11 marca 2026

Na kartkach pamiętnika – Wpis trzeci

          

To musiał być prawdziwy wilkołak


Clara

Mijał rok od śmierci Cristiana. Filippo zamknął się w sobie i jedynym czym się zajmował było budowanie statków. Pierwsze były z papieru, ale ten szybko namakał i przez to statek się giął, leciał na boki, składał lub w ogóle topił w dużej, blaszanej misce czy w kałuży. Gdy akurat było po deszczu, to Filippo korzystał z jego dobrodziejstw i testował swoje wyroby na podwórkowych kałużach, a nie na przyniesionej ze studni wodzie. Obserwowałam jego poczynania, ale milczałam, bo on też prawie się nie odzywał. Był coraz starszy i należał do samotników. Wcześniej akceptował mnie jako swoją siostrę i Cristiana jako niemal brata, ale potem, po śmierci przyjaciela, akceptował już towarzystwo, tylko i wyłącznie, samego siebie.

Życie zaczynało dawać nam w kość. Burzliwa jesień sprawiła, że rzeka wylewała, pola i jego dobrodziejstwa gniły, a drewno było mokre i nie nadawało się do tego, by od razu wrzucić je na palenisko. W szopie też były dziury, przez co i ta przemakała. Ojciec chciał załatać dach, ale stan zdrowia, silne zapalenie płuc oraz angina mu na to nie pozwalały, a w tym czasie nie miał już na tyle pieniędzy, by zatrudniać dodatkowych pracowników. Nawet naszą mamkę oddelegowano.

Postanowiłam wyręczyć tatę. Postawiłam drabinę, wspierając ją o ścianę szopy i z młotkiem w jednej ręce, deskami pod pachą oraz gwoździami w spodniach Filippa, które czułam jakby zaraz miały ze mnie zlecieć, zaczęłam się wspinać coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotarłam na dach. Niestety, kiedy się na niego wspinałam, to trąciłam nogą o koniec drabiny, przez co ta poleciała i z hukiem upadła na ziemię. Ja byłam na dachu, a gwoździe, dachówki i młotek ze mną. Mogłam brać się do roboty, ale nie miałam pojęcia jak, po jej ukończeniu, znaleźć się z powrotem na dole. Postanowiłam na chwilę obecną się tym nie przejmować i pierw załatać wszystkie dziury. Wzięłam się do pracy.

Siedząc na dachu, widzi się dalej i więcej, niż w chwili, gdy stopami dotyka się ziemi. I ja dalej i więcej widziałam. Obserwowałam liście, które tańczyły na wietrze oraz chłopców jeżdżących konno, prześcigających się. Moje serce ścisnęła jakaś niewidzialna pięść, w chwili, gdy jeden z młodzieńców pędził wprost na ogrodzenie. Zamknęłam oczy i oczekiwałam krzyku, płaczu, wierzgania poranionego konia. Nic takiego nie nastało. Kiedy ponownie otworzyłam oczy, chłopiec i jego wierzchowiec byli już po drugiej stronie. Z takiej odległości nie widziałam uśmiechu ani blasku w oczach tego niemal już mężczyzny, ale teraz, po latach, jestem pewna, że był z siebie tak dziko dumny, iż dołeczki pojawiały się w jego policzkach, zmarszczki radości przy oczach, a w samych źrenicach tańczyły niesforne chochliki.

Młodzieniec na koniu zmierzał w stronę naszego domostwa. Zauważył drabinę leżącą na ziemi. Zadarł głowę do góry i dostrzegając mnie, stojącą na dachu szopy, wyraźnie zakpił samą mimiką. Zszedł z konia i wrzasnął:

– Ahoj!

Odkrzyknęłam mu dokładnie to samo, czym nie wiem do dzisiaj, dlaczego, ale jeszcze mocniej wprawiłam go w nastrój idealny do wyśmiewania małej mnie. Sięgnął jednak po drabinę i postawił ją tak, bym mogła po niej zejść.

– Ale ja jeszcze nie skończyłam! – odkrzyknęłam na jego niemiłe, pełne odrazy: zleź.

Widziałam, jak zdejmuje czarne, skórzane rękawiczki i odkłada je na siodło. Potem chwycił dłońmi najwyższego szczebla, do którego tylko dał radę dosięgnąć i wdrapał się na samą górę. Dopiero wtedy, gdy był tak blisko mnie i mogłam w pełni przyjrzeć się jego twarzy, dostrzegłam, iż był to ten chłopak od węgla. Ten sam, przez którego dostałam lanie. Pamiętałam też, że poprzysięgłam się za to zemścić, dlatego kiedy dotknął dłońmi dachu, by móc się podciągnąć i na niego wejść, ja trzasnęłam młotkiem w jego palce.

– Łapska precz! – wrzasnęłam, gdy krzyknął coś niezrozumiałego, jednocześnie sycząc z bólu.

– Szczeniara – warknął przez zęby i w sekundę znalazł się kolanami na dachu.

Nawet nie spostrzegłam, kiedy wyrwał młotek z mojej dłoni i mocno ścisnął za drobne nadgarstki.

Obserwował moją dziecięcą twarz, bardzo mocno koncentrując się na barwie mych tęczówek, która, swoją drogą, była zupełnie nijaka, ni to piwna, ni zielona. Był wściekły. Zastanawiałam się, czy rozmyśla na jak wiele sposobów mnie ukatrupić, czy stara się powściągnąć gniew, by nie wyrzucić mną poza granice dachu i nie obserwować z uśmiechem sadysty na ustach, jak spadam w otchłań i uderzam całym ciałem o twardą ziemię, tylko po to, by ta potem mnie zasypała. Zupełnie tak jak Cristiano, kiedy już zamknęli go w małym, białym pudełku z czarnym krzyżykiem na wieku.

Arturo, bo tak było na imię młodzieńcowi, przełykał ślinę i zaciskał zęby, niczym pies szykujący się do ataku. Kilka żyłek na jego szyi uwidoczniło się i nabrało sinawej, niekiedy niebieskiej i zielonej barwy. Moje małe rączki bolały, puchły i siniaczyły się pod wpływem jego silnego uścisku. Miałam ochotę krzyknąć, ale język zdawał się zapomnieć w jaki sposób ma się poruszać. Skupiłam wzrok na spince wpiętej w wiązanie chabrowego krawatu, który Arturo miał na sobie. Nie wyglądał już jak chłopiec od węgla, a prawdziwy panicz w idealnie skrojonym na miarę, granatowym garniturze oraz czarnej koszuli. Nie miał płaszcza ani żadnej kapoki. Dziwiło mnie to, bo na dworze nie było ciepło, było bardzo wietrznie, a jego chroniło tylko to mizerne ubranie oraz rękawiczki. Odważyłam się zapytać:

– Nie jest tobie zimno? Drżysz.

– To ze złości na pewną smarkulę! – odwarknął i pchnął mną z taką siłą, że plecami uderzyłam o dachówki, na które upadłam.

Stłumiłam ochotę rozpłakania się, choć obdarty łokieć i sińce bolały jak wszyscy diabli.

– Zawsze, kiedy się złościsz, to jest ci zimno? – dopytywałam. – W takim razie powinieneś mieć zawsze przy sobie płaszczyk – dopowiedziałam, gdy on wstał na równe nogi i podszedł do brzegu dachu.

Obserwowałam, jak odpalał wąskie cygaro i dziwiłam się wtedy, że tak młodo zaczął palić.

– Co ty masz z tym zimnem? – zapytał, ale ja nie udzieliłam na to odpowiedzi. – Mam lęk wysokości – wyznał. – Moja matka... nieważne – szepnął cicho.

– Trzęsiesz się, bo boisz się wysokości? – Usiadłam wygodniej i wpatrywałam się w znacznie szersze, niż u mojego brata i chłopców jakich znałam, ramiona.

Arturo odwrócił się w moją stronę, wypuścił dym i ponownie drżącą dłonią zbliżył ustnik, tego śmierdzącego starym szczurem okropieństwa, do trzęsących się warg. Zaciągnął się i znowu wypuścił smród ze swojej paszczy. Jego ciemne, ale nie do końca czarne włosy powiewały na wietrze, podobnie jak dół rozpiętej marynarki i wysuniętej ze spodni koszuli. Nie umiem określić, czy był ładny. Mnie wtedy się zupełnie nie podobał, bo mnie nie lubił, więc ja za nim też nie przepadałam. Z resztą, on wcale nie przypominał Cristiana ani Filippa. Ani nikogo mi znanego nie przypominał. Miał dziwne oczy, takie mocno szare, że chwilami zachodzące mgłą czerni. Kojarzył mi się z wilkołakami, którymi straszyła mnie mama, gdy nie chciałam zasnąć. Miał nawet kły, gdy się uśmiechał. Choć wujek Tommaso miał podobne i mówił, że takie już mu zęby wyrosły, a nie miał serca ich nigdy spiłować, ale zapewniał mnie, przy okazji, że nigdy nie zamienił się w wilka, nawet wtedy, gdy księżyc był w pełni. Nie słuchałam już zbytnio o tym księżycu i przemianie w wilka, bo byłam zaintrygowana faktem, że zęby można piłować, gdy się chce i ma się do tego serce.

Arturo wyrzucił cygaro poza dach szopy. Obejrzał swoje opuchnięte i krwawiące palce, czemu winna byłam ja i młotek, którym go trzepnęłam. Dziwiłam się, że nie płakał. Ja bym płakała, gdyby ktoś mnie z taką brutalnością i siłą potraktował, ale on nie ronił łez, jakby nie odczuwał bólu. To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z prawdziwym wilkołakiem.

– Ojciec zabrał moje wierzchnie ubrania, naiwnie sądząc, że bez odpowiedniej odzieży nie wyjdę, bo nie będę tak głupi, by samemu chcieć zachorować.

– Ale ty jesteś tak głupi, prawda? – zapytałam bez skrępowania.

Zaśmiał się.

– Chcę zachorować – wyznał wtedy.

– Lubisz być chory? – wypowiedziałam to pytanie na głos, a chwilę po tym zwątpiłam w jego sens. Nikt przecież nie lubił chorować, bo nie czuł się wtedy dobrze.

– Nic nie rozumiesz, głupia dziewucho! – warknął. – Choroba, to jedyny sposób, by umrzeć, bez konieczności stawiania czoła swemu strachowi przed samą śmiercią. – Podszedł do mnie i chwycił mnie za ramię. Pchnął w kierunku drabiny. – Schodzisz pierwsza! – polecił bardzo ostrym tonem.

Odwróciłam się i nadepnęłam na jego stopę. O mało się przy tym nie zachwiałam i nie spadłam.

Arturo syknął i ponownie złapał za moje nadgarstki. Ścisnął. Tak samo jak poprzednio jego ból trwał krótką chwilę, a przynajmniej tyle wyczytałam z mimiki jeszcze wciąż chłopięcej twarzy.

A więc mój test się sprawdził i Arturo naprawdę nie jest człowiekiem – tak wtedy sobie myślałam. A on nic sobie z mych myśli nie robił, choć wydawało mi się, że musi je słyszeć, bo przecież wilkołaki czytały ludziom w myślach.

Ten wilkołak mną potrząsał, do czasu, dopóki nie zjawił się jakiś pan, siwy i z brodą równie siwą co jego włosy. Nie wiedziałam, że to był dziadek chłopca, ale kiedy do tego pana dołączył inny pan, łudząco podobny do Artura, który mnie nieustannie krzywdził, to wydarłam się na całe gardło.

Mnie ściągnięto na dół, a matka, która przybiegła mi na ratunek, szybko mnie przytuliła i zaczęła ocierać łzy, które nieposłusznie, bez mojej zgody, toczyły się samoistnie po mych pyzatych i poczerwieniałych z zimna oraz gniewu policzkach. Wtedy skłamałam, że to Arturo mnie tam, na ten dach zabrał, a potem chciał sam zejść po drabinie, zabrać ją i mnie tam, na górze, na wieczne zapomnienie pozostawić. Z satysfakcją patrzyłam, jak chłopiec obrywa od ojca tak silny policzek, że ten aż zwala go z nóg, a potem, gdy wstaje i otrzymuje kolejny. Na tym się skończyło, zabrali go i miałam nadzieję, że więcej nie będzie mnie niepokoił. Bałam się wilkołaków.

Jednak wieczorem, gdy zasypiałam, przyszło mi do głowy pytanie, że co, jeśli Arturo to nie jest prawdziwy wilkołak, tylko normalny, starszy ode mnie o kilka lat, chłopiec? Zaczynały nachodzić mnie myśli, spowodowane wyrzutami sumienia, które powstały z powodu mojego kłamstewka. W końcu, nawet jeśli to był prawdziwy, młody wilkołak, to jego też musiało boleć jak tata go bił. Było mi go szkoda. Być może nawet chciałam go przeprosić, jednak na drugi dzień nie miałam czasu nawet o tym myśleć, bo przyjechali rodzice nieżyjącego Cristiana. Zarówno na Gustava, jak i na jego żonę – Camillę – mówiłam wujek i ciocia. Państwo Morelli zaproponowali, że zabiorą mnie i Filippa do siebie na okres tygodnia. Rodzice się zgodzili, wiedząc, że w ten sposób ulżą im w bólu, w tych dniach, w których równy rok temu stracili syna.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz