12 marca 2026

Arena – Prolog

  

Nataniel


Za dwiema rzekami, pięcioma górami i ciemnym lasem znajdowała się piękna kraina. Czas tam zdawał się stać w miejscu i być łaskawym dla swych mieszkańców. Mężczyźni chodzili na polowania, a potem wracali do swych drewnianych lub przypominających namioty chatek. Powracali do kochających żon i beztroskich dzieci, które często do późna bawiły się wokół ogniska, nie zważając na uprzedzenia rodziców, by uważali, bo mogą się sparzyć.

Mały, ciemnowłosy, pięcioletni Nataniel był jednym z takich właśnie dzieci. Zawsze chciał być wszędzie pierwszy, bez ustanku się spieszył i nie słuchał niczyich przestróg. Uśmiech nie schodził mu z buzi, gdy wojował na drewniane miecze ze starszym bratem i jego przyjaciółmi. Ani chłopiec, ani jego rodzice, ani nikt mieszkający nieopodal nie mogli podejrzewać, że ich wioska jest obserwowana przez złych, chciwych, rządnych władzy ludzi.

Kilka tysięcy kilometrów dalej, za dużą wodą, znajdowały się trzy wyspy. Ich władcy regularnie się spotykali w centralnej z nich, na wielkiej arenie, gdzie rozgrywały się walki pojmanych niewolników lub biednych chłopców, którzy zwabieni szybkim, choć bezlitosnym, sposobem zdobycia lepszego statusu społecznego, sami się godzili na to, by być zwierzęciem estradowym i mordować, byleby nie zostać zamordowanym.

Władcą wyspy o nazwie Aldain, na której znajdowała się wspomniana przeze mnie arena był potężny, choć despotyczny, Garido. Mężczyzna bardzo szybko owdowiał i posiadał tylko dwie słabości – zwycięstwo mimo wszystko i swoją jedyną piękną córkę – Aurorę, którą rozpieszczał, na każdy z możliwych sposobów, chcąc jej w ten sposób wynagrodzić brak matki, utraconej we wczesnym dzieciństwie.

Na arenie właśnie toczyła się kolejna walka, na którą możni wysp postawili wielkie fortuny – część skolonizowanych przez nich obszarów. Garido liczył na wygraną i miał już plan, jak zainwestować zyskane dobra. Wystawił do walki dwudziestoletniego młodzieńca, który od ośmiu lat ciężko trenował i dotychczas nie przegrał żadnej walki z zawodnikami zachodniej wyspy, ale wschód był o wiele groźniejszym przeciwnikiem. Garido ani żaden z jego doradców tego nie przewidzieli. Nawet się nie starali. Woleli żyć nadzieją i wierzyć w wygraną.

Tłum podniósł krzyk, kobiety zasłoniły oczy, a władca Aldain szpetnie zaklął pod nosem, widząc jak jego najlepszy wojownik traci rękę i wykrwawia się na samym środku areny, na oczach kilku tysięcy ludzi.

– Mamy go zabrać i zatamować krwawienie, panie? – zapytał Tristan, był prawą ręką Garida i bardzo liczył na to, że kiedyś po przez ślub z Aurorą staną się rodziną. Aurora jednak była jeszcze za mała, by myśleć o małżeństwie. Miła zaledwie trzy lata.

– Nie – odpowiedział Garido i pokręcił głową. – Zostawcie go, niech zdycha jak pies. Po co mi wojownik bez ręki?

– Może chociaż skróćmy jego cierpienie, panie – nalegał drugi doradca o wdzięcznym imieniu Samuel.

– Nie, powiedziałem nie – postanowił i bez cienie skrupułów patrzył jak dwudziestoletni chłopiec, mający przecież przed sobą jeszcze całe życie i plany na założenie rodziny, umiera.

W wiosce, której częścią społeczności był Nataniel, nikt nie wiedział o organizowanych na arenie walkach. Mieszkańcy nawet nie słyszeli o istnieniu takich wysp jak Aldain, Padero czy Tander. U nich życie toczyło się wolno. Było biedne, ale spokojnie. Nie pragnęli niczego więcej, a zwłaszcza za cenę okrucieństwa. Jedynie czasami mali chłopcy marzyli, że będą jak rycerze z opowiadanych przez starsze panie–babcie opowieści, często bawili się w ratowanie księżniczki z rąk złego króla i toczyli walki na drewniane miecze albo przeciąganie liny. Nikt z dorosłych się tym nie przejmował, bo były to tylko dzieci, a te w końcu dorastały i zapominały o marzeniach z dzieciństwa.

Wysłannicy Garida siedzieli zamaskowani na jednym z drzew i obserwowali jedną z takich dziecięcych walk. Mały chłopiec, choć był właściwie najmłodszy i najniższy z obecnych, potrafił, jak na swój wiek, doskonale władać drewnianym narzędziem. Właśnie zbliżało się do niego trzech kolejnych przeciwników, a on rozprawił się z pierwszym z nich pchnięciem, drugiemu podciął łydki mieczem, a trzeciego kopnął w brzuch. Niestety zaraz po tym stracił równowagę i upadł na piasek, ręką zahaczając o kilka płomieni wydobywających się z ogniska.

Zapłakał, jak to dziecko, a matka zaraz znalazła się przy nim i zaniosła do namiotu. Położyła chłopca na jednym z materacy i poszła tylko przygotować kompres na ranę. Kiedy wróciła z miską i strzępkiem materiału w niej, Nataniela już nie było. Z początku myślała, że chłopiec, jak zazwyczaj, na przekór wszystkim uczynił po swojemu, więc nawet nie przyszło jej do głowy, by szukać malca. W końcu jednak, gdy Nataniel długi czas nie wracał, zdecydowała się przejść po okolicznych chatkach. Wypytywała sąsiadów. Wkrótce rozpoczęły się poszukiwania. Podejrzewali, że chłopiec się zgubił, albo gdzieś zasłabł, może się uderzył i płacze skulony pod drzewem. Pocieszali się nawzajem, że przecież nie mógł odejść daleko, a on w tym czasie był już na łodzi, w drodze na wyspę – Aldain.

Kiedy następnego dnia, z samego rana, Garido zobaczył nowy nabytek swoich wysłanników, nie mógł powstrzymać śmiechu. W końcu jednak się opanował, spojrzał na zapłakanego chłopca i wrzasnął na swoich ludzi:

– Mieliście mi dostarczyć wojownika! Silnego chłopca, a nie czterolatka w majtkach! Przecież on ledwie stoi, trzęsie się jak osika. Wrzućcie go do wody, tylko odpłyńcie daleko, kto to wie, czy skoro taki mały, to go woda nie utrzyma.

– Królu, ale pan nie widział, jak on włada mieczem. Jest silny. Ma dobre geny, widzieliśmy jego ojca i jego braci. Za dziesięć lat, jeśli będzie solidnie trenował, przerośnie tych z wyspy Padero. Jestem o tym święcie przekonany.

– On może mieć rację – poparł jasnego blondyna ciemnowłosy Tristan.

– Wy chyba nie sądzicie, że będę utrzymywał nic niewarte dziecko, na którym nawet nie wiadomo, czy zarobię.

– Możemy to sprawdzić, panie – zaproponował Tristan. – Wrzućmy chłopaka do klatki z dzikim psem. Dajmy dzieciakowi nóż. Jeśli przeżyje, będę z nim trenował i wychowam na zabójcę, jeśli jednak umrze, to problem z głowy, pożrą go ryby albo sam pies nawet kości nie ostawi.

Garidowi ten pomysł wydał się nie tyle dobry, co fascynujący. Bardzo chciał zobaczyć walkę kilkulatka ze zwierzęciem. Chwycił więc chłopca za przydługie włosy i szarpnięciem zaciągnął do podziemnej komnaty. Wcisnął w dłoń malca niewielkie ostrze, przypominające sztylet i pchnął go do głodnego Hermesa – psa o naprawdę dużym pysku i ostrych zębach.

Mały Nataniel obejrzał się do tyłu, a potem uskoczył, aby zwierzę go nie dopadło. Kilka razy przyglądał się jak ojciec i inni mężczyźni polowali, dzięki czemu wiedział, gdzie zadać cios. Skoncentrował się, patrzył wyłącznie na cel i jednym zdecydowanym ruchem poderżnął czworonogowi gardło. Odetchnął z ulgą, bo przecież żył, ale dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że sztylet wypadł z jego dziecięcej dłoni, a oczy zaszły łzami, które wkrótce wypłynęły na pucołowate policzki. Już wtedy zdał sobie sprawę, że nie ucieknie, że nigdy nie wróci do domu, i że to nie jest jeden ze złych snów. Był w innym świecie i został zmuszony, by zastosować się do jego brutalnych reguł.

Musiał to zrobić, jeśli chciał przeżyć.


Więcej informacji


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz