12 marca 2026

Arena – Rozdział 1

   

Pół tysiąca walk


Ludzie od wieków mawiają, że czas leczy wszystkie rany i zwalcza wszelkie dolegliwości oraz nieprzyjemności. Dzieci więc wyobrażają sobie czas jako czarodzieja, który odejmuje trosk, jakby za dotknięciem zaczarowanej różdżki. Nataniel miał pięć lat, gdy rozpoczęło się jego szkolenie. Przestał wierzyć w czary i bajki, a zaczął dostrzegać rzeczywistość. W jego przypadku czas nie leczył ran, bo niemal każdego dnia powstawały nowe.

Pierwsze tygodnie jego życia na wyspie były okropne. Był głodzony tylko po to, by to zagrzało go do walki, bo za wygraną przysługiwał mu posiłek. Później Garido stwierdził, że nie mogą zrobić z niego całkowitego dzikusa, trzymanego w ciemnościach, bo w końcu sami nad nim zapanują i będzie im za trudno się z nim porozumieć, by móc coś od niego uzyskać. Przyznali więc chłopcu jeden z osobnych pokoi i opiekunkę – młodą wtedy kobietę, która miała nauczyć go mówić, myć gdy wróci z treningów, rozmasowywać obolałe mięśnie i leczyć zadane przez trenera lub przeciwnika rany.

Po latach chłopiec już całkiem zapomniał o swoim poprzednim domu. Nie umiał wypowiedzieć ni słowa w tamtejszym języku, pozostało tylko echo zlepku słów: kocham cię syneczku wypowiadanych mu na dobranoc przez matkę. To wspomnienie pozostało, bo zawsze, gdy zasypiał, przypominał sobie ten moment, jak do niego mówiła, a następnie całowała w czoło i przykrywała ciepłym kocem po samą szyję.

Lata dalej płynęły, a chłopiec stał się częścią społeczeństwo, pomimo, że formalnie nadal był niewolnikiem. Teraz jednak zasiadał do stołu razem z Garidem, jego wysłannikami i doradcami. Nie odzywał się niepytany, wiedział, że mu nie wolno. Pewnego dnia jednak się odważył i po pierwszej ważnej wygranej walce, gdy miał jedenaście lat, zapytał:

– Co ze mną będzie dalej?

– Jak to dalej, chłopcze? – dopytywał Garido, siadając na krześle nieopodal łóżka dziecka, które teraz leżało brzuchem na białym prześcieradle, a opiekunka ścierała krew z jego pleców, gdyż to właśnie tam dosięgło go ostrze miecza. Na szczęście rana nie była głęboka. Przeżył.

– Co, gdy już dorosnę? – pytał. – Dalej będę walczył? Tak długo aż umrę?

– Takie twoje przeznaczenie, chłopcze – usłyszał.

Po trzech latach podczas przyglądania się ciemnej nocy, wyczuł za sobą czyjąś obecność. Była to dziewczynka – Aurora – córka władcy. Odwrócił się w jej stronę, ale nie uśmiechnął. Ona także zdawała się być czujna. Przystanęła w pół drogi.

– Jest zimno – powiedziała.

– To wracaj do domu. Ja nawykłem do zimna – odburknął i ponownie spojrzał w dal. Wtedy w jego głowie zrodził się pewien pomysł. Czuł się tak, jakby go wyczytał z gwiazd, albo z chmur nadchodzącej burzy.

Przy śniadaniu jedzonym z Garidem w przepięknych i urodzajnych ogrodach, zadał dokładnie takie samo pytanie co trzy lata temu:

– Co ze mną, gdy dorosnę, panie? Czy będę walczył do śmierci?

– Dlaczego o to pytasz?

– Chcę wiedzieć, co mnie czeka w przyszłości i czy warto wychodzić jej naprzeciw – wytłumaczył mądrze.

– Czas biegnie do przodu i, niczym nurtu rzeki, nie da się go zawrócić.

– Tylko rzeki nie da się zatrzymać, a swe życie mogę przerwać sam, bez niczyjej pomocy. Ponawiam więc pytanie, czy mam na co czekać w przyszłości?

– Chyba nie chcesz się podłożyć pod ostrze w jednej z ważniejszych walk w swoim życiu. Walki na pięści, ale i na śmierć, i życie.

Nataniel wstał, stanął za oparciem krzesła, położył na nim dłonie i ważąc każde słowo przemówił:

– To już zależy od ciebie, panie, a nie ode mnie. Jeśli nic w tym życiu mnie nie czeka, to ja nie chcę tego życia. Być może jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas się znudzę i stracę zacięcie do boju. Wtedy przegram, bo walki toczone o nic są nieważne i się do nich nie przykładamy.

– Walczysz o swoje życie, przypominam, na wypadek gdybyś zapomniał – warknął Garido.

Nataniel uśmiechnął się ironicznie.

– A czymże jest moje życie i czym będzie, by było warto mnie samemu o nie zawalczyć?

– Czego oczekujesz? – zapytał w końcu zirytowany po przegranej dyskusji władca. Wychylił kilka łyków wina z mosiężnego pucharu. Zawsze tak czynił, gdy zostawał pokonany. Wtedy pił i przywdziewał surową, niezadowoloną minę.

– Żony – odpowiedział bez większego zastanowienia Natan.

– A na cóż ci teraz żona?

– Nie teraz, ale za jakiś czas. Jeśli niewolnik poślubi córkę jednego z możnych, przestaje być niewolnikiem, a staje się pełnoprawnym obywatelem wyspy, prawda?

– Tak, ale do tej pory mieliśmy tylko dwa takie przypadki i… ty chyba nie chcesz…

– Chcę. – Podszedł do stołu, oparł się o jego blat dłońmi i przychylił do Garida. – Obiecaj mi córkę jednego z możnych, inaczej położę walkę, jeśli nie tą, to kolejną. Wybór należy do ciebie, panie.

Siwiejący już Garido nie mógł znieść cynizmu na ustach Nataniela. Wymierzył piętnastolatkowi policzek, ale chłopak nawet się nie zachwiał, tylko lekko skierował twarz w bok. Mógł uchylić się od tego uderzenia, ale nie chciał. Uznał, że lepiej przyjąć je z dumą i godnością.

– Czekam na odpowiedź przed walką. Uzgodnij z możnymi, panie, czy każdy z nich jest w stanie poświęcić swą córkę dla dobra kraju, jego inwestycji i waszej bezsumiennej zabawy w obserwatorów tego, jak przelewa się krew niewinnych niemal każdego dnia – wycedził z początku z gniewem, ale przy końcu się opanował i dokończył niczym dyplomowany student stoicyzmu. – Czy mogę już odejść, panie? Chciałbym się oddalić na spoczynek, do swej komnaty.

– Idź – warknął, ciągle będący w wysokiej irytacji, Garido. Ponownie przyłożył brzeg pucharu do ust. Nawet nie dostrzegł, kiedy wypił całe wino, nie tylko z tego naczynia, ale także z litrowego dzbanka.

Nataniel miał słuszność, stosując takie zagranie, gdyż, jeszcze przed walką, doszły go słuchy, iż Garido, po zebraniu z radą dwunastu możnych, przystał na jego warunki.

– Czy tamci panowie także się zgodzili? – dopytywał nie zważając na złamany nos i krew cieknącą ciurkiem z rozciętej brwi. Dopiero, gdy usłyszał twierdzącą odpowiedź, zanurzył bawełniany ręcznik w wodzie i przetarł nim twarz, następnie ręce i dłonie.

– Postawili jeden, jedyny warunek – rozpoczął Garido.

– Jaki, panie? – Stanął przed nim i poczuł jak dwie stróżki krwi ciekną po jego policzku. Zupełnie się tym nie przejął. Stał niemal w bezruchu i wbijał pytające spojrzenie w swojego króla. Nawet po dłuższym czasie nie wydawał się być zniecierpliwiony. Wyczekiwał z takim samym stoickim spokojem, jakim wykazał się przy ciskaniu słowami prawdy w Garida.

– Pół tysiąca zwyciężonych walk.

Nataniel pierw był zaskoczony, ruch jego brwi na to wskazywał, ale po chwili uśmiechnął się z dużą dozą pewności siebie i wyciągnął rękę.

– Zgadzam się – powiedział. – Zostały mi czterysta dwadzieścia dwie walki. Wygram je – zapewnił.

– Obyś się nie przeliczył, chłopcze. Pamiętaj, że to rada możnych wybiera twych przeciwników i możliwe są walki nawet pięciu na jednego. Oni będą wyposażeni w różnego rodzaju bronie, a ty będziesz posiadał tylko swoje gołe ręce.

– Nie jest mi to straszne. Możecie zostawić mi taką polewę na ciastku na sam koniec rozgrywki. Chciałbym móc się wykazać i nabrać doświadczenia do tego czasu, by móc was wszystkich zadziwić.

– A zadziwiaj. Jesteśmy ludźmi honoru, poza tym żony i córki to utrapienie mężczyzn, chętnie się choć jednej swojej pozbędą. Taki Zachariasz na przykład ma ich aż pić i ani jednego syna. Biedny człowiek, nie uważasz? – zagadnął Garido, zarzucając swoją rękę na ramie chłopca.

– Ma osiem koni, pięć wołów, kilkaset hektarów roli uprawnej i dom wyglądający niczym pałac. Faktycznie, biedny z niego człowiek – zakpił Nataniel.

– Lubię cię, nawet do tej twojej ironii już przywykłem. – Garido poczochrał Natana po włosach. – Trzeba by je skrócić. Inaczej będą przeszkadzały ci w walkach.

– Powiem o tym Soledat, panie – zapewnił. I faktycznie zaraz po powrocie do domu i zmyciu z twarzy dwóch zaschniętych stróżek krwi, poprosił piastunkę o przycięcie jego włosów.

Potem udał się na długą drzemkę, był zmęczony bojem i świadom tego, że jeszcze przed nim więcej niż pięciokrotność tego ile już wywalczył, ale postanowił nie tracić ducha i nie pozbawiać samego siebie pewności, że wszystko jest możliwe i, że sprawiedliwość musi kiedyś nadejść.

Nataniel jak zwykle nocą wyszedł do ciemnych, ledwie oświetlonych ogrodów na spacer. Lubił te chwile samotności. Wtedy mógł oddawać się swoim rozmyślaniom i ukoić nerwy po całym dniu w ciszy nocy. Tym razem jednak nie był sam. Czuł, jak ktoś depcze mu po piętach. Wiedział, że ta osoba jest niska i drobna, miał doskonały słuch. W końcu obrócił się i zagarnął ją ręką do siebie. Była to Aurora – prawie trzynastoletnia córka władcy. Zbliżył usta do jej ucha i wyszeptał:

– A panienka, to tak sama spaceruje?

– Puść mnie – zażądała niemal przez łzy, gdyż jego zaciśnięta dłoń na jej drobnym ramieniu zadawała ból. – Powiem ojcu – poskarżyła się.

– To może ja powiem, gdzie panienkę spotkałem i o jakiej porze? – Okręcił ją tak, by przylegała do niego swoimi piersiami.

Nieśmiało zerknęła w jego twarz i pełne chłodu szare oczy. Chciała się odsunąć, wycofać, ale mocno ją trzymał. Pomimo, że był tylko dwa lata od niej starszy, wydawał się co najmniej dwa razy większy i dziesięćkroć silniejszy.

– Nie jestem donosicielem – stwierdził na głos, po czym pozwolił jej wyswobodzić się ze swoich objęć i uciec z ogrodów aż do domu, gdzie pośpiesznie zamknęła drzwi i ukryła się w swoim pokoju.

Nataniel zaśmiał się gorzko, z nutką przeczuwalnego, przedwczesnego zwycięstwa. Wcisnął dłonie do kieszeni szaty i, z uśmiechem pełnym grozy, powiedział sam do siebie:

– Uciekaj, Auroro, uciekaj. Ciekaw jestem dokąd uciekniesz? Dokądkolwiek byś nie uciekła, i tak będziesz moja.

Zawrócił na piętach i ruszył dalej w mrok, poprzez ogrody. Następnie wyszedł poza nie i udał się na plaże. Zdjął sandały i bosymi stopami wszedł do wody. Lubił czuć delikatne fale obijające się o jego łydki niemal tak samo jak nocne spacery po urodziwych ogrodach.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz