Szymon podjechał na ulicę Podmiejską, która już dawno nie była pod miastem, a zaczynała stawać się jedną z głównych ulic. Odnosił wrażenie, że centrum miasta się przenosi, z Głównego Rynku, do którego miał od siebie trzy kroki, do blokowisk, które kiedyś zdawały się stać przy mieście, nawet do niego nie należąc. Teraz to tam rządzący miastem organizowali imprezy połączone z koncertami. Stała tam wielka hala sportowa. Nieopodal niej była szkoła gimnazjalna, która w roku, w którym powstała, tak wysoko ustawiła poprzeczkę, że przez długie lata wydawała się być najlepszą ze szkół, a jej uczniowie zdobywali najwyższe wyniki, które otwierały im drogi do najlepszych liceów, a następnie studiów.
Szymek rozejrzał się dookoła. Od razu zauważył, że jest znacznie czyściej niż w centrum miasta, jakby tutejsi mieszkańcy byli bardziej kulturalni i znacznie schludniejsi. Przykładający wagę do wyglądu chodników, ulic i trawników.
Zostawił Lenę samą w samochodzie i podszedł do drzwi klatki schodowej. Był już w tym miejscu kilka dni wcześniej. Jak wtedy, tak i teraz, otworzyła mu matka PWT – Panny Wielka Tajemnica.
Wszedł do środka, do niewielkiego, dwupokojowego mieszkanka, umiejscowionego w bloku ze starej płyty. Przedpokój był schludny. Wyłożony drewnianą boazerią. Drzwi od toalety nie miały szyby. W jej miejsce wciśnięta została dykta.
– Dzień dobry – przywitał się. Zawsze starał się być kulturalny, a nawet i grzeczny. Wiedział jednak, że w obecnej sytuacji dzień dla tej kobiety nie jest dobry, a on miał jej do przekazania dodatkowe, niekoniecznie szczęśliwe wiadomości.
– Dzień dobry – odburknęła smutno kobieta. Miała niestarą twarz. Była na niej bardzo szczupła. Widoczne były kości policzkowe. Jej oczy nie były czerwone. Nie płakała. Dawno już zabrakło jej łez. Kanaliki zdążyły wyschnąć. Teraz zdawały się być suche niczym wiór.
– Czy Klaudia się z kimś spotykała? – zapytał Szymon wprost.
– Mówiłam wam, że nikogo nie miała – odburknęła. Zmięty ręcznik papierowy wcisnęła do kieszeni dżinsów. Zaprosiła mężczyznę do kuchni.
Szymon przytaknął. Przełknął ślinę. Ruszył za nią, trzymając odległość kroku.
– Ja nie pytam czy z kimś była, tylko o to, czy się z kimś spotykała – objaśnił.
– Co pan?! – uniosła się. – To porządna dziewczyna. Samotniczka. Czyta książki. Wyszła nieraz, jak każdy w jej wieku, ale nikogo tu nie przyprowadzała. Tylko Przemka. Taki jej kolega. W liceum go poznała. Taki przyjaciel. Krótko się znają, ale jak brata go traktuje – tłumaczyła chaotycznie matka Klaudii.
– Jakie czytała książki? – zapytał Szymon. Starał się, możliwie jak najbardziej, poznać ofiarę, mając nadzieję, że to doprowadzi go do jej oprawcy. Nie sądził, by napaść na Klaudię była przypadkowa. Miał dwa przypuszczenia, o żadnym jeszcze na głos nie mówił.
– Normalne. Takie książki. Jak z biblioteki – odpowiedziała kobieta, wzruszając przy tym ramionami. Szczerze dziwiło ją to pytanie. Uważała, że nie ma ono żadnego związku ze sprawą.
– Wypożyczała je? – usiłował się dowiedzieć Serafin. – Pani Mario? – naciskał. Nie siedział. Stał w progu.
To Maria – matka Klaudii – usiadła. Przysiadła niemal na krawędzi krzesła i ukryła twarz w dłoniach.
– Ja nie wiem, co ona czytała – wyznała płaczliwie. Jej oczy nagle zwilgotniały. – Nie wiem, skąd je brała. Może kupowała.
– Może – przyznał jej rację, siląc się na delikatny uśmiech. Wiedział, jak to jest tracić kogoś bliskiego, bo żona była mu bliska i na swój sposób ją kochał. Modlił się o jej życie, choć to po wypadku trwało już tylko dwie godziny. Wtedy przestał się modlić. Po pogrzebie nigdy już nie wstąpił do kościoła. Uświadomił sobie jednak, że utrata nie zaczęła następować w chwili uderzenia i początków śmierci. Utrata zaczęła się znacznie wcześniej. Niedługo po narodzinach Leny.
***
Kamila, żona Szymona, całe swoje życie podporządkowała córce. I stało tak się już od dnia, w którym dowiedziała się, że nosi ją pod sercem. Nagle zaczęła nakładać na męża dodatkowe wymagania. Naciskała, by zajął się przygotowywaniem pokoju dla dziecka, gdy on zupełnie nie dostrzegał takiej potrzeby.
– Przecież będzie małe. Nie potrzebuje jeszcze prywatności – odburkiwał. Zazwyczaj oglądał wtedy telewizję. Po pracy chciał mieć spokój i czas na odpoczynek, a nie dodatkowe obowiązki, takie jak malowanie ścian i kładzenie tapety.
W rzeczywistości pokój Lenie przygotował dopiero po śmierci Kamili. Zajął się tym w noc, w którą jej serce przestało bić. Czuł się winny, że nie mogła wybierać do niego dodatków. Jedynie zasłonki zdążyła samodzielnie uszyć.
Płakał, zrywając stare tapety i tynkując nierówne ściany. Nie rozumiał, dlaczego tak się stało. Nie akceptował takiego scenariusza. Nie dostrzegał w tym ni cienia boskiego planu. I w każdą dobroć, wmawianą mu na mszach świętych od najmłodszych lat, zaprzestał wtedy wierzyć.
***
– Zamyślił się pan – zauważyła pani Maria.
Szymon jej przytaknął.
– Na temat tych książek – skłamał z głośnym westchnieniem. – Mogę je zobaczyć? – zapytał.
– Proszę. – Wstała i wskazała mu kierunek.
Tym razem on szedł pierwszy, bo choć był w tym mieszkaniu jedynie raz, to dobrze znał drogę do pokoju Klaudii.
– Zmieniała coś pani w nim? – zapytał, stając w progu. Wydawało mu się, że wcześniej niektóre z rzeczy stały w innym miejscu i miały zupełnie różne od obecnego ułożenie. Był niemal pewny, że szklanka z facjatą znanego piosenkarza znajdowała się na parapecie, a nie, tak jak teraz, na starym, poniszczonym biurku.
– Trochę posprzątałam – przyznałam kobieta. – Zawsze sprzątałam. Nie lubiła tego – uświadomiła sobie nagle. – Klaudia nie lubi, gdy sprzątam. Denerwuje się, że później nic nie może znaleźć.
Szymon wszedł głębiej. Zamaskował smutek i zrozumienie, które przez krótką chwilę miał wypisane na twarzy. W jego domu było zupełnie odwrotnie. To Kamila sprzątała, a on awanturował się z nią o to, że niczego nie może znaleźć. Czasami jak coś schowała, w taki sposób, by tego nie zgubił, to nie dało się już tego odnaleźć. Wściekał się zwłaszcza, gdy były to papiery. Nigdy nie uśmiechało mu się ponownie biegać po ubezpieczalniach, ZUS-ach i urzędach skarbowych. A teraz, po ponad roku, oddałby wszystko, by znów nie móc czegoś znaleźć, ale ją mieć obok, by Lena miała matkę.
– Klaudia wychodziła z kimś i Przemek przestał do nas przychodzić też. Chyba liczył na to, że kiedyś z nią, a ona... – opowiadała pani Maria.
Szymon skupił na niej wzrok.
– Czyli pani córka ma kogoś? – Był niemal pewny, że odpowiedź okaże się twierdząca, gdyż miał świadomość tego, że dzieci nie biorą się z powietrza i każde, dosłownie każde jedno, musi mieć ojca.
– Nie mówiłam wcześniej, bo starszy był i nigdy go nie przyprowadziła. Raz go tylko z okna widziałam. Czekał na nią. Razem biegali.
– Biegali? – zdziwił się.
Pani Maria przytaknęła.
– No – odparła. – W dres się ubrała. On też był taki... no na sportowo. To latem było.
– Latem? – zapytał, marszcząc brwi. Zaczął liczyć, ile miesięcy minęło od choćby lipca. Doliczył się siedmiu, a nawet prawie ośmiu. Dziecko więc mogło być skutkiem wakacyjnego romansu i wspólnego joggingu ze starszym mężczyzną.
– Może nawet maj to był, koniec. Wie pan, w zaocznym liceum, to już tak od maja mają wakacje – poinformowała.
Nagle liczba miesięcy wzrosła do dziewięciu, a nawet dziesięciu. Było wprost idealnie. Dziecko mogło przeżyć.
Podszedł do półki postawionej przy łóżku. Zaczął przyglądać się książkom. Wertował ich tytuły.
– Długo z nim biegała? Regularnie? – dopytywał.
– Nie wiem czy z nim, ale biegała. Tak do połowy wakacji biegała.
– Nie pytała pani o niego? – dziwił się.
– Pytałam, nawet ostrzegałam, ale to się awanturą zawsze kończyło. Dużo rzeczy nagle miała. Dobre kosmetyki. Nowe ubrania. Jak poszła ze mną do galerii, rzekomo tylko po buty, prezent mi chciała zrobić, to ze dwa tysiące na siebie wydała. Tłumaczyła, że to premia, że taka na święta. – Spuściła głowę, zdając sobie sprawę, że obecne słowa były zaprzeczeniem wcześniejszych, tych mówiących o porządności Klaudii.
Szymon, chcąc ją pocieszyć, rzucił jedynie:
– Może był bogaty.
– Był – przyznała kobieta. – Na takiego wyglądał. Z drugiego piętra to wypatrzyłam.
– Był jakoś szczególnie ubrany? Samochodem może był? – wnikał głębiej, biorąc jedną z książek do ręki.
– Nie. Znaczy, ubrany to był. Tak modnie nawet. Buty miał niebieskie. Takie rażące. I bluzkę w tym samym kolorze. Spodenki z paskami też pod kolor. Adidasa chyba.
– A coś więcej? Jak wyglądał?
– Jakby po trzydziestce był, ale zadbany. Opalony. I w święta też przyjechał. Mnie wtedy nie było. Ja nie widziałam, ale sąsiedzi mówili.
– Nie było pani w święta? – zdziwił się.
Pokręciła głową.
– Pracowałam. Opiekowałam się takim panem. Pracuję przy starszych ludziach. Zapłacili więcej, by dziadek nie był sam. A wiem pan, jak to jest. Przyda się.
Przytaknął. Doskonale rozumiał, jak to jest. Jemu też nie zawsze się przelewało. Właściwie to nigdy mu się nie przelewało. Zawsze brakowało i ubywało w ekstremalnie szybkim tempie. Chciał, by Lena miała więcej niż on za czasów dzieciństwa. Spełniał większość jej życzeń. Kupował gry, modne zabawki, a nawet zwierzęta. W domu miał dwa chomika, wyglądające jakby były swoimi lustrzanymi odbiciami, królika z ochlapniętymi uszami, kolorowe rybki i papugę, która powinna mówić, ale jedynie skrzeczała i doprowadzała go tym do bólu głowy.
– Którzy sąsiedzi go widzieli?
– Z parteru. Teraz ich nie ma. Pracują całe dnie. Ona pali w oknie. On dymu nie lubi. I tak go widziała. Jego zawołała. On mi w sklepie, kilka dni później dopiero, powiedział – tłumaczyła chaotycznie, ale Szymon doskonale ją rozumiał.
– Co o nim mówił?
– Że koszulę miał drogą. On lubi markowe rzeczy. Uwagę do tego przywiązuje. Żona go za to wyklina. Często się o pieniądze kłócą. On wydaje. Kredyty zaciąga. Wspomniał też, że przyjaciel mojej córki... tak go nazwał, miał telefon dobry, z tym jabłkiem, ale duży taki, jeden z nowszych modeli.
– Wie pani co jej wtedy dał? – zapytał. – Były święta. Powinna dostać prezent – stwierdził.
Maria z początku pokręciła głową. Później przyznała, że chyba biżuterię, bo zaraz po tym jej córka miała nowy komplet, ze znakiem nieskończoności, a że nie miała ich wiele, to zwróciła na to uwagę i jak zawsze, tak wtedy też, się pokłóciły.
Szymon przeglądał wnętrze jednej z książek.
– Nie jest po polsku – zauważył. Z daty przy dedykacji doszedł do wniosku, że Klaudia otrzymała ją w święta.
Pani Maria wyciągnęła dłoń po książkę i przyznała Szymonowi rację.
– Uczyła się innych języków, ale nawet nie wiem jakich. Angielskiego, to wiem, że nie lubiła. Seriali dużo oglądała, to może... Może jakiś taki, ten wie pan, taki ciepły.
– Latynoski. – Uśmiechnął się znacząco i zapytał czy może wziąć książkę. W pokoju zauważył też dużą ilość słowników i rozmówek obcojęzycznych. Ustawione były na biurku. Żółto–czerwona flaga rzuciła mu się w oczy.
Pani Maria pozwoliła mu zabrać książkę. Od razu chciał sprawdzić co oznacza dedykacja, ale telefon komórkowy pozostawił w samochodzie.
– A do jakiego klubu czy baru chodziła z tym Przemkiem czy sama, czy koleżankami? – wnikał, zmierzając już w stronę drzwi.
Kobieta go odprowadziła, ale na pytanie nie umiała odpowiedzieć. Rzuciła tylko stwierdzeniem, że jeśli jej córka balowała w Kaliszu, to nie miała za dużo możliwości. Zaśmiał się. Faktycznie, to miasto pustoszało, a co za tym szło, kluby zamiast się otwierać, to masowo się zamykały.
***
Jego telefon okazał się być rozładowany, ale nie obrał kursu od razu do domu. Zerknął na Lenę. Była czerwona na twarzy. Bawiła się palcami u rąk. Nerwowo nimi przebierała.
Kiedy dziewczynka poczuła dotyk dłoni ojca na swoim kolanie, wzdrygnęła się. Zauważył to. Zaproponował McDonalda. Natychmiast się rozpromieniła. I choć miała raptem cztery lata, to dobrze wiedziała, iż żelazo należy kuć, dopóki jest gorące.
– A grę nową też mi kupisz? Z dziadkiem byłam w Empiku. Widziałam taką... taką jaką chcę – namacalny smutek w jej głosie sprawił, że niemal natychmiast przytaknął.
– Oczywiście, księżniczko – odpowiedział. – Zaraz pojedziemy. Tylko najpierw zjemy kolację. – Zaparkował na parkingu pod McDonaldem.
Zazwyczaj jadał w biegu. Korzystał z okienka dla samochodów, ale Lena lubiła jeść wewnątrz, a później bawić się na zjeżdżalni wraz z innymi dziećmi. Dzieciakom nie przeszkadzała zima ani śnieg. Śmiało zdejmowały buty i korzystały z okazji, by pozjeżdżać.
Lena była śmiała. Momentami nawet pyskata. Szybko nawiązywała przyjaźnie. Odziedziczyła to po Kamili. Szymon w dzieciństwie był raczej samotnikiem. Później niewiele się zmieniło. Już się tak nie wstydził. Zdarzało się, że mówił co myślał, waląc prawdą między oczy i prawie nigdy tego nie żałując, ale jednak od tłocznych miejsc i większych grupek trzymał się możliwie jak najdalej. Często spuszczał wzrok. Patrzył na swoje buty. Wertował podłogi.
***
Serafin, od razu po przyjeździe do domu, pozwolił Lenie zagrać w nową grę. Sam zabrał się za tłumaczenie tytułu książki, jak i dedykacji. Były to Wichrowe wzgórza. Dedykacja zaś nie mówiła niczego konkretnego. Zwyczajne świąteczne życzenia, bez drugiego dna. Na dodatek niepodpisane.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz