Zawsze ściągała całą biżuterię nim zasiadła do komputera. Bransoletka i zegarek przeszkadzały jej podczas stukania w klawiaturę i operowania myszką, co było nawet zrozumiałe, ale ona w obnażaniu się z bogactwa posuwała się o krok dalej – zdejmowała także kolczyki. Jej uroda była wyjątkowa i wielu nie umiałoby jej docenić. W dzieciństwie marzyła, by jej włosy miały inny kolor. W wieku nastoletnim miała kompleksy z powodu piegów. Dziś nie żałowała niczego – ani rudości, ani niedoskonałości na twarzy.
Miała na imię Anna i nie spodziewała się tego dnia gości. Właściwie to nigdy się ich nie spodziewała. Życie towarzyskie prowadziła w barach, kawiarniach i galeriach. Nie zapraszała przyjaciół do mieszkania. Wolała umawiać się z nimi w miejscach publicznych, jakby bała się obnażenia, utracenia twarzy, pozy, maski. To było dziwne, tym bardziej, że ona naprawdę miała się czym pochwalić. Jej kwadrat, niezwykle przestronny, był pięknie umeblowany i z każdego pomieszczenia wręcz biło bogactwo. Największą wartość zdawały się mieć dla niej ubrania. Kolekcjonowała buty. Niektórych z nich nawet nie przymierzyła. Jej szafy były pełne ciuchów, a wiele z nich wciąż miało metki. Kochała wydawać pieniądze na coś w czym uważała, że będzie wyglądała dobrze, a później często nie znajdywała okazji, by to na siebie włożyć.
W miejscach publicznych umawiała się też z kochankami. Wtedy się stroiła. Nie zaczynała pospolicie i byle jak. Nie interesował ją park i szybki numerek w hotelu. Uciekała od stałych relacji, ale jednocześnie pragnęła z kimś nawiązać choćby cienką nić porozumienia nim się z nim prześpi.
Pracy miała sporo, jak każdy kto dużo zarabia, a to nie ułatwiało nawiązywania kontaktów damsko–męskich. Ratunkiem okazywał się internet. Nie szukała na czatach i portalach randkowych. U niej królowały fora, gdyż tam mogła przejrzeć posty użytkowników i w ten sposób sprawdzić czy dany samiec jest w stanie ją zaintrygować na tyle, by zechciała zdjąć mu majtki. I tak właśnie trafiła na Piotra.
Zaimponował jej tym, że posiadał wszystkie z możliwych cech, których nie znosiła w mężczyznach. Wcześniej wątpiła w istnienie człowieka, który miałby aż tyle wad, dlatego zechciała go poznać na żywo. A później sama nie wiedziała, czy zaiskrzyło, czy po prostu był tak bardzo dobry w te klocki.
Odeszła od komputera, by otworzyć drzwi. Wcześniej zerknęła na stół. Zobaczyła płatki dla osób dbających o linię i mleko odtłuszczone. Przypomniała sobie, że miała zjeść kolację, a później wejrzała na zegarek. Było grubo po północy.
– Piotr? – zdziwiła się. Trzymała dłonią klamkę od drzwi i choć miała ochotę zatrzasnąć mu je przed nosem, to strach ścisnął jej żołądek i sparaliżował kończyny.
– Cześć – przywitał się, zdawałoby się, że nieśmiało.
Znała go jednak już na tyle, by wiedzieć, że nigdy nie bywał nieśmiały. Piotrek był bezpośredni, momentami wulgarny i chamski.
– Co tu robisz? – wydukała, starając się brzmieć pewnie, odważnie. Wewnętrznie jednak się bała, bo nigdy nie zapraszała go do domu. Nie przychodziło jej do głowy, skąd mógł zdobyć jej adres.
Piotrek spojrzał pod nogi, później na równo otynkowany sufit, a następnie na wyłożone dużymi, szarymi kaflami ściany. Bywał w wielu miejscach, ale nigdy wcześniej nie widział tak ładnej i dopracowanej pod każdym względem klatki schodowej. Niedbale wzruszył ramionami.
– Stoję – odpowiedział z banalną szczerością.
– To widzę – warknęła, nabierając nagłej odwagi. Znowu wydał jej się być kimś niegroźnym, chłopięcym i irytującym.
– Miałem kiepskie dwa dni – wyznał. – Próbowałem się z tobą skontaktować. Nie było cię pod telefonem.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, że nie przemieniła kart, że ciągle posługiwała się tą, którą zakupiła za granicą.
– Mogłeś pisać na maila – stwierdziła w sposób, jakby była zdziwiona, że sam na to nie wpadł.
– Nie znam ludzi, którzy częściej przeglądają pocztę elektroniczną, niż spis nieodebranych połączeń. – Skrzywił się, czym wielce ją zirytował.
– W takim razie już znasz, mnie – skwitowała. – Skąd masz mój adres? – zapytała z pretensją. Splotła ręce na piersi.
– Zapomniałaś, że jestem gliną? – odpowiedział jej pytaniem na pytanie.
– Nie, ale myślałam, że nie możecie wykorzystywać baz danych do prywatnych...
– Bla, bla, bla – przerwał jej. – Nie możemy i nie musimy, gdy mamy do czynienia z rudymi idiotkami. Wyszłaś siku, gdy byliśmy w barze na kebsie. Wejrzałem w twój dowód.
– Grzebałeś w mojej torebce!? – oburzyła się. – Wezwę policję – zagroziła.
– Nie musisz, jest na miejscu. – Zaśmiał się i bez zaproszenia spróbował się wcisnąć do środka.
Zagrodziła mu drogę.
– Okay, zgoda, mogę poczekać na zewnątrz – stwierdził pokojowo. – Poczekam aż się wylaszczysz.
– Co? – Po pierwsze, nie rozumiała niektórych słów, które wypowiadał, bo mowę miał niewyraźną, nawet gdy był trzeźwy, a po kilku głębszych bywało z nią jeszcze gorzej. Po drugie, nie znała miejskiego slangu i nawet nie chciała go poznawać.
– Pójdziemy w tany – odpowiedział. – Potrzebuję tego – dodał z miną skarconego niesłusznie kundla. – Tylko nie mów, że nie masz ochoty. Psu odmówisz? – spytał, świadomy tego co wyrażały jego wzrok i mimika.
Wcisnęła dłonie do płytkich kieszeni czarnych, materiałowych spodni. Zaśmiała się bardzo krótko, ledwie wychwytywalnie, bo w rzeczywistości nie chciała się nawet do niego uśmiechnąć. Był jednak równie irytujący co wyjątkowy i jako jeden z nielicznych potrafił rozbawić ją do łez.
Sunął wzrokiem po niej całej, od czubka głowy, po czerwone szpilki, które wciąż miała na stopach. Nigdy nie lubił bieli, może dlatego, że nie umiał zachować jej w czystości. Jej śnieżnobiała koszula jednak przyciągała spojrzenie, pomimo że była zapięta po samą szyję.
– Daj mi dziesięć minut – oznajmiła i po zamknięciu drzwi, ciągle biła się z myślami. Zastanawiała się, czy wezwać policję, bo przecież niemal obcy mężczyzna stanął w jej drzwiach, choć nigdy nie podawała mu adresu, czy zgodzić się na spontaniczną randkę. Zdała sobie sprawę z tego, że nigdy nie była na spontanicznej randce. Właściwie nigdy nie robiła niczego spontanicznie. Ponad wszystko w życiu ceniła poukładanie. Tak odbiło się na niej niestabilne dzieciństwo, czego efektem było emocjonalne kalectwo.
***
Czekał na nią, siedząc na schodach. Bawił się zapalniczką. Miał ochotę zapalić. Zrezygnował jednak z tego w obawie, że na klatce schodowej mogą być zamontowane zraszacze albo alarmy przeciwpożarowe. Skubał palemkę, która zadomowiła się w wielgachnej donicy. Na pierwszy rzut oka wydawała mu się być sztuczną, jednak, kiedy ją dotknął, to zdał sobie sprawę z tego, że roślinka żyje. Nie przeszkadzało mu to jednak w robieniu jej krzywdy i przyczynianiu się do jej zbrzydnięcia.
W końcu doczekał się Anny. Znowu przykuwała jego wzrok bielą. Tym razem jednak nie była to koszula, a płaszcz. Był idealnie dopasowany do kozaków, bo choć te były w większości brązowe, skórzane, to miały białe futerko na modnie wywiniętym języku.
Ania zawsze starała się wyglądać dobrze. Ułatwiały jej to pieniądze. Dzięki nim stać ją było na wakacje w hotelach spa i dobrej jakości kosmetyki. Regularne wizyty u kosmetyczki sprawiły też, że wyglądała młodo. Przy Piotrze jednak miała utrudnione zadanie. Przy nim musiała się postarać, by wyglądać jeszcze młodziej, bo był od niej dziesięć lat młodszy, na dodatek jego styl znacznie utrudniał sprawę. Szczerze nienawidziła tej jego biało-turkusowej kurtki, bo podobne nosili gówniarze z pobliskiego gimnazjum. Nigdy nie uważała też czapek z daszkiem, bo te kojarzyły jej się z raperami, a nie ludźmi poważnymi, przyzwoitymi. Z drugiej strony jednak wszystko to pasowało do Piotra, gdyż nie był on ani dojrzały, ani poważny, ani nawet w małym stopniu przyzwoity.
– Muszę sprawdzić pewien klub – powiedział szczerze, gdy byli już w taksówce i w drodze do wspomnianego przez niego miejsca.
– Muszę sprawdzić? – powtórzyła po nim. – A co, pewnie nigdy tam nie byłeś, a taki luzak jak ty musi oblecieć wszystkie, nim zdążą się zamknąć? – zadrwiła. Tak naprawdę często z niego drwiła. Zdawało jej się, że jest od niego lepsza. Właściwie to uważała się za wyższą od większości ludzi. Wyższą rangą.
– To też – przyznał. – Ale chodzi o pewną sprawę. Byłem już niemal wszędzie. W każdej niszowej spelunie bilardowej. Ten jest ostatni. Taki elitarny.
– Jaką sprawę? – postanowiła dopytać. Przyszło jej też na myśl, że w Kaliszu nie ma elitarnych klubów i już miała wypomnieć Piotrkowi, że bzdury plecie, gdy on ponownie się odezwał.
– Dziwną – odparł na jej zapytanie.
Taksówkarz zatrzymał się pod jedynym klubem mieszczącym się w centrum miasta. Kiedyś było ich więcej, ale miasto stawało się coraz biedniejsze i takie miejsca utrzymywały się zwykle z nielegalnych źródeł, przez co zmieniały właścicieli szybciej niż dało się to ogarnąć miejscowym. Mieszkańcy zauważali jedynie zamknięcia, do których, wcześniej lub później, dochodziło.
– Co znaczy dziwną? – Wysiadła. Przeszła krzywym chodnikiem i otworzyła drzwi prowadzące do Richmond. – Piwnica – zdziwiła się, gdy dostrzegła schody.
– Nigdy tu nie byłaś? – bardziej odgadł niż zapytał.
Szła przed nim, więc miał doskonały widok na jej pupę. Nie mógł już się doczekać aż będą szli tymi samymi schodami w górę. Wtedy kobiece pośladki zawsze się kołysały, a to sprawiało, że czuł przyjemny ucisk w majtkach.
– Nie bywam w takich miejscach – odpowiedziała. – Teraz twoja kolej.
– Moja kolej? – zdziwił się. – Jak ja nawet lokomotywy na własność nie mam. Ni jednego wagonika – zażartował. – Czemu nie bywasz w takich miejscach?
– Nie mam czasu – zbyła go, bo w rzeczywistości powód był zupełnie inny. Czuła się stara, pomimo że miała dopiero czterdzieści lat. W klubach jednak od pewnego czasu królowali małolaci. Nie było tam już miejsca dla dorosłych. Na niektórych dyskotekach nawet dwudziestolatkowie czuli się emerytami, gdy zauważali, że imprezującymi są w większości gimnazjaliści.
***
Zostawili odzienia wierzchnie w szatni. To Piotr za nią zapłacił, choć w ich relacji panowała zasada każdy płaci za siebie. Anna jednak nigdy nie posiadała drobnych. Często nawet grubych nie posiadała. W jej życiu królował modny plastik. Miała kilka kart, większość kredytowych.
– Co to za dziwna sprawa? – przypomniała pytanie, gdy znaleźli się przy barze. Wcale nie było trudno się tam dopchać, bo w tygodniu miejsce było raczej opustoszałe.
Anna napiła się wody. Piotr wody nigdy nie lubił. Uważał za bezsens pić coś, co w jego odczuciu wcale nie miało smaku. Zamówił fantę, bo zdążyło mu zaschnąć w gardle i najpierw chciał je przepłukać, nim spiecze je czymś ostrzejszym, bardziej mu odpowiadającym.
– W tym miejscu bywała ofiara – odpowiedział szczerze.
– Ofiara?
– Pobicia. Bywała tu bardzo często i nagle przestała. Dowiedziałem się tego od jej znajomych.
– Może wyrosła – zgadywała Anna.
– Może. – Mocno wzruszył ramionami. – Albo i niekoniecznie – dopowiedział.
– Nadal nie rozumiem, czemu użyłeś słowa dziwna.
– Bo była dziwna, ona.
Anna wyczekiwała aż Piotr rozwinie wypowiedź, ale nic takiego nie nastąpiło. Zaczęła więc gestykulacją dłoni go ponaglać.
– Nagle zerwała kontakt z dawnymi znajomymi. Własnej matce nie powiedziała, gdzie pracuje – wyjaśnił.
– Jeśli miała się czego wstydzić – skwitowała Anna z wyższością.
– Nie była ani kurwą, ani striptizerką. Pracowała na stacji benzynowej przy wylotówce na Ostrów, później w jednej z centrum.
– Mieszkała z matką? – dopytywała, bo nagle przyszło jej coś do głowy.
– Tak, skąd wiesz?
– Nie wiem, pytam. Na stacjach benzynowych zwykle pracuje się w systemie dwuzmianowym. Ma się i nocki, i dniówki. Jak tłumaczyła mamie nocną nieobecność? – zainteresowała się.
– I to jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Zbywała ją wyjściami ze znajomymi. Ich znowuż zbywała chłopakiem. Mówiła, że kogoś poznała.
– Po co te kłamstwa?
– Po to, by ukryć prawdę, jak zawsze – odpowiedział i bez pytania: czego się napijesz?, zamówił podwójną wódkę razy dwa. – Tylko nie mów, że żłopisz jedynie drinki z palemką – dodał ostrzegawczym tonem.
– A ty, że dla ciebie dobra tylko czysta.
Przychylił się do swojej koleżanki od niejednej efektywniejszej nocy.
– Lubię też piwo – wyznał wprost do jej ucha. – Zwykłe, niesmakowe, złociste i z pianką – dopowiedział z miną prawdziwego konesera trunków.
Piotr starał się wyglądać jak zwyczajny klubowicz. Wychodziło mu to. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Sam zwracał uwagę na takie osoby jak on i na te, które cechowała odwrotność, dziwna odmienność. Podczas tego wszystkiego zabawiał też Annę, tańczył i pił. Nie był na służbie, jedynie cierpiał na bezsenność, dlatego sam sobie wyszukiwał dodatkowe zajęcia i pracował po godzinach.
***
W klubie nie działo się nic szczególnego. Doszło do jednej kłótni między parą nastolatków. Młode dziewczyny starały się wyrwać cokolwiek, jakby bycie z kimkolwiek miało podciągnąć je wyżej. Te nieco starsze piły w swoim towarzystwie drinki. A dwóch facetów nieustannie wychodziło do toalety i na papierosa, zostawiając trzeciego samego w loży.
– Na kogo z obecnych zwróciłabyś uwagę? – zapytał Piotr Annę.
Ania z początku lekko i ledwo zauważalnie wzruszyła ramionami. Rozejrzała się dookoła i pociągnęła Piotra do baru. Wyjęła kartkę kredytową z kopertówki, którą barman obiecał dla niej przypilnować. Tym razem to ona postawiła kolejkę.
– Gdybym była młodsza, to tleniony blondyn jest całkiem, całkiem. – Wskazała brodą na szczupłego i wysokiego, na oko dziewiętnastolatka.
– Lubisz blondynów? – zapytał, zdejmując czapkę. Przeczesał palcami swoje blond włosy.
Zaśmiała się.
– Kiedyś lubiłam farbowanych. To była moda za czasów mojej młodości.
– Nadal nie jesteś stara, aż tak – odparł z banalną szczerością. – Myślisz, że pracująca dwudziecha plus, zainteresowana filozofią i czytająca Bruno Schulza oraz Wichrowe wzgórza po hiszpańsku, zwróciłaby uwagę na tlenionego?
Anna na krótki moment się zamyśliła, a później powiedziała cicho, tak, że ledwo ją usłyszał:
– W białej koszuli.
– Co? – Piotr zmarszczył twarz i rozpoczął rozglądać się zza ramienia.
– Mężczyzna w białej koszuli – powtórzyła, przychylając się bliżej. – Jeśli bywał tu wcześniej, wtedy, kiedy i ona tu bywała, to musiała go zauważyć. Nie mówię, że z sobą rozmawiali czy coś, ale... – przerwała i znacząco ułożyła usta w wąską kreskę, następnie nimi mlasnęła.
– Że elegancki gość przyciąga wzrok? – dokończył za nią.
– Ty też go przyciągasz – oznajmiła.
– Naprawdę? – ucieszył się.
– Naprawdę. Masz spodnie za kolana, a mamy zimę. Czegoś takiego nie da się przeoczyć – bardziej skrytykowała niż pochwaliła.
Piotrek zaśmiał się, przechylił kieliszek i rozpoczął podążanie wzrokiem za nieznajomym. Musiał przyznać, że gość miał ładną karnację. Samego siebie też wolał opalonego, ale takim był tylko latem, bo nie przyszło mu do głowy, by regularnie odwiedzać solarium. Właściwie to nigdy nie był w solarium. Miał klaustrofobię i nie dałby się zamknąć w czymś co przypominało mu trumnę.
***
Mężczyzna w białej koszuli pił piwo i wyczekiwał powrotu tych dwóch, którzy często wychodzili do toalety i na papierosa. Kiedy wrócili, zamówił kolejne. Wypił i przejął od nich kopertę. Skierował się do wyjścia.
– Zaczekaj na mnie – polecił Piotrek Annie i udał się za nieznajomym. Miał zamiar stanąć przed klubem i zapalić, bo po pierwsze miał na to ochotę, a po drugie nie chciał wzbudzać niczyich podejrzeń.
Zauważył jak opalony gość wsiada do granatowego citroena, więc wyjął komórkę z kieszeni i zadzwonił do znajomego z drogówki. Podyktował numer rejestracyjny, markę oraz kolor wozu, a także kierunek, w którym ruszył nieznajomy.
– Chcę mieć jego dane – rzucił na koniec, nim się rozłączył.
Anna wzięła kopertówkę i odeszła od baru. Wyszła z klubu, gdyż czuła się nieswojo siedząc samotnie. Piotrek od razu poczęstował ją papierosem, a później wrócił się do szatni po odzienia wierzchnie.
– Pójdziemy coś zjeść – poinformował, bo z pewnością nie brzmiało to jak zaproszenie czy propozycja.
– Jest na tym zadupiu coś czynnego w nocy? – zdziwiła się. Nigdy nie lubiła tego miasta. W przeszłości planowała zamieszkać w Warszawie albo wyjechać do Anglii lub Stanów. Coś jednak ją trzymało w rodzinnej miejscowości. Coś o czym chciała zapomnieć, a jednocześnie pragnęła pamiętać.
– Gastro. – Wskazał kierunek.
Weszli w wąską uliczkę, gdzie po jednej stronie mieli brudną, śmierdzącą rzekę, a po drugiej starą, zniszczoną kamienicę. Ujrzeli skwerek z asfaltową drogą i aleję drzew oraz krzaków.
– Kebab? – zapytał, otwierając przed Anną drzwi prowadzące do pubu.
– Kiedy byłam tu ostatni raz, to mieli skórzane sofy.
– Widzisz. A teraz mają fotele jak w kinie. W międzyczasie były jeszcze ciężkie, drewniane krzesła i stoły.
– Aż tak często tu bywasz?
– Znam każdy bar i pizzerię – pochwalił się. – Muszę coś jeść.
– To tłumaczy twoją przeciętną kondycję – skrytykowała.
– Udam, że nie słyszałem. Cześć – zwrócił się niespodziewanie do kelnerki. – Dwa razy kebab. Chyba, że wolisz spaghetti? – zapytał Annę. – Nic innego ci nie polecę, bo jem tylko te dwa na zmianę.
– Może być kebab, ale mały – uprzedziła.
– Nie licz kalorii! – niemal krzyknął. – Dwa razy duży – zadecydował.
Zajęli miejsca, kiedy telefon w kieszeni Piotra zawibrował. Bez żadnego: przepraszam, przerwał rozmowę z Anią i odebrał. Kolega z drogówki podał imię i nazwisko mężczyzny z granatowego citroena. Piotrek je usłyszał, ale pomimo tego zapytał:
– Jak?
– Javier Holgado, Hiszpan. Auto wypożyczył z wypożyczalni przy dworcu PKS. I był trzeźwy. Piwo, które pił, musiało być bezalkoholowe – usłyszał w odpowiedzi.
– Nigdy nie lubiłem abstynentów – warknął Piotrek. – Dzięki – rzucił szybko i rozłączył się.
Ze zmarszczonym czołem wcisnął komórkę do kieszeni. Rozpiął kurtkę i rozsiadł się możliwe jak najwygodniej.
– Coś się stało? – zapytała Ania tylko dlatego, iż sądziła, że tak właśnie wypadało postąpić.
– Oświeć mnie – polecił Piotr. – To nie jest miasto turystów, prawda?
Dotknęła dłonią szyi, tuż pod uchem. Potarła to miejsce.
– Nie sądzę – odpowiedziała całkiem szczerze. – Choć jest ze wszystkich w Polsce najstarsze.
– Gdybyś pochodziła z Hiszpanii, przyjechałabyś tutaj? – kontynuował odpytywanie.
– Na pewno nie. Dlaczego o to pytasz? – zdziwiła się.
– Bo elegant w białej koszuli nie jest stąd – objaśnił krótko.
– To jeszcze nic nie znaczy – odparła.
– Nie, ale ufam twojej intuicji. Jeśli bywał w Richmond wcześniej, ona musiała zwrócić na niego uwagę.
– Możesz sprawdzić, czy bywał w Polsce wcześniej – stwierdziła. – Musiał uczestniczyć w odprawie. Są kontrole graniczne. Meldunki w hotelach.
– Samochód wypożyczył, więc raczej własnym nie przyjechał. Zamówię piwo. – Wstał, by podejść do baru i wtedy poczuł silne zawroty głowy. Niemal natychmiast usiadł.
– Chyba ci już wystarczy – skomentowała.
– Już? – zdziwił się, starając się nie zwracać uwagi na mocny ból w skroniach. – Noc jeszcze młoda.
Postanowiła nie przekonywać go do przystopowania. Nie była z tych, które lubią umoralniać innych. Uważała, że Piotrek ma własny rozum i jeśli się upije, to sam trafi do domu. Ona z pewnością nie zamierzała go prowadzić. Zresztą, nawet nie wiedziała, gdzie miałaby go doprowadzić. W przeciwieństwie do niego, ona nie znała jego adresu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz