Clara
Nie wiem co wtedy myślałam, gdy tak pędziłam przed siebie. Czułam wiatr we włosach, a ogier rozpędzony był tak bardzo, że gdyby nie emocje, które we mnie szalały, to zapewne umierałabym ze strachu. Wtedy jednak nie przejmowałam się niczym, nawet nawoływaniem Mattea, który deptał mi po piętach.
Minęłam karczmę, do której wcześniej zmierzałam. Nie mogłam się jednak przy niej zatrzymać, bo byłam pewna, że Matteo zaraz poszedłby w moje ślady, wyszarpnął mnie ze środka, o ile w ogóle bym zdążyła do niego wejść, i zatargał do domu. Uderzyłam więc zwierzę w zad otwartą dłonią, by przyspieszyło.
Tamtego dnia coś we mnie wstąpiło. Miałam odwagę gnać, miałam odwagę wjechać do lasu między gęste drzewa, miałam odwagę umrzeć. Byłam gotowa na śmierć. Zdawałam sobie sprawę, że przy takiej prędkości mogłabym nie utrzymać się nawet w siodle, a co dopiero, gdy było go brak.
Nagle dotarły do mnie głosy inne niż wcześniej i przede wszystkim było ich kilka. Były mi dziwnie znajome, ale na tyle dalekie, że nie mogłam ich rozpoznać, gdy z każdej strony wiatr wiał, a deszcz zaczynał zacinać.
W ostatniej chwili schyliłam się, gdy przed moimi oczami niespodziewanie wyrosła niska gałąź. W tamtej chwili się opamiętałam i zapragnęłam zatrzymać konia, ale rozpędzone zwierzę wcale mnie nie słuchało. Pędziło, tłukąc kopytami o błotnistą ziemię.
– Clara!
Powędrowałam za dźwiękiem, który brzmiał podobnie do mego imienia. Spojrzałam w lewo i między drzewami oraz gałęziami dostrzegłam jeźdźca. Jego koń był albo czarny albo tak ciemny w umaszczeniu, że nie byłam w stanie go dobrze widzieć. Jedynie postać na nim była wyraźniejsza. Mężczyzna w chabrowym płaszczu i z czymś czerwonym pod szyją.
– Do cholery! Zatrzymaj się! – krzyczał i wtedy byłam już pewna, że to Arturo.
– Tam jest urwisko! – dodał głos z drugiej strony. Był to blondyn, Timoteo, a przy jego boku gnał Matteo, nieco go wyprzedzając.
Wiadomość o urwisku mnie przeraziła, choć przekonywałam samą siebie, że żadne zwierzę nie może być tak głupie, by świadomie popełnić samobójstwo. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że rozpędzony koń może nie zdążyć się zatrzymać albo stanąć dęba i mnie zrzucić. Istniała też ewentualność, że zwierzę może jakoś się omsknąć podczas zakrętu i polecieć. Jednak tak jak mówiłam, nie bałam się śmierci, jedynie pragnęłam jej uniknąć.
– On nie chce stanąć! – wydarłam się płaczliwie na całe gardło.
Las zaczął się przerzedzać. Uspokoiło mnie to, bo teraz nie musiałam już uważać na drzewa i ich gałęzie, ale patrząc z drugiej strony, do urwiska było coraz bliżej.
Nagle Arturo rozkazał wszystkim zwolnić. Krzyknęłam zapłakana, że ja nie mogę zwolnić, co spotkało się z głośnym wrzaskiem:
– Nie do ciebie, kurwa, mówiłem!
Timoteo z Mattem musieli go posłuchać, bo nagle nie było ich z mojej prawej strony, jakby byli zjawami i właśnie zniknęli. W polu mego widzenia pozostał tylko Arturo, który zrównał się ze mną, a nawet mnie wyprzedzał o jakieś pół łba swojego wierzchowca. Skręcał nim delikatnie, co jakiś czas zmuszając zwierzę, na którego grzbiecie byłam uwięziona, by czyniło tak samo. W pewnym momencie nawet bałam się tego, że się zderzymy, ale urwiska, które pojawiało się przed nami i było coraz bliżej, obawiałam się bardziej, dlatego nie odważyłam się krzyczeć i tym krzykiem wymagać od Artura zmiany postępowania.
W pewnym momencie zrozumiałam, że Arturo nie zdąży, że jeśli zaraz nie wymyśli czegoś innego, to polecimy razem, bo urwisko było bardziej po jego stronie niż po mojej, a mój koń nie miał w planach się zatrzymywać. Gdyby jeszcze miał uzdę, to mogłabym za wodze pociągnąć. A tak byłam skazana na decyzje hrabiego, trzymając się kurczowo szyi tego okropnie nieusłuchanego stworzenia. Koń szarpał się i kręcił łbem, jakby chciał się mnie pozbyć, jakby pragnął mnie zrzucić.
Arturo nakazał zwolnić swojemu koniowi. Pozwolił, by ten mój go wyprzedził i szybko zmienił stronę z mojej lewej na tę prawą. To było w chwili, gdy od urwiska dzieliły mnie centymetry. Przestrzeń po jednej mojej stronie była pusta, była głębią, na dole wodą, która gdzieś szumiała. Wiatr też szumiał. Deszcz dudnił.
Poczułam jak koń się osuwa, ktoś mnie dotyka, koń leci w dół, a mnie ktoś szarpie, obejmując w pasie tak mocno, że aż boleśnie. Wylądowałam obok Artura, a właściwie to przed nim, choć brzuchem na jednym jego kolanie. Kurczowo trzymałam się materiału jego spodni i fragmentu siodła. Wszystko to okazało się być na marne, bo gdy wierzchowiec stanął na polecenie swojego właściciela, to szatyn bez zawahania zrzucił mnie na ziemię.
Bolało, gdy zderzyłam się z błotnistą ziemią, choć pewnie, gdyby była twarda, a nie pełna kałuż i błota, to byłoby jeszcze gorzej. Spojrzałam na hrabiego i już miałam się odezwać, ale jego mina, gdy jeszcze siedział na koniu, jak i ta, gdy już z niego zeskoczył, sprawiła, że zabrakło mi języka w gębie.
– Jesteś skończoną idiotką? – zapytał. Sunął wzrokiem od moich nagich stóp, poprzez łydki i skąpą koszulkę nocną, aż po czubek głowy. – Wstawaj! – rozkazał. Postąpił kilka kroków i nachylił się, by chwycić mnie za włosy.
Szarpnięcie zabolało, ale bardziej dumę niż fizycznie. Nikt wcześniej mnie tak nie traktował. Tym bardziej nie chciałam dawać mu satysfakcji i się go słuchać, dlatego nie wstałam. To, że bałam się odezwać, nie znaczyło, że obawiałam się nie reagować na jego rozkazy.
Arturo przełożył nogę tak, że jego stopa znalazła się przy moim udzie. Wypuścił z uścisku moje włosy. Zrobił to tylko po to, by pochwycić je drugą dłonią, a tę, którą wcześniej mnie szarpał, uniósł na sporą odległość od mojej twarzy. Byłam pewna, że tym uderzeniem zabiłby mnie, gdyby nadeszło, ale Timoteo pochwycił hrabiego za rękę, a Matteo ryknął:
– Ani się waż.
Mój narzeczony skupił na sobie uwagę bruneta, zresztą blondyna również, ale w tamtej sytuacji liczyło się dla mnie tylko to, że Arturo odpuścił. Moment ten trwał wystarczająco długo, bym ja mogła na pupie zawędrować dalej od hrabiego. Na nogach nie byłam w stanie stanąć i nawet nie próbowałam, w obawie, że upadnę, gdyż tak mocno mi się trzęsły. Cała byłam dygocząca.
– A kim ty jesteś, by mówić mi co mam robić? – zapytał Grandi niezwykle poważnie i stanął wyprostowany przed Matteem.
– Narzeczonym Clary – odpowiedział całkiem spokojnie Matteo, choć trząsł się równie mocno co ja. Tylko, że on z pewnością nie bał się Artura, jemu było zwyczajnie zimno, bo był już październik, a nie miał na sobie nawet koszuli. Szelki ciągle bezwiednie wisiały, więc musiał od razu za mną wybiec i nawet nie marnować czasu, by je zaciągnąć na ramiona.
– Narzeczonym Clary – zaśmiał się Arturo. – Cudownie! – krzyknął zapijaczonym głosem.
Dopiero wtedy do mnie dotarło, że Arturo jest pod dużym wpływem, pod znacznie większym niż Matteo. Na twarzy też był obity, ale jakby mniej. Jedynie miał kilka zadrapań na policzku.
Hrabia teatralnie rozłożył ręce i spojrzał w niebo, a dopiero potem ponownie skupił swój wzrok na mym narzeczonym.
– I co teraz? Może jeszcze ją po główce pogłaszcz i zapewnij, że dobrze robi.
– To nie twoja...
– Pewnie, nie moja, ale gdyby była moja, to by się nie szlajała w środku nocy bez ubrania! – wydarł się. – W ogóle, by się nie szlajała – dodał już nieco ciszej, ale nadal niezwykle surowo.
– Nie mów tak o niej!
– Uratował jej życie! – wtrącił Timoteo i stanął między swoim szefem a Matteem, zapewne przewidując, że jeszcze chwila, a tych dwóch skoczy sobie do gardeł z zamiarem wybicia przeciwnikowi wszystkich zębów.
– I dziękuję ci za to – przemówiłam, nieśmiało zerkając na Artura. Zupełnie nie poznawałam swojego głosu. Był dziwnie obcy, drżący.
Hrabia uraczył mnie spojrzeniem i jakby od niechcenia odparł:
– Nie musisz. Zrobiłem co chciałem.
Zapanowała cisza, podczas trwania której zmienił się wyraz jego twarzy, z takiego od niechcenia, na taki pełen zacięcia, surowości. Ja ciągle siedziałam na ziemi, a on stał, nawet się przybliżył, choć nadal dzieliła nas względnie bezpieczna odległość.
– Jednak wiedz, że gdybyś była moja, to miałabyś obowiązek dziękować za każdy bat, który bym ci wymierzył po takim występku. I uwierz na słowo, że byłoby ich sporo. – Ruszył w kierunku swojego konia. – Teo, wracamy! – wrzasnął na blondyna, który wbijał we mnie spojrzenie pełne współczucia.
Hrabia dosiadł swojego wierzchowca, a ja myślałam, że od razu odjedzie. Szczerze, to na to właśnie liczyłam, bo nie chciałam go już dłużej oglądać, ani, tym bardziej, nie chciałam słyszeć już żadnych słów z jego ust płynących. Od dziecka tak miałam, że gdy ktoś zwracał się do mnie, a jego mowa była dla mnie niewygodna, to odwracałam głowę i udawałam, że nie słyszę lub syknięciem kazałam mu milczeć. W tym przypadku było inaczej, bo hrabiemu nie miałam odwagi nakazać zamilknąć.
Niespodziewanie Arturo sięgnął do swojego buta. Wyjął z niego bat, taką typową szpicrutę, która zazwyczaj służy do poganiania konia. Odrzucił ją na ziemię w taki sposób, że wylądowała nieopodal mojej nogi.
– To tak na wszelki wypadek, jakbyś jednak chciał zachować się w sposób, jak na mężczyznę przystało. Przypominam, że przez nią skonało niewinne zwierzę, twoje zwierzę – podsumował i odjechał.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz