11 marca 2026

Novus ordo (dodatek) – 3. część 1

     

Simon & Estera


Estera BraveWinner

Tej nocy chyba już ósmy raz wymiotuję. Simon jest przy mnie. Trzyma moje długie włosy, by te nie wpadły do muszli klozetowej. Poza konwulsjami czuję jeszcze wstyd. Palący wstyd. Nie pamiętam wszystkich wydarzeń, a już z pewnością nie potrafię ich poukładać chronologicznie. Boli mnie gardło, brzuch, kolana. Przez chwilę zastanawiam się czy Julita czuje się tak samo okropnie jak ja. Domyślam się, że nie. Ona ma większą wprawę. Sama chwaliła się, jak w Australii samodzielnie opróżnia pół litra wódki i dwa wina.

– Przepraszam – mówię niezrozumiale do męża, kiedy ten obmywa mi delikatnie twarz żółtą myjką.

– Nie teraz – szepcze. – Nie myśl o tym teraz – dopowiada zmęczonym głosem. Jest po dwunastogodzinnym dyżurze. Jutro z samego rana ponownie powinien się wstawić w pracy. Nie wiem czy będzie w stanie tego dokonać. A to wszystko przeze mnie.

– Poradzę sobie sama – marudzę, wiedząc, że powinien odpocząć, ale zataczam się, gdy prowadzi mnie do sypialni. Przynajmniej nie mieszkamy z jego rodzicami. W przeciwnym razie wymiotowałabym na ich korytarzu, bo nie dałabym rady pokonać takiej drogi trzymając bełt. Julita i Samuel wciąż tam mieszkają. Pomieszkują. Nadal w nieparzyste miesiące są w Australii. W parzyste w Novus ordo.

Simon delikatnie sadza mnie na łóżku. Kładę się. Szybko podnoszę. Nie mogę znieść zawrotów głowy. Cały sufit tańczy, faluje, a do tego jeszcze się kręci. Chyba wolałabym umrzeć, niż to przeżywać.

Kiedy to się skończy!? – pytam w myślach.

– Połóż się na boku. Może będzie ci dzięki temu lepiej – radzi mój mąż.

Słucham go. I jest trochę lepiej, ale tylko przez pierwszą chwilę. Boję się jednak zmienić pozycję, w obawie, że powróci przed moje oczy nie tylko skaczący, ale też tańczący, falujący i kręcący się obraz. Wiem, że tego nie zniosę.

– Zapytałbym czy było warto, ale jutro – mówi Simon. – Dziś odpoczywaj.

Słucham go. Właściwie to nie mam sił na nic innego, jak tylko na ten odpoczynek. Mój stan jednak skutecznie mi w tym odpoczywaniu przeszkadza. Podnoszę się i wymiotuję. Tym razem nie zdążam do łazienki. Ponownie odczuwam palący wstyd.

– Chodź się umyć. – Simon wyciąga do mnie rękę. Jest zmęczony, wyraźnie załamany i zadziwiająco, jak na sytuację, spokojny. Simon zawsze jest spokojny. Cokolwiek by się nie wydarzyło, on nie krzyczy, nie przeklina, nie poszarpuje. 

W łazience mąż zdejmuje ze mnie brudną koszulkę nocną i wrzuca ją do blaszanej miski, zapewne po to, by później je spłukać z wymiocin. Napuszcza wody do wanny.

Oczy mi się zamykają, ale pod powiekami też wszystko się trzęsie. Po ciemku wcale nie jest lepiej.

W końcu umyta trafiam naga do czystego łóżka. Zasypiam. Przed południem budzi mnie skurcz żołądka. Mąż w sekundę znajduje się przy mnie i prowadzi mnie do łazienki. Oznacza to, że tego dnia nie poszedł do pracy. Domyślam się, że się z kimś zamienił. Simon nie lubi takich nieoczekiwanych zmian. Jest typem człowieka, który zawsze ma wszystko zaplanowane. A te plany są dopięte na ostatni guzik. Cudownie się z nim podróżuje. O niczym nie trzeba wtedy myśleć i pamiętać. Można odpoczywać, zdając się całkowicie na niego.

– Do wieczora powinnaś poczuć się lepiej – informuje, tym razem wyłącznie wskazując mi umywalkę. Już mnie nie myje. Nie ma takiej potrzeby. Mogę zrobić to samodzielnie.

Przemywam twarz letnią wodą. Z moim brzuchem jest już nieco lepiej, choć odczuwam dwa sprzeczne – z jednej strony jestem głodna, z drugiej nic bym teraz nie przełknęła. Okropnie boli mnie głowa. Uskarżam się na to. Robię to na głos.

– Mam ci współczuć? – pyta Simon ostrym tonem. Jest niezwykle poważny, choć ubrany w codzienny sweter i brązowe spodnie.

– Nawet nie oczekuję – odpowiadam szczerze.

– A czego oczekujesz? – to pytanie mnie dziwi. – Masz jakieś oczekiwania w związku z jutrem? – pada kolejne.

– Nie rozumiem – szepczę.

– Pasek? Kabel? Dyscyplina? – dopytuje, wbijając we mnie spojrzenie zupełnie bez wyrazu. Nie jest zagniewane. 

Instynktownie się cofam. Wpadam plecami na umywalkę.

– Jak już zapowiedziałem, jutro – przypomina. – Nie będę karał żony, która ledwie na nogach stoi przez własną głupotę – tym razem brzmi ostro i patrzy się na mnie intensywnie. – Ale karał za ten występek będę. Nie miej co do tego wątpliwości – uprzedza. Nie musi tego robić. Co do tego akurat nie mam wątpliwości.

U Simona nie ma winy bez kary. Tak było od początku naszego małżeństwa. Nic nie zmieniło to pół roku, które wspólnie spędziliśmy. A w obecnej sytuacji nawet się nie dziwię. Przegięłam. Przegięłam po całości. Chyba nigdy w życiu nie zrobiłam czegoś aż tak głupiego. Nigdy wcześniej w życiu nie byłam pijana.

Podczas kolacji, na której jem niewiele, dowiaduję się od męża, że wziął nocny dyżur zamiast dziennego. Z jednej strony to dobrze, bo nie wiem jakbyśmy mieli się tej nocy razem położyć. Nigdy wcześniej nie spaliśmy z sobą, bez wcześniejszego wyjaśnienia wszystkiego. Z drugiej jednak strony, będę sama ze swoimi myślami. Będzie mi ciężko.

Robię Simonowi kanapki do pracy. Całą górę kanapek, bo nieco się rozpędziłam. Nic jednak nie szkodzi. Simon sam proponuje, że poczęstuje kolegę, a temu z pewnością będzie przez to przyjemnie.

Pakuje się i wychodzi.

Patrzę na zegarek. Godzina jeszcze nie jest taka późna. Dzwonię do willi BraveWinnerów. Odbiera moja teściowa. Proszę do telefonu Julitę, a gdy tylko słyszę jej głos, od razu pytam, jak się czuje.

– Zajebiście – odpowiada. – Szkoda, że tak szybko poszłaś.

– Mąż po mnie przyjechał – przypominam.

– Mógł wypić z nami. Samuel wypił ze mną w sypialni. Upił mnie i wykorzystał na pięć różnych sposobów – chwali się.

– Da się na tyle? – dziwię się.

– Da, da. W cipeczkę, w tyłeczek, w usta, w rączkę i między cycuszki – wylicza.

– Rozmawiasz w salonie swoich teściów – przypominam jej, nawet ją trochę pouczam.

– Katerina wyszła zapalić. Patrzę na Juniora. On jeszcze nie wie o czym to mowa. Za kilkanaście lat się dowie. Dowiesz się, co nie, mały? – pyta, zapewne Salvadora, a ja oczami wyobraźni widzę, jak w tej samej chwili puszcza do trzylatka oczko. Zazdroszczę jej czasami tego beztroskiego podejścia do życia.

Moje tego dnia jest wyjątkowo zatroskane. Martwię się tym jak duży wstyd sprawiłam mężowi w towarzystwie rodziny. Zastanawiam się jak ja po tym spojrzę jego matce i ojcu w oczy. Na dodatek moje pijaństwo z pewnością też nie było bez wpływu na młodsze rodzeństwo Simona. Dochodzę do wniosku, że w niedługim czasie będę musiała ich wszystkich przeprosić. Najchętniej zdecydowałabym się na to od razu, ale jeszcze jestem słaba. Nie mogę jednak znaleźć sobie miejsca ani w łóżku, ani na kanapie, ani w fotelu przy książce. Wybieram posprzątać. Domywam fugi w łazience. Poprawiam ręczniki, by wisiały wzorowo, równiusieńko. Nawet puszki i inne opakowania układam w szafkach napisami do przodu. Staram się nie myśleć o wydarzeniach dnia poprzedniego. Myśli te jednak nawiedzają mnie same. Odbierają zdolność skupienia się na wykonywanych czynnościach, przez co wszystko robię o wiele dłużej, wolniej.

Spoglądam na zegar z kukułką, wiszący na ścianie. Ten informuje o pełnych godzinach. Za niedługo Simon wróci z pracy. Robię na szybko zapiekankę makaronową. Nie wstawiam jej do piekarnika. Zwykle jemy godzinę po jego powrocie, a nie od razu po tym jak przekroczy próg mieszkania.

Z dolnej szuflady komody z ciemnego drewna wyjmuję dyscyplinę o sześciu rzemieniach. Odkładam ją na stolik nocny. Roluję kołdrę, a na niej zrolowanej kładę jeszcze poduszkę. Zdejmuję majtki. Podciągam spódnicę. Układam się na łóżku w pozycji wygodnej do otrzymania lania. Bez wątpienia na nie zasłużyłam.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz