Clara
Gdyby kiedykolwiek w mym młodym życiu, wpadł w moje dłonie dziennik, z którym mogłabym wieczorami siadywać i zapisywać w nim wszystko, to co wydarzyło się minionego dnia albo, gdybym otrzymała taki właśnie prezent od któregoś z rodziców, to na środku pierwszej strony nie wykaligrafowałabym starannie swojego imienia. Clara umieściłabym gdzieś w mało istotnym miejscu. Może w lewym, górnym rogu, albo w prawym. Tak, w prawym, ale dolnym, bo tak o wiele lepiej by się prezentowało.
Jaki jest sens nad tym gdybać? Przecież w dzieciństwie nigdy nie otrzymałam od nikogo pamiętnika. Co prawda, uczono mnie pisać, czytać i znać się na wielu rzeczach, ale nie po to bym została pisarką, kronikarką czy sławną osobistością. Miałam być dobrą żoną, nie przynosić wstydu mężowi, być jego ozdobą, kimś kim mógłby się chwalić. Miałam się więc umieć delikatnie uśmiechać, tańczyć walca wiedeńskiego, nosić odpowiedniej długości suknie, a do tego wszystkiego miałam przytakiwać, rzadko zaprzeczać, zawsze wysłuchiwać i okazywać zrozumienie.
Za czasów panieńskich, nigdy nie otrzymałam od nikogo pamiętnika, ale, gdyby takowy trafił w moje ręce, to na jego pierwszej stronie, mała dziewczynka, którą wtedy byłam, starałaby się napisać jak najładniej, kanciastymi ruchami dziecięcej, jeszcze niewyćwiczonej dłoni: Niczego tak nie pragnę w mym życiu, jak się zakochać.
Oczywiście, wtedy, nie miałabym na myśli takiego zwyczajnego kochania, bo nigdy nie chciałam miłości wymuszonej, która powstawała ze zwykłego przyzwyczajenia i braku innych możliwości. Myślę, że wtedy, w mym niewinnym i tak bardzo naiwnym jeszcze umyśle, ale już gorącym sercu, zaiskrzyłoby pragnienie uczuć niespełnionych, niemożliwych, parnych i wrzących. Zabawne, bo ojciec zawsze mawiał, iż ostrożnie z ogniem, bo można się poparzyć. Byłam córeczką tatusia, ale to nie przeszkadzało mi w byciu psotnym, nieusłuchanym i zawsze robiącym na przekór dzieckiem.
Wracając jednak do mojego zakochania, to chciałam skosztować zakazanej miłości, zaznać szaleństwa i choć spróbować wzbić się do nieba, by czubkami palców dotknąć jednej z gwiazd. Nie wybrałabym tej najbardziej błyszczącej. Nie chciałabym, by mocno lśniła, bo mogłaby wtedy przyćmić mnie swym blaskiem, a nie ma co ukrywać, że jako mała, niesforna dziewczynka, jak i potem, gdy byłam już młodą kobietą, uwielbiałam być w centrum uwagi.
Dziś, gdy jestem u schyłku swego życia i zostało mi naprawdę niewiele już dni do ostatniej drogi, udałam się na strych. Odnalazłam tam starą skrzynię pełną pamiątek, a w niej obity w bordową skórę pamiętnik – prezent, ale nie z dzieciństwa. Pierwotnie nawet nie należał do mnie, a do pewnego pana... Pana, którego wystarczy, że przywołam mglistym wyobrażeniem przed swe oczy, a już zbierają się w nich drobinki słonych kropli.
Mężczyzna, który niegdyś wpisywał słowa w, trzymany teraz w mej dłoni, dziennik, naumyślnie pozostawił wiele kart pustych. Do dnia dzisiejszego, kartki pomiędzy jego wspomnieniami świecą pożółkłą bielą i czekają na to, aż uzupełnię jego wspomnienia swymi własnymi. Aż dopełnię nimi naszą historię.
Ledwie otworzyłam pamiętnik, a już go zamknęłam. Nie jestem w stanie przeczytać żadnego z jego wpisów. Jeszcze nie teraz, nie dziś, nie w tej godzinie, ale jestem pewna, że kiedyś i taka nadejdzie. Musi nadejść, bo każdy z nas, i ja nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem, będzie zmuszony, by rozliczyć się ze swą przeszłością.
Zamykając dziennik, zauważyłam na jego pierwszej stronie brunatną plamę, powstałą z czerwonego wina, i szary brud popiołu z papierosa. Nie musiałam zamykać oczu, by wspomnieć, jak powstały te ślady. Pamiętam, że z początku nawet chciałam je zetrzeć. Uniosłam się z sofy, by to uczynić, ale usłyszałam wtedy: Zostaw, toż to pamiątki, niemal tak samo istotne dla nas, jak fotografie, jak listy pisane późną nocą, jak echo słów... szeptów rozognionych, gdy świt się pojawia na horyzoncie, budzi do życia miasta i wsie, i wyrywa nas ze swych objęć.
Starłam łzę, toczącą się po mym policzku, i udałam na dół do biblioteczki, gdzie zasiadłam przed starym, rzeźbionym na zamówienie biurkiem i wzięłam pióro do ręki. Nie musiałam maczać go w atramencie, bo to już nie te czasy, znane mi z wyblakłych wspomnień dziecięcych lat. Wystarczyło odkręcić skuwkę i przyłożyć stalowy element do pierwszej, pożółkłej, przybrudzonej stronicy, by napisać tytuł: Na kartach pamiętnika.
Potem przewróciłam stronę, ta również była pusta, więc nic nie stało na przeszkodzie, by w końcu zacząć rozliczenie z mą własną, a jednocześnie nie tylko moją, przeszłością. Zapisałam pierwsze zdanie: Uważaj o czym marzysz za młodu, gdyż twe pragnienia mogą się ziścić, a jak nie od dziś wiadomo – choć za marzenia nie karzą i nie strącają do czeluści piekielnych za ich malowane obrazy przed naszymi oczyma, to już za spełnienie swych marzeń, może nam przyjść zapłacić bardzo wysoką cenę.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz