17 marca 2026

Dobra tylko czysta – Rozdział 2

        

Samotne rodzicielstwo


Sara siedziała przy niedużym, kwadratowym, białym stole. Wpisywała w translator poszczególne stany emocjonalne i dopisywała do nich na skutek czego powstają. Przetłumaczone równoważniki zdań przepisywała na karteczki, wycięte z bloku technicznego. Następnie wkładała zapisane kartoniki w odpowiednią przegródkę, w plastikowe, śniadaniowe pudełko.

Iwan w tym czasie leżał na piankowej, kolorowej macie, bo choć jego matka ceniła minimalizm i stonowaną kolorystykę, to jednak chciała, by dzieciństwo jej syna było iście tęczowe. Naokoło malca rozstawione były różnego rodzaju zabawki. Niektóre grały, a inne grzechotały, gdy uderzał w nie rączką lub nóżką. Bez problemu przekręcał się już na brzuszek, zdarzało się, że samodzielnie usiadł. Nie raczkował. Czołgał się niczym żołnierz.

Półroczny Iwan doczołgał się do matki, a ta natychmiast przerwała poprzednie zajęcie i wzięła go na ręce. Nie chciała, by uderzył się o twarde płytki. W całym mieszkaniu podłoga wyłożona była kaflami. Nigdzie nie było paneli, drewna ani dywanu.

Sara wcisnęła w dłonie syna butelkę z soczkiem. Pomogła mu ją odpowiednio przytrzymać. Z namacalną miłością w oczach parzyła, jak pije, jakby właśnie robił coś niewyobrażalnego i wyjątkowego. Bez wątpienia go kochała. Co jakiś czas sprawdzała czy chłopiec nadal gorączkuje. Cieszyła się, bo leki zaczęły działać.

Dzień wcześniej, zaraz po wyjściu klienta, Sara obiecała sobie, że nigdy więcej nie wyda wszystkiego, co do grosza, rozumiejąc, że musi mieć jakieś zabezpieczenie na wypadek nagłych zdarzeń czy choroby syna. Zdawała sobie sprawę, że gdyby nie nagły przyjazd Javiera do Polski i chęć spotkania się z nią, to ona nawet nie miałaby za co wykupić leków. Jednak z drugiej strony, odłożenie choćby dziesięciu złotych, było w jej przypadku niezwykle trudne, niemal niemożliwe.

Sara otrzymała mieszkanie po matce. Nie zrzekła się majątku. Wraz z nim przyjęła także długi. Wiedziała o nich, ale nie miała możliwości postąpić inaczej. Wynajem wcale nie byłby tańszy niż spłacanie windykatorów i komorników.

Iwan miał cztery miesiące, gdy babcia zmarła, a Sara zastanawiała się, co zrobić. Rozważała oddanie syna do żłobka i podjęcie pracy, ale po przekalkulowaniu wszystkiego, okazało się, że wtedy miałaby mniej pieniędzy niż w sytuacji obecnej. Poza tym, znalezienie takiej pracy, która dawałaby możliwość zaprowadzenia dziecka do żłobka i odebrania go, graniczyło z cudem. W Kaliszu szukano niewolników, a nie pracowników. Zwłaszcza, gdy nie miało się wykształcenia. A Sara nie miała wykształcenia, dopiero co je zdobywała.

Sara zdecydowała się więc dogadać z sąsiadką. Była to bezrobotna kobieta z piątką dzieci na głowie i mężem alkoholikiem. Nie życzyła sobie, by Iwan przebywał u nich w domu, ale nie widziała niczego złego w posłaniu go na spacer z tą kobietą lub jej starszymi córkami. Takie cztery lub pięć godzin tygodniowo dawały Sarze możliwość zarobić i być z dzieckiem, bez konieczności porzucania go na pastwę obcych ludzi po kilka godzin każdego dnia, pięć dni w tygodniu.

Tak naprawdę seks za pieniądze nie był dla Sary pierwszyzną. Wykonywała ten zawód już wcześniej, w Łodzi, gdy pracowała w klubie ze striptizem. Nie tańczyła. Nie lubiła tego robić. Nawet nie potrafiła. Stała za barem i donosiła drinki, będąc ubraną jedynie w skąpą bieliznę, czasami w same koronkowe, czarne lub złote stringi. To tam i wtedy trafili jej się pierwsi klienci. Pieniądze może i nie były duże, ale za to były szybkie. I jeszcze szybciej się wydawały.

Sara wtedy nigdy się nie zabezpieczała, jakby igrała z ogniem. W rzeczywistości nawet nie brała pod uwagę, że może się czymś zarazić. Odpierała tę ewentualność od siebie możliwie jak najdalej. Nie rozmyślała o niej. Zaś jeśli chodziło o ciążę, to chciała w niej być. Pragnęła kiedyś urodzić dziecko. Mieć kogoś na własność. Kogoś do kochania.

***

Szymon był od Sary zupełnie różny. On w przeciwieństwie do niej nie planował samotnego rodzicielstwa. Właściwie to wcale nie planował dzieci. Lena się mu zdarzyła, a że byli już z Kamilą w odpowiednim wieku, to zdecydowali się na szybkie zaślubiny i wspólne zamieszkanie.

Tak naprawdę, mężczyzna zupełnie nie nadawał się do rodzinnego życia. Ciągnęło go do wszystkiego, co możliwie jak najbardziej oddalało go od domu. Często pił. Dużo pracował. Uprawiał regularnie sport. Wracał nocami, brał prysznic i biegł na siłownie. Piękna żona i mała córeczka były dopełnieniem jego niemalże idealnego, choć pospolitego wizerunku. W rzeczywistości nigdy się nimi szczególnie nie interesował. Nie wiedział jakie są ulubione kwiaty Kamili. Długi czas nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki Lena lubi kolor.

Szymon, po śmierci żony, wciąż i nieustannie uciekał w pracę. Jego ojciec przy każdej okazji wypominał mu, że bywa w domu jeszcze rzadziej, niż za czasów, gdy Kamila żyła. Tak naprawdę, Szymonowi w ten sposób było łatwiej. Nie chciał odbierać Lenie jeszcze ojca, skoro Bóg śmiał odebrać jej matkę, ale nie palił się do tego, by się nią zajmować. Uważał, że nie potrafi tego robić. Szybko się irytował. Zdarzało się, że tracił cierpliwość.

Lena wcale nie ułatwiała ojcu zadania. Nie była typem cichej i spokojnej dziewczynki. Cała rodzina często żartowała, że Lena powinna urodzić się chłopcem. Szymon się z tym zgadzał. Uważał, że z synem byłoby mu łatwiej sobie poradzić. Kobiet nie lubił. Denerwowały go szczebiotaniem bezsensu, zbyt wysokimi wymaganiami, kapryśnością i tupaniem nóżkami. Tak naprawdę nie wierzył, że dziewczynka może być inna. I Lena nie była inna. Odziedziczyła wszystkie możliwe negatywne cechy po swojej matce, a do tego była aktywna, krzykliwa i nerwowa jak jej ojciec.

***

Szymon, siedząc nad papierami, starał się skupić. Ignorował płacz córki. Nie czuł się winny. Uważał, że ojcowskie lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a mała od dwóch dni działa mu na nerwy. Poza tym, nie lubił sprzeciwu. Należał do tych co, gdy byli w złym humorze, to mówili raz i nie mieli w zwyczaju się powtarzać.

Patrząc na zdjęcia z miejsca, w którym znaleziona została pobita dziewczyna i przypominając sobie rozmowę z jej matką, chciał zrozumieć, dlaczego ukrywała miejsce swojej pracy. Nie wiedział też jakim cudem udało jej się ukryć ciążę i po co to robiła. Największą zagadką jednak było jej dziecko. Nie miał pewności, czy przeżyło. Nie miał nawet przypuszczeń, gdzie mogłoby się obecnie znajdować.

Szymon zadzwonił do Piotra. Zapytał się czy ma czas pokręcić się po miejscach, w których PWT (Panna Wielka Tajemnica) bywała. Postanowił też jeszcze raz odwiedzić jej matkę. Nie chciał zostawić Leny samej, zwłaszcza po tym co nawyczyniała ostatnio pod jego nieobecność. Tak naprawdę tego dniowe marudzenie tylko przelało czarę goryczy, którą dzień wcześniej dziewczynka napełniła.

– Ubieraj się! – wrzasnął do córki i wstał z kanapy. Rzucony wcześniej na ławę pasek, wsunął w szlufki dżinsów i zapiął. Sięgnął po paczkę papierosów, ukrytą w kieszeni zimowej kurtki. – Idę zapalić! – poinformował, niemal sylabizując. – Jak wrócę, masz być ubrana i na mnie czekać! – dodał, jednocześnie otwierając drzwi.

Wyszedł na klatkę schodową, pozostawiając zapłakane dziecko, rozebrane od pasa w dół, samo. Jeszcze nim dotarł do okna i je otworzył, to już sięgnął do zapalniczki. Ta ledwie puszczała iskry. Nie mógł odpalić. Potrząsał nią. Klął pod nosem.

– Dzień dobry – usłyszał za plecami.

Odwrócił się w stronę głosu i dźwięku skrzypienia. Sara stała u szczytu schodów. Podpierała jedno skrzydło starych drzwi taboretem. Nie chciała, by się zamknęły, na wypadek, jakby Iwan się zbudził i zapłakał.

– Dzień dobry – odpowiedział jej cicho, ale chrapliwie, nieco nieuprzejmie. Powrócił do odpalania papierosa. Męczył się zapalniczką, w której gazu prawie już nie było.

Sara odpaliła papierosa zapałkami. Na jej myśl wstąpiły stare czasy, gdy jako gówniara z podstawówki zawsze głosiła, iż szlachta odpala drewnem. Jakiś czas stała na piętrze, wsparta o drewnianą barierkę. W końcu jednak zeszła na dół i stanęła naprzeciw okna, dwa kroki od niego. Dwa kroki od Szymona.

– Proszę – powiedziała i zbliżyła się na tyle, by móc położyć zapałki na drewnianej balustradzie, sięgającej do trzy czwarte okna, tuż przy jego dużej dłoni. Okna na klatkach schodowych w tej kamienicy zaczynały się od samej ziemi.

– Dzięki – odparł i łypnął na nią spojrzeniem, które wyrażało jak bardzo jej nie lubi.

Tak naprawdę tych dwoje miało z sobą styczność nieraz, ale pierwszy szczególnie utkwił im w pamięci. Spotkali się na komisariacie. To on ją przesłuchiwał. Nie była wtedy jeszcze jego sąsiadką i nawet nie spodziewał się, że kiedyś taki zbieg okoliczności może mu się przytrafić. Może dlatego nie powstrzymał się i na jej bezczelność odpowiedział chwilową awarią kamery i silnym uderzeniem w twarz.

I może nawet i chciał ją za to przeprosić. Wytłumaczyć, że wtedy w domu mu się nie układało, że dopiero co pokłócił się z żoną, a ona mu się napatoczyła wraz ze swoją zgrają. Zirytowała go. Zmusiła do podniesienia ręki, bo jako policjant nie miał szansy wzbudzić w niej szacunku, mógł więc opierać się jedynie na wywołaniu w niej strachu.

Tamtego dnia, paląc na klatce schodowej, oddając jej zapałki, zdecydował się jednak na coś innego niż przeprosiny.

– Prosiłbym, by twoi klienci, nie pukali do moich drzwi – rzekł.

Sara uśmiechnęła się, maskując tym lekkie skrępowania.

– Prosiłabym nie słyszeć płaczu twojej córki przez ścianę – odbiła piłeczkę i zaciągnęła się nikotyną, choć nieczęsto to robiła. Palenie uspokajało ją, ale poprzez samo trzymanie papierosa w dłoni, zabawę nim, a nie przez dostarczanie trujących substancji do płuc.

– Nie wtrącaj się – warknął.

Wzruszyła jednym ramieniem. Oparła się o poręcz schodów. Uśmiechnęła się.

– Dobrze. Następnym razem wtrąci się ktoś inny – oznajmiła spokojnie, melodyjnie.

– Wezwiesz policjantów na policjanta? – nie dowierzał. – Spróbuj – niemal ją zachęcał.

– Nie jest pan bezkarny. Nie ma ludzi bezkarnych – starała się mu uświadomić.

– Ja nie wtrącam się do twojej pracy – zaakcentował w specyficzny sposób ostatnie słowo. – Trzy kroi w bok i piętnaście do tyłu od mojej rodziny. Nie mieszaj się do wychowywania cudzych dzieci. Wychowuj własne.

Przyznała mu rację potaknięciem. Zgadzała się z nim, ale tylko co do ostatniego zdania. Chciała przede wszystkim wychować własne dziecko i nie lubiła cudzych. Jednak to wcale nie znaczyło, że potrafiła być bierna na ich cierpienie i nie reagować na ich płacz.

– Nie groź mi – uprzedził ją, gdy tylko lekko rozwarła usta. Podszedł do niej, by oddać jej zapałki.

– A co mi zrobisz? Tkniesz mnie jak wtedy? – zapytała, patrząc na wyciągniętą w jej stronę rękę i małe, kartonowe opakowanie.

– Nie mam ochoty ciebie tykać. Nie miałem wtedy i tym bardziej nie mam teraz – oznajmił i nim wyciągnęła dłoń po swoją własność, upuścił ją na ziemię.

Zapałki złowrogo zagrzechotały w kartonowym pudełku, gdy to zderzyło się z drewnianą podłogą. Szymon wszedł na schody. Kierował się w górę, stopień po stopniu, niespiesznie.

– Zapewniam, że nie brzydzisz się mną bardziej, niż ja tobą – powiedziała cicho, jakby mówiła sama do siebie, ale w taki sposób, by i on mógł to usłyszeć.

Miał ochotę się do niej wrócić. W tamtej chwili wydawało mu się, że ze wszystkich kobiet, ta jedna, wkurwia go najbardziej. Zaniechał jednak swoich pobudek. Wszedł do domu. Nie trzasnął drzwiami. Założył buty i kurtkę. Krzyknął na Lenę, informując w ten sposób dziewczynkę, że wychodzą. Nie chciał, by się zbyt długo grzebała. Spieszył się. Nie lubił czekać.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz