11 marca 2026

Na kartkach pamiętnika – Wpis drugi

         

Tajemnica zakazanej rzeki


Clara

Jako dziecko zawsze się smuciłam, kiedy Cristiano wyjeżdżał albo kiedy my – ja i Filippo – musieliśmy wracać ze wsi do domu. Nie było miesiąca, byśmy nie widzieli się choćby przez jeden, krótki dzień. Czymże jednak jest dzień dla małego dziecka, zwłaszcza jeśliby równać go do ponad dwudziestu siedmiu długich dni i nocy? Jest jakimś maleństwem, kropeczką na morzu białej stronicy, jedną cyfrą na taką ich ilość w kalendarzu. Przez te wszystkie dni, kiedy Cristiana z nami nie było, szukaliśmy z nim kontaktu na różne sposoby. Raz nawet wrzuciliśmy butelkę, z listem umieszczonym w jej wnętrzu, wprost do rzeki, mając nadzieję, iż ta do niego dopłynie. Nie było nam dane się o tym przekonać, gdyż nie zakorkowaliśmy jej i butelka poszła na dno na naszych oczach, a wraz z sobą zabrała nasze gryzmoły. Właściwie, to moje gryzmoły, gdyż Filippo, jak na pedanta przystało, stawiał ładne, zgrabne, pełne litery. Ja pisałam jak kura pazurem – przynajmniej tak mówiła nasza mamka.

Naszą mamką była Elena. Nie byliśmy szczególnie bogaci, ale też nie należeliśmy do biednych, dlatego w naszym domu była służba, choć nieliczna. Była kucharka, która w wolnych chwilach robiła przetwory, służąca, która sprzątała po nas bałagan i cerowała nasze ubrania oraz właśnie pani Elena. Kobieta ta miała za zadanie nas co rano odziać, nakarmić, następnie czegoś nauczyć, znowu nakarmić, dać nam się pobawić i przywołać nas na obiadokolacje, wcześniej doprowadzając do porządku oraz, na koniec, umyć i położyć spać. Jej życie miało ramy i rytm, bo zawierało monotonię. Jak nietrudno się domyślić, często staraliśmy się wprowadzić nieco życia i pogody ducha do jej, rozpisanego na podpunkty, planu dnia. Wydawało nam się, że to przez wykonywanie w kółko tych samych czynności jest taka przygnębiona, nieustępliwa i surowa. Sądziliśmy, że gdy się zakocha, założy rodzinę i będzie miała swoje własne dzieci, to nami będzie zajmowała się od święta, a wtedy, całe dnie i noce, będziemy mogli biegać po pobliskich lasach i łąkach oraz, oczywiście, chodzić nad rzekę, nad którą mieliśmy zakazane się bawić.

Rzeka, która przepływała przez nasze miasteczko, to była ta sama, która płynęła także przez pobliską głęboką wieś, tę samą, z której pochodził Cristiano. Wioska się jednak kończyła, a rzeka rozwidlała. Jedna strona prowadziła za granicę, a druga do kolejnych wsi i miast, które nadały jej już inną, moim zdaniem, znacznie brzydszą od naszej Charlot, nazwę.

Za czasów mojego dzieciństwa, rzeka ta była tematem tabu, a nam – maluchom – wmawiano, iż nie możemy nad nią się bawić z tego powodu, by czasami nie przyszło nam do głów, by w niej pływać i byśmy się nie potopili. Oczywiście kłamano, choć może nie do końca było to kłamstwem. Zwyczajnie nie był to jedyny powód. Tłumaczono nam więc, że mamy czekać na to, aż wybierzemy się na wieś, do państwa Morellich, i że tam są stawy, w których będzie nam wolno zażywać kąpieli i się w nich pluskać. Cristiano, choć najmłodszy z nas, jako pierwszy nauczył się pływać, ale to tylko dlatego, że większą część roku spędzał na wsi, tej ze stawami, a nie tak jak my – we wsio–miasteczku z zakazaną rzeką, płynącą przy krańcu lasu.

Dlaczego rzeka należała do miejsc zakazanych? Była drogą przemytniczą. To po niej płynęły hektolitry nielegalnego alkoholu i tony tytoniu. Rodzice zabraniali tam chodzić dzieciom nie dlatego, że przemytnicy mogliby im zrobić krzywdę, a przez to, że dzieci zazwyczaj miewały długie języki i udając się do centrum miasteczka, gdzie mieścił się targ i cukiernia, mogłyby wypaplać nawet takie szczegóły, jak to w jakich godzinach organizowane są przewozy oraz, jak one dokładnie wyglądają. Policja wtedy wpadłaby na trop przemytniczej rzeki, ustawiła swoich ludzi na jej brzegach, jak i na niej samej w wyznaczonych punktach, i rozbiła nielegalny gang czy też szajkę przestępców.

Pewnie każdy kto znajdzie ten pamiętnik, a potem przeczyta ten wpis, zastanowi się dłużej nad tym tematem i zapyta: Dlaczego mieszkańcom zależało na tym, by takowy gang przemytniczy istniał? Odpowiedź jest prostsza niż mogłoby się wydawać. Z nielegalnego alkoholu i tytoniu korzystali tu niemal wszyscy; karczmy, tawerny, większe posiadłości, w których organizowane były bale i koncerty. Oczywiście wszystko wcześniej było przelewane do oznakowanych butelek, które pozostały po tych legalnych trunkach. Z tytoniem było podobnie. Wszyscy o tym wiedzieli, nawet dzieci, choć dorośli, akurat w tym konkretnym przypadku, woleli nie dostrzegać naszej wiedzy. Wiedziała też policja, ale ta nieznająca źródła, z którego napływały ów nielegalne towary, nie mogła nic poradzić, by się ich pozbyć z obiegu.

W końcu jednak policja wzięła się na sposób i rzeką pływały patrole. Czynili to takimi specjalnymi, masywnymi łodziami. Zaczęły płynąć tego samego dnia, w którym Cristiano miał wracać na wieś, bo jego pobyt u nas dobiegał końca. Pamiętam jak dziś, że był to dwudziesty pierwszy września.

Teraz, z biegiem lat, wydaje mi się, że ktoś musiał policji donieść o jakimś wyjątkowo dużym transporcie, gdyż umundurowani wojskowi chodzili także wzdłuż rzeki i po pobliskim lesie. Chyba szukali kryjówki, w końcu nie dało się przepłynąć tak dużej ilości kilometrów bez postojów, choćby na rozprostowanie kości nóg i by dać odpocząć dłoniom od ciężkich wioseł. Nie wiem, dlaczego uważali, iż to akurat w naszym miasteczku musi dochodzić do postoju, ale nas jako dzieci, bardzo ciekawiło, czy mają rację. Podsłuchiwaliśmy więc rozmów służby, by w końcu samemu, we trójkę, udać się do lasku, wspiąć na najwyższe drzewo, takie zapewniające nam najlepszą widoczność, i wyczekiwać.

Wspinaczka na drzewo nie okazała się być dobrym pomysłem, bo Filippo spadł i łupnął o ziemię z taką siłą, że huk zapewne rozszedł się echem po całej okolicy. Mieliśmy wtedy po pięć, osiem i dziewięć lat. Nie wiedzieliśmy co robić, a mój starszy o rok braciszek zwijał się z bólu. Ja miałam łzy w oczach, a Cristiano mówił, że trzeba biec po pomoc, byle szybko. Mieliśmy już gnać na przód po kogoś z dorosłych, kiedy niespodziewanie z ust, płaczącego i stękającego dotąd Filippa, wydobył się pusty śmiech. Jak nietrudno się domyślić, drwił z nas, bo udało mu się spłatać nam psikusa, nabierając na swoje skaleczenie. Co prawda miał niewielką rankę na kolanie, po której toczyła się stróżka krwi, ale zupełnie się tym nie przejmował. Przykleił do niej na ślinę liścia i wtedy też wpadł na pomysł, by kilkoma z jesiennych liści obrzucić i nas. Cristiano się na niego rzucił, była to taka dziecięca, powszechnie znana, ale i niebezpieczna zabawa, bo upadki, jak wiadomo nie od dziś, bywały także tragiczne w skutkach. Wtedy też nie skończyło się to dla nas za wesoło, gdyż odkryliśmy właz. Taki właz jak do zejścia pod pokład, gdy się jest na statku albo taki, który umiejscowiony jest na poddaszu i za jego pomocą rozwija się schody. W odkrytym przez nas włazie, także znajdowały się schody. Były wąskie, strome i murowane. A miejsce, do którego prowadziły, jawiło się istną ciemnością, czarniejszą od samej smoły, którą mieliśmy okazję podziwiać, gdy robotnicy naprawiali dach sąsiadów, a było to zeszłego lata.

Jak nietrudno się domyślić, zdecydowaliśmy się tamtędy pójść. Odnaleźliśmy nawet pochodnię, a Filippo, który już wtedy podkradał ojcu papierosy, miał w kieszeni spodni zapałki. Dzięki oświetleniu przyjemniej się nam zwiedzało tamtejsze lochy. Takim mianem je określiliśmy. Udawaliśmy, że to nie dzieje się naprawdę, że to tylko taka zabawa w piratów poszukujących skarbów i wyobraźnia pozwoliła nam w to uwierzyć, a tym samym zamaskować strach. Nadal odrobinkę się lękaliśmy, ale to tylko w chwili, gdy przeszedł nam drogę szczur albo coś zaskrzypiało pod naszymi nogami. Śmialiśmy się potem sami z siebie, że wystraszyliśmy się takiego małego zwierzątka lub zwyczajnych odgłosów własnego stąpania.

Szliśmy więc dalej, niczym troje nieustraszonych piratów, ale bez szabli i rewolwerów. Dotarliśmy do pełnych beczek i skrzyń, było też kilka butelek. Wśród nas zapanowało milczenie, a potem usłyszeliśmy kroki, dużo kroków i psie ujadanie. Szczekające i warczące zwierzęta były coraz bliżej nas. Rzuciliśmy się do biegu, ale nie mieliśmy żadnych szans, gdy byliśmy skupieni w grupie. Zdecydowaliśmy się rozdzielić, biegnąc poprzez niemal całkowitą ciemność, do której wzrok już odrobinkę się przyzwyczaił.

Kiedy mnie udało się wyjść na powierzchnie, zupełnie w innym miejscu niż to, które do lochów nas doprowadziło, odetchnęłam z ulgą i zamknęłam za sobą właz tuż przed okropną mordą psiska, mającego zęby tak duże, niczym prawdziwy wilk. I to nie taki z baśni o czerwonym kapturku, a taki żywy, najprawdziwszy wilkołak. Postanowiłam iść na poszukiwanie chłopaków i tak o to, po kilku minutach, natchnęłam się na Filippa. Wpadłam na niego plecami. Oboje z przerażeniem wrzasnęliśmy, a potem rzuciliśmy się sobie w ramiona i zdecydowaliśmy się wspólnie odszukać Cristiana, a jeśli to będzie konieczne, to nawet po niego zejść z powrotem do lochów. Był naszym przyjacielem, a w czasach, w których żyłam słowo przyjaciel znaczyło więcej niż dziś. Prawdziwych przyjaciół cechowała lojalność i pomoc w potrzebie, a nie odwracanie się plecami do potrzebującego, zamykanie oczu i zatykanie uszu. Nie było co udawać, że się nie widzi i nie słyszy, a tym samym nie wie, tylko trzeba było stać za sobą murem, ratować się wspólnie z opresji, być dla siebie nawzajem, a nie dla siebie samego.

Tamtego dnia, właściwie to już późnego wieczora, mieliśmy zamiar ponownie z Filippem uchylić właz i wejść do środka. Chcieliśmy iść po Cristiana, ale usłyszeliśmy strzał. Dochodził od strony rzeki. Przeraziliśmy się. To już nie były psy i ich szczekanie, a wyraźny wystrzał z broni, najprawdopodobniej ze strzelby. Pobiegliśmy po rodziców, zarówno naszych, jak i Cristiana, którzy już czekali na syna, gotowi powrócić z nim na łono włoskiej wsi. Nie zważaliśmy na to, że będą na nas krzyczeć, iż zapuściliśmy się tak daleko do lasu. Nie baliśmy się kary ani lania. Najbardziej obawialiśmy się, że Cristianowi mogła stać się krzywda, i że możemy go już więcej nie ujrzeć. Pominęliśmy jednak informacje o włazie, znalezionych, nielegalnych towarach i psach. Powiedzieliśmy jedynie, że bawiliśmy się w chowanego na polance w lesie i zapuściliśmy się nieco dalej, niż było nam wolno. Wszyscy nam uwierzyli i wyruszyli na poszukiwania.

Cristiana szukano bardzo intensywnie, przez trzy dni i trzy noce, do momentu, dopóki nie odnaleziono w rzece jednego z elementów jego ubrania. Na czapce, którą chłopiec miał tego dnia na sobie, widniały ślady krwi. Poszukiwań nie zakończono, trwały jeszcze długo, bardzo długo, ale były już mniejsze, bo już nie tak wielu ludzi brało w nich udział. W końcu odnalazło się ciało, odziane w ubrania Cristiana. Mnie i Filippowi nie pozwolono go zobaczyć, bo byliśmy dziećmi i uznano, że taki widok mógłby nas przerazić i przyprawić o senne koszary.

Smuciliśmy się i płakaliśmy. Podsłuchując służbę, dowiedzieliśmy się, że Cristiano został niemal cały zjedzony przez ryby i inne wodne potwory. Rzekomo był zupełnie nie do rozpoznania i tylko dzięki, zniszczonemu od długiego przebywania w wodzie, ale mimo tego wciąż znajomemu, odzieniu można było zidentyfikować zwłoki. W identyfikacji pomógł też łańcuszek, który chłopiec nosił na szyi. Medalion z Matką Boską i dzieciątkiem był prezentem, który otrzymał od babci w dniu chrztu świętego. Nigdy się z nim nie rozstawał, nawet go nie zdejmował, nie pozwalał nikomu go tknąć. Był dla niego ważny, tak samo jak kieszonkowy zegarek pana Enrica – tego gaduły z targu. Zegarek ten nie działał i starzec nie umiał go naprawić, dlatego ofiarował go Cristianowi do zabawy. Zegarka jednak w wodzie, przy ciele pięcioletniego chłopca, nie odnaleziono. Dniem śmierci Cristiana uznano dzień świętego Mattea i też taką datę wyryto w jego nagrobku.


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz