Dominik Strahovski
W Novus ordo rachunki telefoniczne przychodzą co dwadzieścia dni, czyli są naprawdę za niedługi okres. Ilekroć patrzyłem na nasz, nie mieściło mi się w głowie, jak może opiewać na taką kwotę. Zdarzały się od tego wyjątki. Zwykle po laniu za zbyt wysoki rachunek telefoniczny, Eva przez jakiś czas się pilnowała. Trwało to kilka miesięcy, w porywach do pół roku, a po tym czasie, stopniowo, pozwalała sobie na coraz więcej. Aż znowu rachunki telefoniczne opiewały na gigantyczne kwoty. Tym razem jednak przeszła samą siebie.
– Co to ma znaczyć? – pytam.
Eva zaciska ząbki. Szura nimi. Robi to iście teatralnie.
– Miałam dużo z dziewczynami do ustalenia – tłumaczy. – Nie zawsze był czas się spotkać – dopowiada, jakby to mogło być usprawiedliwieniem.
Nie jest nim, przynajmniej nie w moich oczach. Natomiast teraz już rozumiem ten miły poranek. Z pewnością Eva chciała uzyskać nim taryfę ulgową. Często posuwa się do bałamucenia mnie swoim ciałem i umiejętnościami, by przykryć jakąś ze swych win, by następnie ominęła ją za to kara i czasami jej się udaje. Czasami odpuszczam, gdy rzecz rozchodzi się o drobnostkę.
Kolejny z rzędu wysoki rachunek telefoniczny, nie jest drobnostką. Zwłaszcza, że już na poprzedni zwracałem uwagę. W planach miałem odłożenie pieniędzy na wyjątkowe wakacje, a nie marnotrawienie ich na głupoty, a właśnie głupotę jest trajkotanie mojej żony przez telefon z jej przyjaciółkami.
– To teraz sobie między sobą coś ustalimy – zapowiadam, jednocześnie wyjmując stary, znoszony pasek z komody. Idę w kierunku schodów. Krzyczę do dzieci, by wyszły na moment do ogrodu. Proszę starsze, by przypilnowały tych młodszych.
Składam pas w pół i czekam aż córki wyjdą z domu. Potem zasłaniam zasłony.
– Rozbierz sukienkę i przełóż się przez podłokietnik kanapy – mówię.
Eva jeszcze chwilę spogląda na mnie z nadzieją, a później rezygnuje z próby odwiedzenia mnie od pomysłu, by wymierzyć jej lanie. Wykonuje moje polecenie. Sukienkę przerzuca przez oparcie fotela. Kładzie się tak jak powiedziałem, przez podłokietnik kanapy.
Podchodzę do żony, mającej na sobie wyłącznie bieliznę. Klepię dłonią raz w jeden, raz w drugi pośladek. Jestem pewien, że na obydwóch jeszcze widnieją ślady ostatniej kary, a być może nawet i tej przedostatniej. Eva ma ostatnimi czasy jakąś czarną serię. Najpierw o mały włos, a spaliłaby kuchnię, odkładając czajnik z uniesionym gwizdkiem na niezgaszony palnik, bo ważniejsza była telefoniczna rozmowa z Kateriną. Następnie, dwa dni później, kolację podała z godzinnym opóźnieniem, bo rozmawiając przez telefon z Zoją, nie spojrzała na zegar i przez to nie wiedziała, kiedy należało zabrać się do roboty i przygotować posiłek. Wtedy zaskoczył ją mój powrót do domu.
W sytuacji, w której spaliła czajnik, uraczyłem ją standardowym laniem na kolanie. To trwało jednak dłużej niż te jakie się wymierza dzieciom. Przerywałem je rozmowami. Na koniec postawiłem do kąta na dwie godziny. To chyba była dla Evy najgorsza kara. Moja żona nie umiała trwać w bezczynności. W kącie też z początku próbowała się wiercić, przez co byłem zmuszony ją ponownie zdyscyplinować. Użyłem do tego celu rózgi. Otrzymała dziesięć uderzeń na nagie uda i łydki. Następnie po pięć na każdą z dłoni.
A w dzień, w który wróciłem do domu i zamiast zastać żonę czekającą na mnie przy drzwiach, zastałem ją w salonie, odwróconą do mnie tyłem i trajkoczącą coś do słuchawki, od razu podszedłem do niej, zerwałem połączenie używając do tego dwóch palców.
– Odłóż – wydałem polecenie.
Wykonała je bez szemrania. Dostała w twarz.
– Do kuchni! – ryknąłem. Wskazałem kierunek. – A po tym jak już zrobisz kolację i ją zjemy, udasz się od razu do swojego pokoju, rozbierzesz i w kącie na klęczkach zaczekasz na mnie.
Eva wtedy przygotowała coś na szybko, ale i tak kolacja była opóźniona o godzinę.
– Godzina trwa sześćdziesiąt minut – to było pierwsze co wtedy do niej powiedziałem, gdy już znaleźliśmy się na osobności, w pokoju żony, przygotowanym specjalnie do celów takich jak karanie jej, bądź utrzymanie w karności.
Eva na mnie nie patrzyła. Klęczała w kącie, wyprostowana tak, jak należy. Naga. Wyjąłem sześciorzemienną dyscyplinę z jednej z szuflad komody. Podszedłem z nią do żony. Poprosiłem, by wystawiła przed siebie dłonie, a kiedy to zrobiła, położyłem dyscyplinę na nich.
– Wrócę, gdy dzieci położę do łóżek – poinformowałem.
I tak też zrobiłem. Położyłem dzieci spać i wróciłem do pokoju żony. Wciąż klęczała w takiej samej pozycji w jakiej ją zostawiłem. Płakała, trzymając dyscyplinę na dłoniach.
Rozsiadłem się wygodnie na jednoosobowym łóżku. Przywołałem Evę do siebie.
– Możesz odłożyć dyscyplinę na blat komody. Zaczniemy od rozgrzewających klapsów – zapowiedziałem.
Posłuchała mnie. Niemal sama przełożyła się przez moje kolana. Otrzymała wtedy lanie do czerwoności. Wiła się, czasami coś krzyknęła, próbowała nawet osłonić, ale na nic jej się to zdało. Zrobiłem tak, jak postanowiłem, czyli przerwałem dopiero wtedy, gdy całe pośladki były równomiernie, mocno zaczerwienione. Chciałem, by były tkliwe. Czułe na uderzenia dyscypliny.
Pomogłem Evie wstać, po czym ponownie odesłałem ją w kąt pokoju. Wiedziałem, że po pół godzinie razy będą bardziej odczuwalne. W rzeczywistości nawet nie chodziło mi o tę spóźnioną kolację, tylko o ten telefon. Zabierał jej za dużo czasu. Odbierał jej życie. Przez ciągłe paplanie do słuchawki wiele w naszym domu było robione na pół gwizdka, a dzieci zaniedbywane.
Coś jednak we mnie pękło i nie miałem sumienia zbić Evy bardziej. Odpuściłem jej tę dyscyplinę. Schowałem ją do komody. Wychodząc, powiedziałem, by do rana spędziła czas sama z sobą i przemyślała swoje postępowanie.
Teraz nie zamierzam już niczego odpuszczać. Klepię ponownie raz w jeden, raz w drugi pośladek. Odkładam pas obok żony. Wsuwam palce za gumkę jej majtek. Opuszczam je do połowy łydek. Pośladki są czerwone, w kilku miejscach zasinione od ostatnich kar.
Sięgam po pas złożony w pół. Jeszcze poprawiam jego złożenie przed pierwszym ciosem.
– Jeden – liczę, wprawiając pas w ruch.
– Dwa – uderzam ponownie.
– Trzy.
Robię przerwę.
Eva płacze. Uderzałem mocno, ma więc prawo do łez.
– Jeden, dwa, trzy – tym razem uderzam szybko. Od razu też kładę dłoń na plecach żony. Dociskam ją, by nie uciekła. – Jeden, dwa, trzy – powtarzam, uderzając tak samo szybko i mocno jak wcześniej. – Dziesiąty – oznajmiam, biorąc zamach znad głowy.
– Ał! – wrzeszczy moja żona. Próbuje się dźwignąć, ale moja dłoń na plecach jej to uniemożliwia.
– Leż spokojnie – ganię przez zaciśnięte zęby.
– Boli – słyszę w odpowiedzi.
– I będzie bolało bardziej – uprzedzam, ponownie wprawiając pas w ruch.
Tym razem odliczam w myślach: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Krótka przerwa, poprawa pozycji żony i ponowne odliczanie: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć.
Eva krzyczy coś niewyraźnie. Prosi o przerwę.
– Nie. Żadnej przerwy nie będzie – uprzedzam. Leję dalej, by w końcu dotarło do niej na czym ma się w ciągu dnia skupiać. Pasem informuję ją, że tym czymś nie jest telefon. – Trzydzieści – mówię.
Patrzę na pośladki żony. Są całe czerwone i to czerwone tak bardzo, że zdają się aż świecić. Przejeżdżam po jednym pośladku palcem. Eva się na to wzdryga. Odkładam pas.
– Wstań i idź po dyscyplinę – rozkazuję.
– Nie – słyszę w odpowiedzi. – Proszę cię nie. – Eva pada na kolana. – Nie będę tak długo rozmawiać przez telefon. Wcale nie będę rozmawiać przez telefon, jeśli tego sobie życzysz i…
– Życzę sobie! – krzyczę – być poszła po dyscyplinę – dokańczam zdanie. – I masz zrobić to co powiedziałem, inaczej jutro wybiję ci z głowy nieposłuszeństwo, a pojutrze odzywanie się bez pozwolenia, w sytuacji, w której dobrze wiesz, że nie wypada zabierać głosu kobiecie. O karach decyduje mąż – przypominam. – To ode mnie zależy, ile razy dostaniesz, jak mocno i jak często będzie to powtarzane.
Eva się trzęsie. Wciąż klęczy.
– Wstań – mówię do niej ostrym tonem. – Wstań – powtarzam, wymierzając policzek.
Policzek działa jak czarodziejska różdżka. Spełnia życzenia niemal od razu. Eva podnosi się z kolan.
– Podciągnij majtki i na górę. – Wskazuję jej kierunek. – Dyscyplina znajduje się w twoim pokoju, w szufladzie komody.
Żona robi, co mówię. Podciąga majtki z wyraźnym bólem wymalowanym na twarzy, po czym idzie po dyscyplinę. Przynosi ją po chwili, co znaczy, że nie zwlekała. Podaje mi ją prosto do dłoni.
– Połóż się na kanapie, na plecach – wydaję kolejne tego dnia polecenie, a kiedy je spełnia od razu nakazuję jej przytrzymać nogi rękoma. – I nie machaj nogami. Staraj się je trzymać proste – mówię.
Biorę zamach sześciorzemienną dyscypliną. Jej cienkie paseczki spadają na pośladki i górną część ud Evy. Ta niemal od razu przechyla się w bok. Powstrzymuję ją przed tym, łapiąc za kostkę. Trzymając, uderzam drugi raz. Eva ugina w kolanie tę nogę, której nie trzymam, wrzeszczy.
Odkładam dyscyplinę i sięgam do majtek żony. Mam ochotę je zedrzeć, ale powstrzymuję przed tym samego siebie. Puszczam żonę i odstępuję od niej na krok.
– Zdejmij majtki, po czym ponownie wróć do pozycji.
Eva wstaje z kanapy w akompaniamencie płaczu. Ten nasila się, gdy jej pośladki zderzają się z miękkim siedzeniem kanapy. Cała się trzęsie. Staje przede mną i zdejmuje dolną część bielizny.
– Proszę – szepcze błagalnie. – Ja już nie chcę – informuje.
– Wiem, że nie chcesz, ale tym karanie różni się od nagradzania. Zasłużyłaś na karę, a nie na nagrodę.
– Wiem – przyznaje. I nie mówi nic więcej. Zajmuje poprzednią pozycję.
Biorę zamach. Sześć rzemieni ląduje na nagich, mocno już zbitych, pośladkach mojej żony. Nowe pręgi przecinają stare. Eva ugina nogi.
– Pozycja! – krzyczę do niej, od razu biorąc kolejny zamach.
Eva prostuje nogi, a ja uderzam. Eva reaguje tak samo, znowu ugina kolana.
– Pozycja! – krzyczę ponownie i czekam. – Pozycja – ponawiam, dając ostatnią szansę.
Wzdycham z irytacją. Odkładam dyscyplinę. Odciągam nogi żony i oklepuje jej pośladki dłonią. Nie lituję się przy tym nad nią.
– Jak mówię pozycja, to masz wrócić do pozycji. Bez dyskusji. Bez osłaniania się. Bez buntu wszelakiego – mówię ostro, przy każdym słowie wymierzając mocnego klapsa. – Zrozumiałaś!? – wrzeszczę.
Eva niemrawo potakuje głową. Zapewne cały obraz zachodzi jej łzami. Trudno. Musi dostać konkretną, bolesną nauczkę. Inaczej niczego się nie nauczy.
Biorę dyscyplinę i odstępuje na krok od żony.
– Pozycja – mówię.
Eva przybiera wymaganą pozycję niemal natychmiast, czyli karne klapsy przyniosły zaplanowany skutek.
Biorę zamach. Uderzam. Eva ugina kolana. Wyje. Jednak bez ponaglania samodzielnie przybiera pozycję. Uderzam ponownie. Tym razem moja żona zwija się na kanapie niczym embrion. Informuje mnie, że więcej już nie wytrzyma.
– Pozycja – zwracam się do niej spokojnie.
– Naprawdę nie dam rady – szlocha. – Nie zniosę więcej. Nie zniosę, słyszysz – mówi niewyraźnie.
Odkładam dyscyplinę. Siadam obok niej na łóżku.
– Zatem czas na karne klapsy, skoro się znowu buntujesz – informuję, po czym szarpię ją na swoje kolana. – Pomyśl czy te rozmowy telefoniczne były tego warte. – Układam żonę w takiej pozycji, by jej pupa była wypięta.
Rozpoczynam oklepywanie. Nie muszę już wkładać w uderzenia znacznej siły. Pośladki Evy w tej chwili są tak tkliwe, że nawet lekkie ich pogłaskanie sprawia jej ból. A ja nie głaszczę. Biję. Niemocno, ale jednak znacząco, by nie poczuła się nagradzana.
– Błagam – nalega Eva. – Miej litość jakąś.
– Miałem dużo litości do ciebie – przypominam, co jakiś czas klepiąc. – Dużo cierpliwości, dużo litości, dużo taryf ulgowych. Skończyło się. Zwłaszcza w temacie telefonu.
– Zapamiętam na całe życie – zapewnia Eva.
– Wiem, bo to nie koniec – straszę ją. Czuję jak trzęsie się na moich kolanach. – Wolisz pas czy dyscyplinę? – pytam.
– Nie wiem – odpowiada łkając. – Nic nie wolę.
– Masz wybór. Pas albo dyscyplina.
– Pas – mówi bez przekonania.
– W takim razie przyjmuj taką pozycję jak na początku. Przełóż się przez podłokietnik kanapy.
Eva opuszcza moje kolana. Staje na drżących nogach. Trzęsie się, idąc we wskazane miejsce. Pochyla powoli. Aż w końcu wypina się jak należy.
Ja biorę pas. Kładę dłoń na plecach żony. Zamierzam jej przyrżnąć tak, by na telefon z dobry rok nie chciała nawet spojrzeć. Na zamiarze się kończy. Nie mam sumienia lać jej aż tak. Wymierzam ledwie jeden cios.
– Skończyłem – informuję. – Możesz iść do sypialni odpocząć.
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz