dalej widzieć, jak lexus przemierza tor wyścigowy.
– Pytałem, co taka roznegliżowana? – przypomniał, odwieszając ubranie wierzchnie na wieszak.
– Co?! – krzyknęła, wykrzywiając przy tym buzię. Była zdenerwowana, bo jej samochód dotarł na metę jako ostatni. Upuściła dżojstik na uda.
– Czemu jesteś taka goła? Dlaczego bluzki nie masz?! – dopytywał, jednocześnie idąc w stronę kuchni. Tam z lodówki wyciągnął piwo butelkowe, otworzył je i powrócił do pokoju.
– Bo się ulało. – Wskazała palcem na pusty kubek, stojący na stole i górę od piżamy leżącą obok niego. Zaczesała ciemne włoski do tyłu, poprawiając przy tym wąską opaskę i ponownie wcisnęła play.
– A gdzie dziadek? – zainteresował się Szymon.
– Śpi sobie – odpowiedziała szybko i kontynuowała wyścig.
– A ty czemu nie śpisz? – Usiadł na kanapie, wygodnie się oparł i głośno westchnął.
– Wceśnie jesce jest – szepnęła, ale na tyle głośno, by mógł ją usłyszeć.
Spojrzał na zegarek przy DVD. Niebieskie światło poinformowało go, że była jedenasta w nocy. Pociągnął spory łyk piwa i wychylił się po drugi z padów od konsoli. Włączył pauzę, a potem zmienił opcję na dwóch graczy. Wybrał samochód – czarne BMW – i rozpoczął wyścig.
– Jak wygram, to pójdziesz grzecznie do łóżka – stwierdził.
– Nie, nie, nie i nie! Bo ty to zawse wygrywas – zbulwersowała się Lenka, ale nie przerwała gry. Dobrze wiedziała, że na jednym wyścigu i tak się nie skończy.
Lena miała rację, ich wspólna gra zakończyła się dopiero nad ranem, kiedy nie dała rady pokonać kolejnej trasy w całości, bo sen okazał się być od niej silniejszym.
***
Rano Szymon Serafin nawet nie zadawał sobie trudu, by zbudzić córkę, ubrać ją i odprowadzić do przedszkola. W spokoju, w kuchni, dopijał kawę i wyczekiwał aż kiełbasy, położone na natłuszczonej patelni, się zarumienią. Humor tego dnia jakoś nieszczególnie mu dopisywał, choć nie wydarzyło się nic szczególnego. To było tak, jakby przeczuwał, że coś złego dopiero nastąpi. I nastąpiło, wraz ze zjawieniem się w kuchni jego ojca.
– Zostaniesz dzisiaj z Leną, tato? – zapytał, wstając do patelni, by obrócić kiełbaski na drugą stronę.
– Chora jest? – odpowiedział pytaniem na pytanie starszy mężczyzna. Odsunął sobie krzesło i zasiadł przy stole. – Wczoraj czuła się dobrze – dodał w bardzo znaczący sposób.
– Nie jest chora – przyznał mu rację syn. – Ale śpi – dodał. – Jak się obudzi, to daj jej coś do jedzenia – poinstruował. – Chcesz? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź i od razu sięgnął do górnej szafki po dwa talerze. Ułożył je na krótkim, kuchennym blacie w pobliżu zlewozmywaka.
– Coś, czyli co? Mam jej smażyć frytki czy jajecznicę? – odparł z nieuprzejmym wyrazem twarzy starszy mężczyzna, który, gdyby tylko był z trzydzieści lat młodszy, mógłby uchodzić za klona lub brata bliźniaka Szymona. W tym przypadku jego wiek jednak świadczył o ojcostwie, a podobieństwo o bardzo mocnych genach.
– Przestań, dobrze!? – uniósł się Szymon. – To nie moja wina, że nie umiem gotować – stwierdził nerwowo.
– To chociaż ją puszczaj do miejsca, gdzie serwują normalne posiłki! – jego ojciec także krzyknął. – Skoro już odwaliłem za ciebie robotę i załatwiłem jej miejsce w państwowej placówce, to chyba po coś to zrobiłem, nie? – zapytał, po czym sam sobie odpowiedział: – Po to, by tam chodziła.
– Jak raz nie pójdzie, to świat się od tego nie zawali – stwierdził Szymon.
– Jak nie masz czasu na dziecko w dzień, to nie znaczy, że masz sobie z nią pykać w gierki po nocach. Jak sam sobie nie radzisz, to znajdź sobie kogoś do pomocy – trwał twardo przy swoim, przy czym wytykał synowi jego braki w czynnościach rodzicielskich. I do tego wszystkiego, tak naprawdę, skłaniały go dobre chęci. Chciał, by jego syn na nowo ułożył sobie życie, a tym samym, by Lena zyskała choćby zastępczą mamę.
– Nie będę się ponownie żenił, tylko po to, by mieć niańkę do dziecka – zaoponował Szymon. – Zresztą, ty też się ponownie nie ożeniłeś – wytknął ojcu i przewrócił kiełbaski na patelni.
– Ty byłeś starszy, gdy matka zmarła. Poza tym byłeś chłopcem. Masz córkę, ona potrzebuje jakiegoś wzorca...
– Skończ! – warknął. Napiął przy tym większość mięśni, a jedną dłoń zaczął zaciskać w pięść i otwierać. Poczynił to kilkukrotnie, bardzo szybko.
– Uważaj, bo cię posłucham i skończę – zagroził. – Przestanę ci pomagać, a wtedy palcem do dupy nie trafisz – dodał wulgarnie. Bardzo nie lubił, gdy inni nie przyznawali mu racji, kiedy był święcie przekonany, że takową posiada. Tak właściwie, to uważał się za w pełni nieomylnego.
Szymon odwrócił się do ojca, oparł o szafkę ze zlewozmywakiem i powiedział jedno słowo:
– Przestań.
Niedbale wzruszył szerokimi ramionami i zaczął się bawić obrączką wciśniętą na serdeczny palec lewej dłoni.
– Gdybyś myślał, to wcale nie potrzebowałbyś mojej pomocy – wypomniał mu ojciec.
– Znowu to samo – stwierdził z lekceważącym wyrazem twarzy, ale ze łzami cisnącymi się do oczu.
– No bo trzeba być osłem, by na taką pogodę kobiecie dać samochód, gdy miała tydzień prawo jazdy.
– Miałem przed nią kluczyki chować!? – Z nerwowością rozpoczął gestykulację rękoma.
– Chociaż opony zmienić, tępaku, na zimowe!
W tamtej chwili Szymon uznał, że ojciec przesadził, ale przed wybuchem prawdziwej awantury, powstrzymał obydwóch panów dzwonek do drzwi.
Szymek przekręcił jeden z kurków od kuchenki gazowej i wyłączył ogień palnika pod patelnią. Ruszył w stronę drzwi, po drodze poprawiając rękaw swetra, który zsunął mu się do nadgarstka. Wolał, jak rękawy zatrzymywały się w okolicach łokci.
Otworzył i uważnie przyjrzał się obcemu mężczyźnie. Facet, stojący przed jego progiem, wyglądał elegancko. Miał na sobie marynarkę od garnituru, a długi płaszcz przewieszony był przez jego lewe przedramię.
– Hola – przywitał się w obcym dla Szymona języku.
– Część – odpowiedział Serafin, bo jego zdaniem, mniej więcej, to samo powiedział nieznajomy. Wyczekując dalszych kwestii, wsparł się ramieniem o futrynę.
Hiszpan, w kwadratowych okularach, domyślił się, że blondyn go nie rozumie, więc zdecydował się na wypowiedzenie pewnego imienia, ale akcentując je w taki sposób, jakby pytał.
– Larysa?
– Prostytutka? – odrzucił pytaniem Szymon.
Nieznajomy lekko przytaknął ruchem głowy.
– Drzwi obok. – Szymek zamiast jedynie wskazać dłonią kierunek, pofatygował się, wyszedł na klatkę i zapukał do dużych, dwuskrzydłowych drzwi, prowadzących do niewielkiego mieszkania.
Zanim kobieta otworzyła, Szymon powrócił do siebie, pozostawiając oczekującego mężczyznę samego. Nie zdecydował się jednak na zjedzenie śniadania. Szybko ubrał buty i zdjął kurtkę z wieszaka. Krzyknął jeszcze ojcu, że wychodzi do pracy i już go nie było. Nie miał ochoty na dalsze kłótnie.
***
Larysa naprawdę miała na imię Sara, ale w kurewskiej branży wolała używać pseudonimu. Wcale nie chodziło jej o anonimowość, bo przecież ciężko o takową, gdy spraszało się klientów do własnego mieszkania. Na luksusowe hotele jednak stać nielicznych i tak naprawdę uprawianie najstarszego zawodu świata w Hiltonie, to wymysł amerykańskich filmów, do których polska rzeczywistość miała się nijak, a nawet marnie.
Co prawda, niektórzy klienci Larysy woleli spotykać się z nią na pewnym dla siebie gruncie, więc wynajmowali tanie pokoiki w podrzędnych hostelikach. Tacy jednak należeli do rzadkości, no i nawet oni, przy kolejnym spotkaniu, już nie mieli oporów, by przyjść do niej i zaoszczędzić tych kilkadziesiąt złotych.
Sara otworzyła drzwi i bez słowa wpuściła mężczyznę do środka. Dopiero potem przywitała się z nim gorąco i namiętnie, zarzucając mu ręce na szyję i wciskając język głęboko do gardła.
Nie wyglądała jak dziwka. Nie była ani w gorsecie, ani w stringach czy satynowym szlafroku. Ubrana była w bluzkę na zamku, rozpiętą tak, by podkreślała duży i jędrny biust, i dżinsy opinające jej kształtne pośladki. Tyle wystarczyło, by pobudzić mężczyznę do działania i wprowadzić go do skromnego pokoiku z szerokim, ale jednak niedwuosobowym łóżkiem.
Javier znał Larysę już wcześniej. Poznali się na jednym z portali, gdzie ogłaszały się kobiety uprawiające prostytucję. Jej ogłoszenie zainteresowało go tylko dlatego, że było napisane w kilku różnych językach, w tym także hiszpańskim. Liczył na rozmowę, dlatego zaczął od spotkania na mieście i herbaty. Na jego szczęście dziewczyna nie kłamała i rozumiała w obcym języku. Mówiła w nim nieco kulawo i raczej używała podstawowego, łatwego w wymowie słownictwa, ale i tak czuł się przy niej lepiej, niż czułby się przy takiej, która nie rozumiałaby go wcale. Jednak tego dnia Lara – jak lubił skracać jej pseudonim – nie miała ochoty na prowadzenie z nim rozmów. Chciała szybko doprowadzić go do dwóch wytrysków, odebrać zapłatę w euro i zatrzasnąć za nim drzwi. Miała ku temu ważny powód, dlatego gdy zapytał, czy jest nie w humorze, to odpowiedziała:
– No – i zmusiła samą sobie do uśmiechu. – Ir al trabajo – wyjaśniła.
Javier zrozumiał, że Larysa spieszy się do pracy, więc nie naciskał. Po wszystkim ubrał marynarkę, wyjął z niej skórzany portfel i zostawił jeden banknot złożony w pół. Położył go na mlecznobiałej komodzie, przyciskając figurką meksykańskiej, trupiej czaszki. Pożegnał się delikatnym, uprzejmym uśmiechem, zabrał płaszcz i wyszedł.
– Dzięki Bogu tak szybko – powiedziała sama do siebie. Oparła się plecami o drzwi. W dłoni trzymała popielato–żółty stanik.
Górną część bielizny założyła, wracając do pokoju. Zapięła biustonosz i otworzyła drzwi od dużej, narożnikowej szafy. Przyklękła na jedno kolano.
Dno szafy wyłożone było kołdrą i kocami, w dodatku w rogu świeciła się mała, niebieska, bezprzewodowa lampeczka.
– Iwan – szepnęła.
Dotknęła dłonią czoło chłopca. Było rozpalone. Wzięła go na ręce i usiadła na łóżku, sadzając go na swoich kolanach. Jej wzrok na moment utkwiony był w zużytej prezerwatywie, pozostawionej na stole, nieopodal komputera.
Chłopczyk o ciemnych jak heban włosach i skórze jasnej tak bardzo, że przywodziła na myśl alabaster, wyglądał niczym posąg. Jak malutki cherubinek o dużych, czarnych oczach. Długich rzęs mogła mu pozazdrościć niejedna modelka. Podobna rzecz miała się z ustami, pełnymi, w kolorze malin. Jego policzki pokryte były wypiekami spowodowanymi wysoką temperaturą ciała.
Sara ucałowała Iwana w czoło i mocniej do siebie przytuliła. Zdecydowała się ubrać malca w ciepłe, polarowe spodnie, na body założyć mu zielony sweter, a na to wszystko jeszcze czarny kombinezon z motywem uśmiechniętego krokodyla.
Wsadziła dziecko do głębokiego wózka i zapięła śpiwór.
– Pojedziemy do lekarza – poinformowała, wciskając do jego buzi dziecięcy smoczek. – Dostaniesz lekarstwa i będziesz zdrowy – dodała, jakby z nadzieją, jednocześnie w pośpiechu się ubierając.
Sześciomiesięczny Iwan jednak już wcale jej nie słuchał. Znowu zamknął oczka. Pociągnął zasmarkanym nosem i zasnął.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz