12 marca 2026

Arena – Rozdział 4

      

Aurora


Dwudziestopięcioletni Nataniel usiadł na jednym z białych, drewnianych krzeseł ustawionych w ogrodzie, naokoło owalnego stołu. Łokcie wsparł na podłokietnikach, a palce swoich dłoni splótł. Trwonił czas na obracanie kciukami i starał się pohamować mimikę własnej twarzy wskazującą na to, że nadal odczuwa ból w okolicy żeber i brzucha. Poprosił Isabel o doniesienie kosza z owocami. Uwielbiał owoce.

– Długo będziesz jeszcze trzymał tę dziwkę? – zapytał Garido bezo grudek.

– Nie jestem pewien, zapewne do czasu aż mnie nie znuży – odpowiedział jak zwykle spokojnie, ważąc każde słowo.

– Nie znużyła cię, chłopcze… właściwie już mężczyzno przez siedem lat?

– Osiem – wtrącił Natan.

– Osiem lat, to szmat czasu. Może chciałbyś ją poślubić. Oboje wtedy odzyskalibyście wolność. O ile oczywiście wygrasz. – Garido skinął na służącą by napełniła puchary winem.

Nataniel udał, jakby się zastanawiał, ale szybko zmarszczył nos i pokręcił nieznacznie głową.

– Wtedy nadal tylko ja bym był wolny, a nie ona. Ona dalej byłaby pod moją pieczą, tak jak do tej pory. Po co więc mieć jedną, jeśli można mieć dwie, w tym jedną wysoko urodzoną i dysponować jej majątkiem.

– Całkiem dobrze kombinujesz.

– Dziękuję, panie.

– Przed tobą cztery walki. Może wybrałeś już wybrankę? Eryka bez ustanku robi do ciebie maślane oczy.

– Eryka, to ta, którą spotkaliśmy na plaży? – Zmrużył oczy, gdyż naprawdę nie pamiętał, która z dziewcząt nosiła takie imię.

– Nie, Natanielu. Eryka, to ta z ogrodów. Spacerowała z tobą zeszłego ranka.

– Wczorajszego. Ta gadatliwa. Chyba nie chciałbym tak dużo mówiącej żony. – Natychmiast chwycił za puchar i wykonał kilka pośpiesznych łyków.

– A córki Zachariasza?

– Panie, ich jest aż pięć. Ja nie mogłem spamiętać jednej Eryki, którą widziałem wczorajszego ranka, a pan mi każe przywoływać na myśl te wszystkie pięć niewiast?

– Tylko trzy. Dwie najmłodsze są jeszcze stanowczo za młode do zamążpójścia. Zachodzę jednak w myśl jak ty chcesz wybrać tą jedyną, skoro nawet większości nie poznałeś.

– To proste, mój panie. Dzień przed ostatnią walką spotkam się ze wszystkimi tymi niewiastami na dniu wyspy. Wtedy będę mógł spokojnie oszacować urodę, inteligencję i łatwość w małżeńskim współżyciu każdej z nich. Wybrać tę, która zaimponuje mi charakterem, nie ujmując przy tym samej sobie wdzięku i kobiecej delikatności.

– A co z łatwością we współżyciu?

– Każdą kobietę da się wychować. To pańskie słowa. W końcu to niewiasty w zamian za dobre słowo, opiekę i utrzymanie, mają odwdzięczać się swym mężom nie tylko w łożu, ale w wykonywaniu codziennych obowiązków. Mają być pokorne i uległe. Możliwie jak najmniej dyskutować, gdy ich pan sobie tego nie życzy.

– Zamierzasz stoczyć wszystkie cztery bitwy w przeciągu trzech miesięcy? To naprawdę trudne boje. Nie wiem, czy zdążysz wyleczyć rany. Nawet dziś ledwie trzymałeś się na nogach.

– Choćbym upadł i szedł na kolanach, nie zrezygnuje z możliwości zaistnienia. Zwycięstwo w rocznice dnia, w którym powstała wyspa, w dniu, w którym nadano jej imię. Za każdym razem, gdy będę widział ten festyn, będę się czuł, jakby był zorganizowany właśnie na moją cześć. Poza tym ta pierwsza noc z żoną, w chwili, gdy na rynku jeszcze śpiewają i tańczą, to chyba bezcenne.

– Wcześniej nie zauważyłem byś był taki ckliwy, Natanielu.

– Nie będę sam, panie, zaczynam się przyzwyczajać, iż będę musiał nabyć nieco wrażliwości, by nie straszyć na każdym kroku swej wybranki.

– Chęć wyjścia jej naprzeciw akurat się chwali.

– Wiem, panie, ale na wszelką ewentualność udam się do cieśli po jakiś delikatny bat. Tak na wszelki wypadek, gdyby to ma wybranka nie zechciała wyjść mnie naprzeciw. – Zaśmiał się lekko, ale szybko powstrzymał śmiech. Bawił go fakt, iż Garido nawet nie zdaje sobie sprawy, że on ma już upatrzoną wybrankę i jest nią właśnie jego córka – Aurora.

Kiedy Nataniel udawał się do swojego domu, napotkał właśnie tą brązowowłosą piękność. Skłonił się jej delikatnie. Kobiecie wypadła książka z dłoni. Schylił się po nią, lecz zanim jej ją oddał, przeczytał tytuł.

– Nie wiedziałam, że niewolnicy pobierają nauki literatury – syknęła. Była zła, bo w nocy długo nie mogła zasnąć, a rano jakieś ptaki i inne zwierzęta zdawały się poprzysiąc przeciw niej i hałasować nieopodal okna sypialni.

– Nie pobierają – odparł. – Oddaję. – Wyciągnął rękę z książką w jej kierunku.

– Oddaję, pani – poprawiła go.

– Oddaje panience.

– Nie zwracasz się do mnie jak powinieneś – zauważyła. – Albo to zmienisz, albo nakaże ludziom ojca cię wychłostać.

– Oddaję. Chcesz, czy mam zabrać z sobą? – trwał przy swoim.

– Wtedy mogłabym cię posądzić o kradzież. Za kradzieże niewolników nierzadko skazują na śmierć albo odcinają dłoń, a tedy i tak by cię zabili, bez dłoni nie mógłbyś walczyć, byś był im niepotrzebny – gdybała w głos.

– Tu ma panienka rację, dlatego lepiej odłożę. – Przychylił się tak, by poczuć jej zapach. Odłożył książkę na ławkę nieopodal i wyprostował się. Spojrzał pewnie w jej oczy.

– Myślisz, że nie naskarżę niewolniku, że traktujesz mnie bez szacunku?

– Myślę, że będzie ci ciężko, Auroro, to udowodnić.

– Nie mów do mnie po imieniu! – zirytowała się i swoim starym zwyczajem tupnęła nóżką.

Nataniel ją wyśmiał i to był jego błąd, bo Aurora po ojcu odziedziczyła mściwość i brak litości. Była przekonana, że na szacunek nie trzeba pracować, że jej się on po prostu należy, a przede wszystkim, ci mają jej go okazywać, których ona nie musi nawet traktować z przyzwoitą dobrocią. Natan był w szoku, gdy łzy pojawiły się w jej oczach. Niczego nie rozumiał, a potem podniosła krzyk i chwyciła się za policzek. Wokół nich natychmiast zebrały się straże.

– Spoliczkował mnie – skłamała.

Garido przybiegł zaraz za strażnikami. Wrzasnął na nich:

– Pojmać go!

Ale Nataniel się otrząsnął z ich dotyku i zapewnił:

– Sam pójdę. Wskażcie drogę, – Rzucił jeszcze jedno spojrzenie Aurorze. Dziewczyna spodziewała się, że w jego oczach zobaczy ból i pretensje, ale nie zobaczyła nic, oprócz zimnego gniewu.

Drogę strażnikom i Natanielowi zastąpiła Isabel.

– Chce się z nim pożegnać – powiedziała, podchodząc bliżej i przykładając dłonie do jego policzków.

– Nie umrę – zapewnił. – Nie mają świadków. Mogą mnie co najwyżej wychłostać.

– Jesteś osłabiony po ostatnim pojedynku. Ledwie chodzisz. Nie będziesz w stanie przeżyć kata.

– Będę. – Ani na trochę nie tracił pewności siebie. Szybko musnął swoimi ustami o jej policzek, a ona zawiesiła się mu na szyi i wsunęła język między wargi.

Aurora to wszystko obserwowała, nawet nie z ukrycia, a jawnie. Uśmiechała się, widząc Nataniela ze skrępowanymi dłońmi na plecach. Czuła się wygrana, ale on nie patrzył na nią jak przegrany. Całował Isabel, ale to jej rzucał spojrzenie, i to takie spojrzenie, jakby wyzywał ją na pojedynek. Jego oczy mówiły wygrałaś bitwę, ale przegrasz wojnę.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz