02 marca 2026

Novus ordo (dodatek) – 1. część 2

  

Samuel & Julide


Julide BraveWinner

Novus ordo wita mnie dokładnie tak, jak się tego spodziewałam. Niemal zupełnie pustym lotniskiem. Cieszy mnie to. Nie chciałam od razu poznawać rodziny Samuela. Nieco ponad miesiąc temu dałam jemu ten sam komfort. Sprawiłam, by najpierw poznał mnie, następnie odpowiednio się ubrał, a dopiero potem przedstawiłam go swoim przyjaciołom, na końcu rodzinie. Zaakceptowali go. To nie było trudne. Domyślam się, że w drugą stronę nie będzie tak łatwo. Ode mnie świat Novus ordo wymaga znaczenie więcej niż moja Australia od Sama.

Samuel wiezie mnie limuzyną swojego ojca. A właściwie to szofer nas wiezie. I teraz za oknem widzę kolory. Dziwi mnie to. Spodziewałam się raczej szarości i brązów. Nie ma neonów, ale jest pastelowo, przyjemnie. Dwóch chłopców w bladozielonych kurtkach i błękitnych czapkach przeskakuje przez kałuże na chodniku. Dziewczynka w błękitnym płaszczyku i z kapturem na głowie, idąca za nimi, się tym zupełnie nie kłopocze. Przechodzi po najgłębszej z możliwych kałuż. Ma na sobie kalosze. Za nimi podąża para około trzydziestolatków. Trzymają się za ręce. W Australii już nikt tak nie spaceruje. Wszyscy się spieszą. Nie ma czasu na afiszowanie się z dotykiem na ulicach.

Niespodziewanie Samuel sięga po moją dłoń. Unosi ją na wysokość swoich ust. Muska delikatnie. Lubię w nim takie zachowania. To swojego rodzaju dla mnie zupełna inność. Kontrast do mojego świata.

Limuzyna dostarcza nas przed niewysoką kamienicę. Samuel puszcza mnie w drzwiach przodem. Jak zawsze informuję go, że ten zwyczaj nie ma w sobie nic z dżentelmeństwa, a pochodzi z czasów, gdy jaskiniowcy puszczali do jaskiń przodem kobiety, by w razie ataku, przez niedźwiedzia czy inne zwierzę, sami mogli uciec.

– Ja przepuszczam cię przodem, bo lubię patrzeć na twoją pupę – szepcze wprost do mojego ucha. Jego dwudniowy zarost łaskocze mnie po szyi. Jest to przyjemne.

Chyba się rumienię. Samuel momentami mnie zawstydza, choć przecież nawykłam do bezpośredniości. Jego bezpośredniość jednak jest inną. Ona znaczy. Jest takim… kontrastem na jego codziennym zachowaniu.

W skromnie urządzonym mieszkaniu na pierwszym piętrze czeka na nas krawcowa. Nakazuje mi przymierzać różne suknie, bluzki, halki i spódnice. Jest też welurowy dres. Wszystko w jakimś kolorze. Głównie w fiolecie i brązie, ale dres jest biały, perłowy. Nie krępuję mnie zmienianie tych ubrań na oczach mojego, od miesiąca już, męża, który wygodnie rozsiadł się w fotelu. Jesteśmy po pierwszym, drugim… dwudziestym razie. Nie liczę ich. Szacuję, że mniej więcej tyle razy uprawialiśmy już z sobą seks. I zazwyczaj było dobrze. Czasami nudno. Leniwie.

– Nałożę poprawki jeszcze dziś i jutro z samego rana dostarczę pani gotowe ubrania – zwraca się do mnie krawcowa, a ja zakładam na siebie swoje poprzednie ubranie.

Kiedy ona wychodzi, pytam Samuela:

– Kobiety u was pracują?

– Tylko te starsze, które już wychowały swoje dzieci. Jeśli chcą oczywiście pracować.

– Krawcowa była młodziutka – zauważam.

– Ta akurat pomaga mężowi. Pomyślałem, że będzie ci… jakoś tak lepiej przy innej kobiecie, niżeli przy obcym mężczyźnie. – Wstaje z fotela i staje przede mną tak, że dzieli nas mniej niż krok.

– Dziękuję – szepczę.

– Proszę – odszeptuje i szybkim ruchem zrzuca moją brązową marynarkę z ramion. Następnie dopada do guzików mojej satynowej, kremowej bluzki na grubych ramiączkach. Stanik pozostawia. Obcałowuje dekolt, jednocześnie pozbawiając samego siebie marynarki i krawata. – Powinnaś dostać po dupie za nieadekwatne ubieranie się do pogody – mówi. – Jeszcze zima się nie skończyła – dodaje.

Groźba Samuela nigdy wcześniej nie przeszyła mnie takim prądem jak w tym momencie. W końcu nigdy wcześniej nie miała aż tak autentycznego wymiaru. W Australii była tylko słowami. W Novus ordo może się ziścić.

I nagle się ziszcza. Czuję dłoń Samuela na moim pośladku i nie jest to delikatne jej położenie. Uderzył mnie. Najprawdziwiej.

Nie mówię nic o tym klapsie. Puszczam go w niepamięć. Pozwalam na to, by mąż rozpiął moje spodnie i pomógł mi się ich pozbyć. To samo robi ze skarpetkami. Stoję więc na boso, w samej koronkowej bieliźnie, podczas gdy on wciąż ma na sobie koszulę, spodnie, a nawet buty.

Patrzę na jego poczynania. Jego dłonie operują przy pasku, który ma przy spodniach.

– Ile razy prosiłem cię byś ubrała się adekwatnie do pogody? – pyta, wysuwając pas ze szlufek. – Mówiłem, że w Novus ordo będzie zimno – przypomina, jednocześnie składając pas w pół.

Mam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę. Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy dzień w świecie Nowego porządku. 

– Jeszcze ci nie przysięgałam – mówię szybko, mając nadzieję, że te słowa go powstrzymają.

– To nie ma większego znaczenia – stwierdza. – Tu jesteś pod moją opieką. Muszę dbać o twoje zdrowie i bezpieczeństwo.

– W taki sposób – dziwię się, nawet przerażam. Wskazuję na pasek, który trzyma w dłoni.

– Użyję go tylko, jeśli będę musiał – informuje. Przywołuje mnie palcem. Nawet nie wiem, kiedy tak bardzo się od niego oddaliłam.

Coś mi mówi, że lepiej podejść. Jest ode mnie większy i silniejszy. Bez trudu mógłby do mnie dopaść i zmusić do posłuszeństwa.

– Zapraszam – mówi, siadając w fotelu. Pasek, wciąż złożony w pół, odkłada na szklany barek z alkoholami. Klepie się znacząco po kolanie.

– Następnym razem… – zaczynam.

– Tak, wiem, ubierzesz się adekwatnie do pogody – przerywa mi.

– Właśnie – przyznaję mu rację.

– Z pewnością, bo będziesz wiedziała co ci grozi, kiedy ponownie zbagatelizujesz moje słowa. – Znowu znacząco poklepuje się po jednym z kolan. – Albo podejdziesz ty do mnie i zakończy się na kilku klapsach, albo ja podejdę do ciebie, ale z pasem – uprzedza.

– Podejdę – zapewniam drżącym głosem. – Za moment – szepczę.

W myślach staram się przygotować na nieuniknione. Tutaj nie mam dokąd uciec. Nie mam kogo wezwać na pomoc. Tutaj takie i podobne zachowania mężczyzn są akceptowane. To swojego rodzaju codzienność, żaden wyjątek.

Podchodzę więc powoli. Pozwalam na to, by przełożył mnie przez kolana. Nieswojo się czuję, gdy zmusza mnie do rozkroku. Teraz jego kolano ociera się o moją cipkę.

Niespodziewanie spada pierwszy klaps. A właściwie drugi, jeśliby liczyć ten wymierzony na spodnie. Uderzenie na niemal gołą skórę smakuje inaczej. Moje majtki niewiele chronią. Dołu pośladków nie chronią wcale. Samuel te miejsca obrał sobie za cel. Uderza naprzemiennie. Mocno.

Siła uderzeń jest taka, że już przy piątym próbuję się podnieść.

Miało być ich kilka, kurwa mać! – mam ochotę krzyknąć. Czuję jak moje pośladki czerwienieją.

– Leż spokojnie – poucza mnie mąż. Wolną dłonią dociska moje plecy.

Spadają kolejne dwa naprzemienne uderzenia. Tym razem płaczę. Usiłuję zasłonić się ręką. Ta szybko ląduje na moich plecach. Samuel więzi mój nadgarstek. Uderza znów, znowu naprzemiennie. Nie kończy na dziewięciu.

– Miało być kilka! – wykrzykuję płaczliwie, mając świadomość, że bunt poprzez łzy brzmi bardzo żałośnie.

– A ty miałaś leżeć spokojnie – informuje tonem zupełnie bez wyrazu. – Nie zakończę nawet na tych jedenastu. Nie wiem czy na dwudziestu poprzestanę – straszy. Sięga po pas.

– Co ty robisz? – pytam strachliwie.

– Leż spokojnie – powtarza po raz kolejny, przykładając pas do moich pośladków.

– Podeszłam sama – przypominam ledwie zrozumiale.

– Wiem, ale się wiercisz.

Dotyk skóry paska opuszcza moje pośladki. Po chwili słyszę głośny trzask. Wyję. Podskakuję tak, że niemal spadam z jego kolan.

Poprawia mnie szybko. Pas ponownie przykłada do moich pośladków.

Cała drżę.

– Proszę – szepczę.

– A ja proszę abyś leżała spokojnie – powtarza niczym mantrę. – Kara ci się należy – mówi twardym tonem.

Wiem, że bierze zamach, bo dotyk paska ponownie opuszcza moje pośladki. Uderzenie jednak nie spada. Pasek zostaje upuszczony na podłogę. Dokładnie przed moje oczy.

– Jeśli nie będziesz leżała spokojnie, przestanę dawać ci klapsy, a zacznę wymierzać lanie pasem – uprzedza i przykłada dłoń do jednego z moich pośladków.

Zaciskam pięści. Obiecuję sobie, że postaram się z całych sił, by nie poruszyć się nawet o centymetr.

Spadają naprzemienne uderzenia. Nie potrafię powstrzymać łez. Co jakiś czas uginam kolana. Samodzielnie jednak opuszczam nogi, bez konieczności upominania ze strony Samuela. Obraz pasa na podłodze rozmazuje się przed moimi oczami. Sam przestaje. Pomaga mi się podnieść. Podaje mi haftowaną chusteczkę.

– Teraz już wiesz co to znaczy dostać lanie – mówi w sposób, jakby to zupełnie nie miało znaczenia.

Mam ochotę go uderzyć. I prawię to robię. On sam mnie przed tym powstrzymuje. Zatrzymuje moją rękę przy samym policzku, w ostatniej chwili. Czyni też lekki, instynktowny unik.

– Nigdy więcej się nie waż – uprzedza. – Tym razem ci daruję. Sytuacja jest nowa. Miały prawo ponieść cię emocje. Drugiej próby nie będę tolerował. – Patrzy mi głęboko w oczy. Wciąż nie puszcza mojego nadgarstka. Niespodziewanie przykłada usta do wierzchu mojej dłoni. Składa delikatny pocałunek. To kontrast dla piekących pośladków.

Przyglądam mu się uważniej. Jego niesforna blond grzywka nieco przysłania oczy. Jest już odrobinę za długa. Oczy ma ładne. Brązowe. O barwie orzecha laskowego. Nie jest blady. Na co dzień zapewne jest lekko opalony. Teraz jego opalenizna jest mocna. W Australii świeciło słońce. Temperatura sięgała dwudziestu trzech stopni Celsjusza. Myślę, że Samuel jest nawet bardzo przystojny. Ma szerokie ramiona, płaski brzuch z sześciopakiem na nim, nieco wystającą, umięśnioną klatkę piersiową. Przyjemny, melodyjny głos.

Jak mogę w ogóle o tym myśleć, gdy bolą mnie pośladki? – pytam samą siebie.

Uważam, że to nie jest odpowiedni czas na podziwianie walorów jego urody i sposobu wypowiadania się. A jednak chwytam się tego. Skupiam myśli na pozytywach. Samuel jest moim mężem w australijskim świecie. Ja będę jego żoną w świecie Nowego porządku. Novus ordo nie dopuszcza rozwodów, a już na pewno nie z powodu zbicia żony po tyłku. Zaś australijski rozwód poniósłby z sobą konsekwencje dla wszystkich. A ja nawet do tego australijskiego rozwodu nie mam powodu. Samuel przecież zbił mnie na terenie swojego kraju. Tutaj takie zachowanie jest dopuszczalne. Na terenie Australii nie złamał prawa. Tam mnie nigdy nie uderzył. Nawet klapsa mi nie dał w łóżku. Jak sam mówił – dostosował się. A teraz jego świat i on wymagali tego samego ode mnie – dostosowania się.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz