11 marca 2026

Novus ordo (dodatek) – 2. część 1

   

Dominik & Eva


Eva Strahovska

Budzę się później niż zwykle. Jest siódmy dzień tygodnia. Od dawna nikt już ich nie nazywa. Każdy tylko liczy. Od jednego do siedmiu. Podobnie jak kiedyś. Niemal identycznie.

W naszym domu, w siódmy dzień tygodnia, to zawsze Dominik przygotowuje śniadanie albo raczej śniadania, bo wygląda to jak mała uczta. Lubi to. W ten sposób spędza czas z córkami – i tymi młodszymi i tymi starszymi. A ja dzięki temu mogę się wyspać.

– Dzień dobry – słyszę i widzę go jak staje w progu sypialni.

Niesie dla mnie kawę w dużej, przezroczystej filiżance. Filiżanka ta w porównaniu z innymi, jakie mamy w domu, jest ogromna. I jest tylko moja. Nikt inny w niej nie pije. Ja sama pozwalam sobie na to tylko w niedzielne poranki. Tylko wtedy mam na to czas, by wypić taką ilość kawy na raz.

– Cześć – odpowiadam mu. – Co dziś na śniadanie? – pytam, kiedy stawia filiżankę na stoliku nocnym, po mojej stronie łóżka.

– Naleśniki z dodatkami. Na słodko i wytrawne. Trochę jednak musisz poczekać, bo Helenka z Hanią samodzielnie kroją owoce – mówi, siadając na łóżku.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiecham się. – Będę miała czas wypić kawę – mówię. – Albo i nie – dodaję, czując dłoń męża na nagim udzie.

Ręka Dominika sunie wyżej, do mojego krocza. Jeden z palców trąca o wystającą łechtaczkę. Lubię tę pieszczotę. Jest jednocześnie wulgarna i delikatna. Pasuje do mojego męża. On też potrafi być wulgarny. Na co dzień jednak cechuje go spora delikatność.

Patrzę w niebieskie oczy Dominika i na ślepo odkładam filiżankę na blat stolika nocnego. Nieznacznie rozchylam uda. Daje mu tym do zrozumienia, by nie przerywał. By pozwolił sobie na więcej. A on słucha. Wykonuje moje niewerbalne polecenia, jakby to były rozkazy.

Jego palec wnika głębiej i porusza się szybciej. Nie dochodzę. W ten sposób nie dojdę, ale jest mi przyjemnie. Ciężko mi zachować kamienną twarz. Przestaję się więc na to silić. Okazuję mu mimiką, jak bardzo mnie zadowala. Myślę, że jego ego właśnie rośnie do ogromnych rozmiarów. I jego penis także rośnie w spodniach. Ma na sobie piżamę, a przez jej cienki materiał jest to doskonale widoczne. Inaczej by było, gdyby odziany był w majtki i dżinsy. Tego poranka z pewnością nie ma na sobie bielizny. Ja też jej nie mam. Nigdy w niej nie śpimy.

Ściskam męża za nadgarstek i zdejmuje z siebie jego dotyk. Czynię to z niemałym trudem. Nie lubię sobie odmawiać. Mam jednak w planach coś więcej niż poranne głaskanie przez niego mojej kobiecości.

Klękam na łóżku. Przykładam dłoń do klatki piersiowej męża. Wciąż jest muskularna. Pamięć mięśniowa jest czymś cudownym. Czasami trochę żałuję, że odpuścił sobie ćwiczenia fizyczne, a przy tym nie zawsze umie odmówić słodyczy i słonych przekąsek, przez co jego brzuch już nie jest taki jak dawniej. Teraz się nieco ulewa. Mój w przeciwieństwie do jego jest idealny. Twardy i mocny, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami.

Pcham ręką, by dać Dominikowi do zrozumienia, że ma położyć się na łóżku. Sama z tego łóżka schodzę. Tym razem klękam na podłodze, na puszystym biało-czarnym dywanie. Zsuwam z męża spodnie. Nie zdejmuję ich z niego całkiem. Nie widzę jeszcze takiej potrzeby.

Biorę penisa do ust. Nie całego od razu. Zaczynam niewinnie. Stopniowo wsuwam go głębiej. Wysuwam i wsuwam znowuż odrobinę głębiej. Tak się bawię aż dam radę przyjąć go całego. To nie jest wybitnie trudne. Męskość Dominika nie jest szczególnie duża. Jest zwyczajna. Najprawdopodobniej standardowa. Pasuje mi to. Nie muszę się jakoś szczególnie zapracowywać, by wszedł w moje gardło.

Tym razem nie pozwalam mu w tym gardle dojść. Zamiast tego siadam na nim. Wciąż mam na sobie zieloną, satynową, nocną koszulę na ramiączkach – coś co pozostało mi ze starego świata, gdy jeszcze można było pokazywać trochę negliżu, choćby w sypialni małżeńskiej. Właściwie, w sypialni nadal można to robić, a nawet jest to zalecane, ale nikt już nie szyje tak skąpych piżamek. A tę piżamkę Dominik lubi. Nigdy mnie jej nie pozbawia. To przez nią dotyka moich piersi, brzucha, pośladków.

Seks w takiej pozycji niegdyś nazywał się na jeźdźca. Jeżdżę więc konno najpierw powoli. Stopniowo przyspieszam, aż wreszcie ujeżdżam mojego męża naprawdę szybko. Tak szybko, że aż mnie brakuje tchu. Czuję, że nie mamy dużo czasu. Zaraz któraś z dziewczynek przybiegnie na górę, by zawołać nas na śniadanie, a Dominik nie zamknął drzwi na klucz. Młodsze z dzieci wciąż zapominają pukać. I ta myśl, że trzeba się spieszyć też jest podniecająca. Lubię lekki stres. Chyba właśnie dzięki temu dochodzę. Tym razem jestem pierwsza i z trudem dokańczam tę jazdę, by i on mógł skończyć. 

– Jesteś cudowna – chwali.

Wiem o tym. Słyszałam to nieraz z jego ust. I szczerze w to wierzę. Dominik ma porównanie. Był kiedyś mężem innej kobiety. Ma z nią dwie z czterech córek. Zmarła w wyniku choroby. I przez to mógł poślubić mnie, bo musiał jakąś poślubić. W Novus ordo wdowiec nie może samotnie wychowywać dzieci, nawet gdyby to byli synowie. W przypadku, gdy są to dziewczynki jest to jeszcze gorzej widziane, a taki ojciec jest do ślubu popychany. Przyspiesza się jego decyzje. Nie pozwala na przeżywanie żałoby i zatroskanie się. Nie wiem, czy to jest dobre. Początki naszego małżeństwa bywały różne. Czasami były naprawdę trudne. Ciężko dosięgnąć ideału, a o zmarłej przecież nie wypada mówić źle.

Wspólnie schodzimy na śniadanie. Ja, schodząc schodami, wsuwam ręce do puszystego, żółtego szlafroka.

– Kiedyś spadniesz – upomina mnie mąż, chwytając za ramię, choć przecież nie utraciłam równowagi.

– Gdybym skręciła kark z pewnością byś tęsknił – mówię.

– Nawet tak nie żartuj – syczy poprzez zęby.

Na stole na dwanaście miejsc rozstawionych jest kilkanaście talerzy i miseczek. W każdej jest inny dodatek. Są owoce, warzywa i farsze mięsne. Cieszy mnie to, bo dzięki temu i obiad będę miała z głowy. Doje się po prostu to co pozostanie. Na kolację zaserwuję kanapki. Dominik lubi kanapki. Mówi, że są typowo polskie. Dla niego nauczyłam się nawet piec chleb. Właściwie to Bruce – przyjaciel mojego męża – mnie nauczył. A właściwie to on nauczył Katerinę – swoją żonę – a dopiero ona nauczyła mnie. Ja i Katerina jesteśmy przyjaciółkami.

Siadam na swoim ulubionym miejscu przy stole. Spoglądam na dzieci. Helenka i Hania są bardzo do mnie podobne. Mają rude włosy i zielone, błyszczące oczy. Ciemnowłose Daria i Dominika przypominają Noemi, kiedy była w ich wieku. Noemi to pierwsza żona mojego męża. Widziałam ją na fotografiach. Nie miałyśmy okazji się nigdy spotkać. I może i lepiej. Chyba nawet nie chcę wiedzieć jaką była. Wystarczy, że Dominik i starsze dzieci czasami ją wspominają. Towarzyszy mi wtedy ukłucie zazdrości. Noemi była żono i matkopodobna. Ja jestem… inna. Po prostu inna. Może trochę zimna. Mniej czuła. Mniej troskliwa. I lubię skupiać się na sobie, ale czy to jest czymś złym? Moim zdaniem nie.

Śniadanie jest pyszne. Naleśniki smażył mój mąż. Są idealne. Delikatne i sprężyste. Ja takich nie potrafię zrobić. W ogóle kuchnia nie jest moją mocną stroną. Lubuję się w renowacji mebli. Tego dnia mam zamiar odmalować biurka młodszych dziewczynek na ich ulubione kolory. Ośmioletnia Hania uwielbia żółty. Sześcioletnia Helenka różowy. Od razu wpadam na pomysł, że przydałoby się też odmalować ich pokoje. Zedrzeć tę okropną tapetę w kolorowe latawce i klauny, która napawa mnie przerażeniem od kiedy Katerina namówiła mnie do obejrzenia horroru ze starego świata. Tam w pokoju pełnym klaunów, jeden był naturalnych rozmiarów. Polował na dziewczynę, która opiekowała się dziećmi. Katerina uwielbia horrory. W Novus ordo horrory się nie zdarzają. Filmy tu są nudne. Obyczajowe. Opowiadają wyłącznie o tym jak żyć należy.

Dobrze, że przynajmniej książki erotyczne nam zostawili, choć te już są napisane innym językiem. Nie ma wulgarności. Wciąż jednak wiele się można z nich nauczyć. Znacznie więcej niż z poradników małżeńskich, które niemal wcale nie poruszają tego tematu. W tych dla kobiet jest po prostu napisane, by żona dała się prowadzić mężowi w sypialni. A ja lubię to robić także poza sypialnią. Kiedyś zamarzyło mi się, by to zrobić w samochodzie. Dominik się zgodził. I choć był to tylko garaż, to przynajmniej otwarty. I było chłodno. Podniecało mnie to.

– Odnówmy pokoje dziewczynek – mówię. – Zapomniałam mojej kawy – dodaję nie na temat.

– Przyniosę ci – zgłasza się na ochotnika Dominik, a ja dobrze wiem czemu to robi. Dominik nie jest fanem remontów. Ucieka więc od takich tematów najdalej jak tylko się da, przy każdej możliwej okazji.

– Jeśli namalujesz mi na suficie niebo, to zgoda – odzywa się Daria.

– O – z miejsca podłapuję jej pomysł. – To też mogę zrobić. – Uwielbiam rysować, malować, wyklejać i ozdabiać.

Żadne z moich dzieci nie odziedziczyło tych zdolności po mnie. Mają do takich prac dwie lewe ręce. Zupełnie jak ich ojciec. Córki Noemi mają znacznie więcej zdolności manualnych. Jedna pięknie wyszywa. Druga robi na szydełku.

Po śniadaniu ja rysuję na kartce projekt nieba, a Dominik przegląda pocztę. Nagle rachunek telefoniczny ląduje przed moimi oczami.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz