Javier zabrał Beatrice do centrum handlowego na ulicy Poznańskiej. Była to pierwsza galeria handlowa w Kaliszu. I nawet pomimo powstania większej galerii – Tęczy, wciąż mieściła się w niej kawiarnia. Nie była ekskluzywna. Stoliki ustawione były w jej korytarzu, nieopodal wysp sprzedażowych, reklamowanych aut i automatów do gier, w większości typu gashapon. Kawiarnia serwowała głównie lody i gofry dla najmłodszych klientów galerii, tak by i oni mieli frajdę z zakupów.
Javier poprosił o herbatę z imbirem dla siebie i cappuccino dla Beatrice. Zamówienie składał w połowie po polsku, a w połowie po angielsku, choć nie nawykł do takiego sposobu prowadzenia rozmowy. Wcześniej zawsze posługiwał się telefonem komórkowym i translatorem.
– Jakieś ciasto? Może lody? – zapytał po hiszpańsku, idąc w kierunku żony.
Pokręciła głową. Burza jej loków zafalowała, odbijając się od opalonej , szczupłej twarzy. I Javier pomyślał, że Beatrice jest naprawdę piękną kobietą. Bardzo zadbaną jak na swoje trzydzieści wiosen. I ledwie przypomniał sobie, ile jego żona ma lat, a do jego wspomnień powrócił jej płacz sprzed prawie ponad roku, gdy przyszło jej zamienić cyfrę z przodu z dwóch na trzy. Obawiał się jej kolejnych urodzin, gdy przyjdzie jej zmieniać tę drugą z kolei cyfrę z zero na jeden.
Beatrice od zawsze była przerażona nieuchronnością czasu, a po jej dwudziestych piątych urodzinach to się tylko nasiliło, po trzydziestych eksplodowało.
– Muszę schudnąć – rzekła po włosku, czym wyrwała go z nieprzyjemnych rozmyślań.
Zachłysnął się. Odkaszlnął. Pokręcił głową.
– Nie musisz – zapewnił, przyglądając się uważniej jej urodzie.
Beatrice była wysoka, opalona i o odpowiednich, jego zdaniem, krągłościach. Nie była w typie filigranowej dziewczyny. Bardziej sięgała kanonu piękna modelek sprzed piętnastu lat, kiedy jeszcze nie wymagano od nich, by były wychudzone tak bardzo, by aż im wystawały kości policzkowe, sprawiając tym samym wrażenie, jakby zaraz miały przebić, delikatną niczym papier, skórę.
– Ostatnio przelatują mi przed oczami dni z przeszłości, takie momenty – wyznał Javier, zajmując miejsce naprzeciwko Beatrice, na fotelu obitym w imitację jasnej skóry. – Nawet takie, których na co dzień nie pamiętałem – dodał. Zamyślił się. Kelnerka podała mu herbatę. Przed Beatrice postawiła cappuccino. – Byłem przebrany za kowboja jako dziecko. Zapytałem o to rodziców. Zaprzeczyli. Ale byłem, pamiętam tę zabawę. Melodie piosenek wtedy puszczanych z dużych głośników i mikołaja, którego się bałem. Czy to znaczy, że niedługo umrę? – zapytał, mając świadomość, że coraz częściej życie przelatuje mu przed oczami.
– Nie umrzesz, Javier – zaoponowała, westchnieniem okazując zmęczenie.
Małżonkowie poruszali ten temat wielokrotnie przez wylotem Javiera.
W rzeczywistości jednak Beatrice powiedziała to, co sama chciałaby usłyszeć. Nie wyobrażała sobie bez niego życia. Byli razem ponad dekadę. Z nikim wcześniej nie weszła w tak bliską relację. Z nikim też w tak głęboką.
– Powinieneś wrócić do Italii albo Hiszpanii – stwierdziła. – Polska na ciebie źle działa.
– Przyleciałaś z Hugo albo Bossem? – zmienił temat.
Wolał rozmawiać o psach niżeli o niejasnych wspomnieniach. A te psy Beatrice traktowała jak dzieci. Nosiła je na rękach. Wyśpiewywała im kołysanki. Nocami pilnowała, by były odpowiednio okryte. Nie były to żadne z modnych rasowców. Zwykłe kundle. Trochę skrzyżowanie pinczera z chihuahuą. Jeden brązowy, drugi czarny z podpalanymi łapami i krawatem. Javier nie znosił ich za to, że wynosiły jego skórzane klapki i podgryzały po piętach, gdy z sypialni przechodził do łazienki. Nie był w stanie jednak ich wyeksmitować. Beatrice by na to nie pozwoliła. Kochała je. A on, wcześniej wydawało mu się, że kocha Beatrice.
– Zostawiłam ich u rodziców – powiedziała w sposób, jakby to były ich wspólne dzieci i pozostały u dziadków na okres wakacji czy ferii zimowych.
Przytaknął ruchem głowy na znak, że rozumie. Zaraz potem zapytał o leki.
Z początku chciała go okłamać, ale ostatecznie pokręciła głową. Okłamywanie Javiera odbijało się echem klapsa w jej głowie.
– Nie wzięłaś leków? – wyraźnie się zirytował, na co wskazywały zaciśnięte szczęki.
– Nie służą mi – zaoponowała.
– Ich brak nie służy ci bardziej – trwał przy swoim. Pamiętał co działo się ostatnim razem, kiedy Beatrice zaprzestała pobierania zastrzyków. I to wspomnienie sprawiło, że niemal od razu sięgnął po telefon komórkowy i odnalazł numer do jednego z kaliskich psychiatrów. Zadzwonił. Usiłował dogadać się z nim po angielsku. Z trudem mu się to udało, gdyż nigdy nie znał perfekcyjnie tego języka, poza tym Beatrice nieustannie się wtrącała. – Możesz przestać? – warknął na nią, jednocześnie zakańczając połączenie.
– A ty się nie rządzić?
– Muszę mu wysłać twoje dane – w ten sposób nawoływał o ciszę. Jednak zamiast ciszy doczekał się wyrwania smartphone'a z ręki. Mlasnął niezadowolony, po czym postukał palcem wskazującym blat stołu. – Odłóż – nawoływał do rozsądku Beatrice. – Odłóż – powtarzał bezskutecznie, czasami mówiąc nawet po włosku. – Tak bardzo chcesz dostać lanie pierwszego dnia, po tak długim niewidzeniu się? – nie dowierzał. – Dobrze – przytaknął. – Pojedziemy najpierw do hotelu, później do gabinetu – zadecydował, spokojnie kosztując herbatę z imbirem. Zasmakowała mu. Wypił do połowy. Następnie wbił w żonę nieustępliwe spojrzenie.
Beatrice ledwie poczyniła łyk cappuccino. Ten zdawał się stanąć jej w gardle za sprawą nieustannie wpatrującego się w nią męża. Skapitulowała. Odłożyła jego smartphone'a na blat, blisko jego filiżanki.
Nie sięgnął po telefon komórkowy łapczywie. Właściwie to ledwie spojrzał w jego kierunku. Wyglądał, jakby teraz już gardził tym gestem.
– To niczego nie zmienia – oznajmił. – I tak już najpierw jedziemy do hotelu – zapowiedział w taki sposób, jakby był sędzią i obwieszczał więźniowi karę śmierci.
On wypił herbatę do końca, ona pozostawiła na wpół niedopite cappuccino. Nie smakowało jej. We Włoszech, na co dzień, miała styczność ze znacznie smaczniejszym. A może na jej kubki smakowe wpływał fakt, że mąż obiecał jej tego dnia lanie. A Javier należał do niezwykle słownych mężczyzn. Do konsekwentnych.
Całą drogę milczeli, słuchali muzyki wygrywanej przez jedną z modniejszych stacji radiowych. A gdy wreszcie zaparkował na parkingu w centrum miasta, nieopodal Hotelu Europa, Beatrice zabrała głos.
– To nie było tak do końca na poważnie – powiedziała.
– Rozumiem, że na żarty nie bierzesz leków – zadrwił.
– Nie zdenerwowałeś się o to, że nie biorę leków, tylko, że zabrałam ci telefon.
– Zabrałaś mi telefon, bo nie chcesz ich brać.
– Lubię być świadoma – trwała przy swoim, kiedy on rozpinał pasy bezpieczeństwa i otwierał drzwi.
Wysiadł. Obszedł maskę. Otwierając drzwi po stronie pasażera, warknął:
– W psychozie maniakalnej? Widziałem cię w takim stanie i podziękuję.
Dwoma palcami dotykał zimnego dachu pojazdu. Z jego ust wylatywała para. Na dworze temperatura spadła do minus dziesięciu. Żałował, że nie zapiął brązowego płaszcza. Uprzedził Beatrice, by ona miała szansę zapiąć swoje odzienie wierzchnie zanim wysiądzie.
– Jest bardzo zimno – zapowiedział. – I Ślisko – dodał.
– Poradzę sobie – odburknęła i ledwie wysiadła z samochodu, a była zmuszona wesprzeć się na ramieniu męża, by nie zrobić fikołka i nie wylądować plecami na skutym lodem parkingu. Poczuła odrazę do samej siebie za tę słabość. Bardzo chciała tego dnia Javierowi pokazać, że jest w zupełności samowystarczalna, a on jest jej całkowicie zbędny do życia, szczęścia, zdrowia i bezpieczeństwa.
Weszli do hotelu głównym wejściem i niemal od razu skierowali swoje kroki do windy.
Javier Holgado, po wejściu do pokoju hotelowego, utrzymanego w drewnie i ciepłych choć ciemnych barwach, w pierwszej kolejności postanowił się przebrać. Nie chciał cały dzień paradować w bladopomarańczowym garniturze. Zdecydował się przywdziać jasnobeżowy golf z miękkiej, ciepłej wełny i niebieskie dżinsy, które na pozór zdawały się niczym nie różnić od zwykłych dżinsów, ale jakby się uważniej im przyjrzeć to na tylnej kieszeni gościło malutkie logo złotego orzełka, świadczące o tym, że rzecz jest marki Armani.
Podczas, gdy Javier się przebierał, Beatrice stała wciąż w pełnym ubraniu. Poczęła nawet zapinać suwak długiego, białego płaszcza.
– Spieszymy się – stwierdziła, gdy Javier wystukiwał na swoim smartphonie jej dane i wysyłał je lekarzowi psychiatrii.
Oprócz imienia, nazwiska i codice fiscale, które było odpowiednikiem polskiego numeru PESEL, Javier wpisał jeszcze: clopixol roztwór do wstrzykiwań 200 mg/ml i absenor 500 mg. Spojrzał na małżonkę.
– Jeszcze mamy chwilę – zapewnił, sięgając do szuflady komody, na której stał telewizor. Wyjął z niej skórzany, brązowy pasek.
– Oszalałeś – stwierdziła lękliwie.
– To do spodni – odparł uspokajająco. Lekko się uśmiechnął, uwidaczniając górne zęby, z których przednie były perfekcyjnie równymi tylko, dlatego że niegdyś ukruszył je podczas przełajowej jazdy na rowerze.
Holgado usiadł na łóżku, pasek kładąc obok. Przywołał do siebie żonę ruchem czterech złączonych z sobą palców. Wyczekiwał cierpliwie, wspierając obydwie dłonie na kolanach.
Powoli rozpięła płaszcz. Następnie go zdjęła i przewiesiła przez oparcie drewnianego krzesła. Podeszła do męża, a ten rozchylił swoje uda, by stanęła dokładnie między jego nogami. Samodzielnie sięgnął cienkiego, rudego paska jej spodni, które zupełnie mu się nie podobały. Spodnie Beatrice uważał za wyjątkowo bezkształtne, proste od połowy ud, sprawiające wrażenie jakby były szerokie w nogawkach. Pasek pozostawał luźno zapięty, ale i tak go rozpiął. Rozpiął też cztery guziki rozporka. Delikatnie pociągnął za materiał z obydwóch stron, naprzemiennie.
Poczuła, jak spodnie zsuwają się z jej pośladków.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz