Clara
Z dokumentem zwiniętym w rulon i wciśniętym do mojej małej torebeczki, w taki sposób, że w połowie wystawał, ruszyłam do domu mego ojca. Oczywiście nie szłam na piechotę. Wsiadłam do kolaski i postanowiłam sama nauczyć się ją powozić. Obawiałam się, bo mój brat zmarł w wyniku wykolejenia się powozu, poza tym nie miałam w powożeniu żadnego doświadczenia, ale trochę nauczyłam się na zasadzie obserwacji, więc nie poszło mi aż tak tragicznie i udało mi się dotrzeć na miejsce w jednym kawałku.
Zanim zastukałam kołatką, to spojrzałam w niebo, na ciemne, ale dziwne chmury. Wyglądały jak morskie fale, choć były niemal czarne. Przywodziły na myśl niebezpieczną otchłań wzburzonych wód oceanu, który byłby w stanie pociągnąć na dno niemal każdego, nawet całą załogę i to wraz z okrętem i szalupami.
Przez wygląd nieba, wspomnienia przywiodły przed moje oczy obraz Filippa, który od dziecka kochał statki, a po śmierci Cristiana mógł je budować godzinami i bawić się nimi w balii pełnej wody przez całe dnie. Najbardziej jednak lubił bawić się nimi nad rzeką. Nienawidziłam rzeki. To ona mi ich wszystkich zabrała. Najpierw Cristiana, gdy jeszcze była przemytniczym szlakiem, a potem Filippa, gdy nie pozwoliła mu wypłynąć.
Wcale nie chcąc, powędrowałam też myślami do Artura i naszego któregoś z kolei spotkania. Powróciłam do felernego dnia, gdy stał przede mną mokry, gdy cisnęłam w jego stronę oskarżeniami, a on wymierzył mi policzek. Pierwszy i na tamten dzień jedyny, jaki padł z ręki mężczyzny. Minęło tyle czasu, a ja wciąż czułam to upokorzenie i tamtejszy strach, drganie na całym ciele i gęsią skórkę.
Wyszłam za mąż za mężczyznę, który był w stanie podnieść na mnie rękę. Zrobiłam to z zemsty na rodzicielce i z własnych, nieczystych pobudek. Zaprzedałam siebie, swe przekonania, poglądy, nauki jakich udzielał mi ojciec. Czułam się z tym podle, ale pocieszałam się myślą, że mogłam wejść do mojego domu z dzieciństwa, jak do własnego i nie musiałam się nikogo słuchać. Byłam właścicielką połowy. Byliśmy właścicielami połowy, ja i mój mąż. Wykupiliśmy ją od komornika. Na dodatek, jako mężatka, nie podlegałam już opiece matki i jej męża. Nie musiałam ich w żaden sposób respektować.
Zastukałam i uśmiechnęłam się od ucha do ucha, zanim jeszcze drzwi się otworzyły. Kobieta, która niegdyś była mą i Filippa mamką, wpuściła mnie do środka i od razu zaproponowała herbatę z malinami. Dopiero po usłyszeniu tej propozycji, zrozumiałam, jak bardzo zmarzłam. Płaszczyk zostawiłam w posiadłości Grandich, konkretnie to w willi przeznaczonej na mieszkania dla służby, w pokoju kamerdynera i jego wnuczka.
Przystałam na propozycję skosztowania herbaty. Służący, który zwykle zapowiadał gości, zapowiedział i mnie. Słyszałam to, bo ruszyłam za nim, choć w bezpiecznej odległości. Zrobiłam to tylko po to, by przerwać mej matce i jej mężowi spokojne spożywanie kolacji.
– Nie musisz mnie zapowiadać, Oscarze. Teraz to na powrót mój dom. – Wylegitymowałam się dokumentem, na którym dokładnie spisane było, które skrzydło domu należy do mnie i po jakich pomieszczeniach mam prawo się przechadzać. Należał do nich także główny hol i salon, w którym akurat siedzieli moja matka i ojczym.
– Jak śmiesz się tutaj pokazywać po tym, jak śmiałaś wyjść za mąż i nawet mi zawiadomienia nie wysłać!? – krzyknęła matka. Wstała przy tym tak energicznie, że aż krzesło potrąciła, a to upadło z niemałym hukiem.
– Mam prawo tu być – zauważyłam. Postukałam palcem w dokument spoczywający na stole.
– Ma prawo – przytaknął mi ojczym. – Co nie znaczy, że zachowała się jak przystało. Weszła jak do siebie.
– Ja jestem u siebie! – ryknęłam na niego.
– Wiem – ponownie przyznał mi rację. – Jednak z racji tego, że przychodzisz do matki, to wypadałoby zachować się tak, jak przystoi córce. Jednak nie, bo ty chcesz i musisz rozpętać awanturę. – Westchnął głośno, po czym wstał i udał się na kanapę. Rozpoczął czytanie gazety, jak gdyby nigdy nic, jakby mnie tutaj wcale nie było.
Spojrzałam za siebie, bo zauważyłam, że i moja matka tam patrzy, i ucieszyłam się całym sercem, gdy ujrzałam ciocie Matilde. Była siostrą mojego taty, dużo podróżowała i choć zwykle wysyłała telegramy regularnie, to od dłuższego czasu nie odpowiadała na moje.
– Clara! – zawołała.
Otworzyła szeroko ramiona i pozwoliła mi się wtulić jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką. Teraz byłam od niej o głowę wyższa.
Ciocia Matilda była uznawana za czarną owcę w rodzinie i sam ojciec tolerował ją tylko dlatego, że szczerze ją kochał, jak prawdziwy brat. Nie akceptował jej decyzji, nie godził się z jej poczynaniami, nigdy nie przyznawał jej racji. Zawsze mieli odmienne zdania, ale byli takim prawdziwym rodzeństwem, od serca.
Gdy byłam małą dziewczynką, to uwielbiałam jak tata, zamiast bajki na dobranoc, opowiadał mi i Filippowi o tym jak ciotka Matilda zwiała sprzed ołtarza. Była to historia jakich wiele. Niechciane i wymuszone małżeństwo, spektakularna ucieczka z kochankiem, by w istocie, na samym końcu i tak zdecydować się na samotność i pełną niezależność.
Od najmłodszych lat ceniłam ciocię Matildę za jej odwagę, za tę siłę oraz za to, że była uznaną na całym świecie artystką. Pięknie malowała i dużo pisała, a jej sztuki były wystawiane na deskach najsłynniejszych teatrów i to na całym świecie. Raz nawet zdarzyło jej się napisać operetkę, ale nie zasłynęła nią, więc na jednej poprzestała, nie chcąc narażać się na większą krytykę niż właśnie po tej jednej.
– Nie wiedziałam, że przyjechałaś. Kiedy? – wypytywałam. Byłam niezwykle ciekawa.
– Na twój ślub nie zdążyłam – odpowiedziała z lekkim, pobłażliwym przymrużeniem jednego oka. Zachowywała się dokładnie tak, jakby się nic nie stało i nic ważnego nie straciła, pomimo że ją jako jedyną z całej rodziny zaprosiłam. – Przepraszam cię, kochanie, ale ja nie znoszę ślubów. Zechciałam jednak poznać twego męża, dlatego jestem. Mam nadzieję, że nie jest prawdziwym wilkołakiem. – Uśmiechnęła się, puszczając przy tym do mnie oczko.
– Ciociu, przestań. Byłam wtedy małą dziewczynką.
– I wygadywałaś niestworzone historie – wtrąciła matka. – Nadal je wygadujesz. W oczach Matildy zrobiłaś ze mnie prawdziwego demona.
– Przestańcie się kłócić. Przybyłam was pojednać i poznać tego... już nie kawalera – ciotka poprawiła się, nim zdążyła pomylić. – Gdzie on jest? – zapytała.
– W domu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Właściwie to w pałacu. Hrabia – zabrzmiało, jakbym się pochwaliła, ale w rzeczywistości wcale nie uważałam tego tytułu za coś aż tak wielkiego.
– Dobra partia – stwierdziła ciotka, a potem chwyciła mnie za materiał rękawa, gdzieś w okolicy łokcia. – Pozwól na słówko. – Odciągnęła mnie na bok. – Podróżujesz nocami bez męża? – zapytała szeptem.
– Tak.
– A on o tym wie? – dopytywała.
– Nie wiem. – Wzruszyłam jednym ramieniem, jakby mnie to zupełnie nie interesowało.
– Rozumiem – Matilda mlasnęła. – A powiedz mi teraz, drogie dziecko, czy on należy do osób powściągliwych, czy raczej w gorącej wodzie kąpanych?
– A jakie to ma znaczenie? – nie rozumiałam.
– A więc tych drugich – odpowiedziała sama sobie, jakby wyczytała to z moich oczu.
Następnie rozpoczęła odliczanie od dziesięciu w dół. Gdy dotarła do czterech, to niebo przeszyła jasna błyskawica, a po niej nastąpił głośny grzmot. Nim odliczyła kolejne dwie cyfry w dół, to kołatka zastukała w wejściowe drzwi, ale bardzo intensywnie, równie głośno co wcześniejszy huk grzmotu.
– Przygotuj się na prawdziwą burzę – zapowiedziała.
Zupełnie nie wiedziałam o co ciotce chodzi, ale nie zdążyłam zadać pytania, bo służba wpuściła Artura do domu. Lokaj chciał go zapowiedzieć, ale hrabia mu przerwał, głosząc ostro:
– Nie musisz mnie anonsować. Jestem teraz u siebie. Na dodatek w majątku, który niegdyś należał do ojca mej żony.
– Przepraszam, panie hrabio, sądziłem, że...
– Dziękuję, ale to zbyteczne – odpowiedział grubiańskim tonem. – A ty, co ty tu właściwie robisz? – skierował zapytanie do mnie, ale uczynił to podniesionym głosem, co wcale, ale to wcale nie uszło mej uwadze i na dodatek nieszczególnie mi się spodobało.
– Przybyłam z dobrą nowiną. – Wskazałam na dokument.
– Jestem w stanie to zrozumieć. – Rozejrzał się po pomieszczeniu i po reszcie zgromadzonych w salonie, czyli spojrzał na mą matkę, ojczyma, kamerdynera i ciocię Matildę. – Ale to wcale nie znaczy, że jestem mniej wściekły! – wybuchnął nagle, całkiem niespodziewanie, gdy ja sądziłam, że już się uspokoił, i że już wszystko jest w najlepszym porządku, bo w końcu potrafił mnie zrozumieć, choć ten jeden, jedyny raz i sam to przyznał.
– Nie masz powodu! – także się uniosłam.
– Nie może być tak, że nie wiem, gdzie i z kim jesteś! – tłumaczył podniesionym tonem.
– Domyśliłeś się więc...
– Domysły to jedno. – Uderzył krawędzią dłoni o wnętrze drugiej. – A wyjaśnienia mi należne, to drugie! – Nie wiedzieć czemu zawachlował dłonią i wskazał na okno, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że domysły i wyjaśnienia są od siebie bardzo oddalone.
– W takim razie, ja też zasługuję na wyjaśnienia, są mi należne, a nie wiem, gdzie znikasz każdej nocy!
– Jestem twoim mężem! – przypomniał.
– I co z tego!?
– To, że powinnaś mnie szanować – odpowiedział ściszając głos. Odwrócił się do mnie tyłem, jakby miał zamiar wymaszerować z salonu.
– I zawsze szanowałam, a ty!? – zawołałam do jego pleców. – Ja nigdy nie wiem gdzie jesteś i z kim, i muszę to znosić. Raz poczułeś się jak ja i bardzo dobrze, że cię ubodło! – wrzasnęłam.
– Nie schlebiaj sobie, dziewczyno – odparł powoli, bardzo cicho, nadal stojąc do mnie tyłem.
– Jestem twoją żoną – przypomniałam. – I patrz na mnie, jak do ciebie mówię! – Szarpnęłam za jego rękaw i odwróciłam go w swoją stronę, choć zapewne, gdyby się zaparł, to nie dałabym rady tego dokonać. Nie wystraszyłam się nawet iście wściekłego wyrazu, jaki pojawił się na jego twarzy. – Nie schlebiam sobie. Zapewne nie mogę równać się z baronową, z którą jadasz obiadki, ale jeśli czegoś wymagasz, to ofiarowuj mi namiastkę tego samego. Jeśli więc ty szlajasz się z innymi kobietami, to cudownie, cieszę się, że mam cię z głowy, ale pozwól i mnie znaleźć kogoś, kto w przeciwieństwie do ciebie szczerze mnie pokocha, i nie będzie na sprzedaż!
Arturo zaniósł się. Nie płaczem, tak jak to czynią dzieci w chwilach bezsilności, ale dłonią, która zawisła wysoko nade mną. To działanie dorosłego mężczyzny jednak też nie było niczym innym, jak efektem bezsilności.
Odwróciłam twarz, jakbym instynktownie chciała ją schować. Wszystko trwało ułamki sekundy, podczas której głośny trzask rozniósł się po pomieszczeniu i zawitał w każdy kąt. Policzek jednak mnie nie piekł, nie zapłonął gorącem.
Spojrzałam na Artura, którego zaciśnięta pięść była cała czerwona. Zrozumiałam, że uderzył nią o stół, który znajdował się obok mnie. Krwawił, bo trafił w talerz, a ten się stłukł, podobnie zresztą jak kieliszek, który zapewne został potrącony przy okazji.
Bałam się, naprawdę się bałam i to bardziej niż gdyby mnie uderzył. Uderzenia się spodziewałam, a prawdą było, że to niewiedza wzbudza największy strach w człowieku. Ja nie byłam wyjątkiem, więc potwierdzałam tę regułę.
Ciotka Matilda przyłożyła swój szal do ręki mego męża.
– Krwawi pan. Mocno – zauważyła.
– Nic mi nie będzie – odparł chłodno, ale uprzejmie. – Dziękuję – dopowiedział. Przytrzymał drugą dłonią szal, by zatamować krwotok. – A ty, idź do powozu. – Spojrzał na mnie, po czym wskazał głową kierunek.
– Leje – zauważył Timoteo, którego służba nawet nie próbowała anonsować, tak więc mnie zdawało się, jakby nagle wypełznął spod ziemi.
Nie dziwiłam się im, że nie powiadomili nas o jego wtargnięciu do domu, skoro wcześniej ja i Arturo niezbyt uprzejmie zareagowaliśmy na próby zapowiedzenia nas domownikom.
– Właściwie, to szaleje burza – objaśnił wszystkim zgromadzonym.
Moja matka udała się do okna, by zerknąć przez firankę.
– To prawda. Pogoda całkiem nie na podróż, nawet zadaszoną kolaską. Lepiej będzie jeśli na tę noc zostaniecie.
– Mogę zostać na każdą, bo jestem...
– Przestań – syknął Arturo cicho, ale groźnie, przez zaciśnięte zęby. Uczynił to nim ponownie dałam matce do zrozumienia, że teraz ja tu jestem właścicielką. – W takim razie, proszę o przygotowanie nam pokoju. Może być panieński pokój mej żony. Proszę jedynie o przygotowanie świeżej pościeli. Proszę też o pokój dla mojego przyjaciela – nie wiedzieć czemu zwrócił się z tym do Matildy.
– Chyba chciałeś powiedzieć trzech pokojów – poprawiłam go. – No chyba, że zamierzasz dzielić pokój z przyjacielem.
– Gdybym chciał powiedzieć trzech, to powiedziałbym trzech. – Przycisnął mocniej szal do rany, pomimo że ten w wielu miejscach przesiąkł już szkarłatną cieczą. – Wyraziłem się też jasno, żądając pokoju dla nas.
Odłożył zakrwawiony materiał na stół, pomiędzy szkła i zaczął zdejmować płaszcz. Następnie odpiął poplamiony czerwienią mankiet. Odsunął krzesło od stołu i zasiadł na nim. Zaczął uważnie przyglądać się rozcięciu, jakby doszukiwał się w nim niechcianych odłamków. Podwinął rękaw koszuli. Nie miał na sobie marynarki, co dawało mi do zrozumienia, że wybiegł zaraz za mną i jedynie za płaszcz zdążył chwycić. Ten płaszcz chyba nawet nie należał do niego, był raczej stary, mocno znoszony.
– Opatrz mu tę rękę – szepnęła do mnie ciotka. Zapewne miało to brzmieć zachęcająco.
– Nie mam zamiaru – odparłam. – I nie mam zamiaru tu też zostawać ani chwili dłużej, zwłaszcza jeśli mam dzielić jedno łóżko z tym człowiekiem! Albo raczej z jego kiepską imitacją! – Wskazałam na Artura palcem, a potem ruszyłam w stronę drzwi.
Timoteo starał się mnie zatrzymać, zwłaszcza, gdy Arturo coś krzyknął, na dobrą sprawę, to nie wiedziałam czy do niego, czy do mnie. Byłam zbyt pochłonięta swoim gniewem i złością, by dostrzegać coś ponadto. Bez trudu też wyrwałam nadgarstek z delikatnego, bardzo symbolicznego uścisku Timoteego.
Usłyszałam za sobą Artura, jego kroki, jego głos. Przyspieszyłam. Wybiegłam na zewnątrz i wsiadłam na pierwszego z brzegu konia, którego jeszcze nie zdążono zaprowadzić do stajni.
Wymierzyłam zwierzęciu kopniaki w boki, by ruszyło. Potem smagnęłam dłonią w zad, by przyspieszyło. Gnałam w stronę lasu, ale nie tak jak kiedyś, choć też głupio i na oślep. Nie pędziłam jednak w stronę urwiska, a wraz z nurtem rzeki.
– Zatrzymaj się! – krzyczał za mną Arturo, powożący kolaską.
Spojrzałam przez ramię i zauważyłam też Timotego, który gnał na koniu, chcąc mnie ze wszystkich sił dogonić.
– Tam jest bariera! – wrzeszczał mój mąż, ale mu nie wierzyłam, bo nie rozumiałam o jaką barierę mogło mu chodzić.
Już wkrótce zobaczyłam przed sobą ogrodzenie. Zrozumiałam, że tu muszą wypasać się zwierzęta, że dzięki temu mają dostęp do świeżej wody z rzeki, a owa bariera ma zapobiegać przed ich ucieczkami.
Pomimo tego, że zauważyłam ogrodzenie stosunkowo szybko, to uznałam, iż to okazja na to, by się rozpędzić i je pokonać, a nie się przed nim ugiąć i zatrzymać konia. Nie chciałam zostać schwytaną. Chciałam utrzeć mężowi nosa, przy okazji pokazując mu, że ja także potrafię jeździć konno tak dobrze jak on, i że przy mnie też koń pokona tak niską przeszkodę.
Przeszkoda jednak nie była tak niska, jak mi się wydawało, a z każdym uderzeniem kopyt o ziemię, zdawała się rosnąć w oczach. Nie było już czasu, by się wycofać. Objęłam konia mocniej za szyję i zamknęłam oczy. Poczułam, jak zwierzę odbija się tylnymi łapami i unosi nas w powietrze, a potem jak opadamy, mocno, szybko, gwałtownie.
Stoczyłam się z grzbietu zwierzęcia i upadłam na mokrą trawę, w jedną z kałuż. Usłyszałam głośne, przeraźliwe rżenie, jakby koń w ten sposób płakał albo raczej wył z bólu i prosił o chwilę ulgi. Otrzymał ją. W momencie, gdy otwierałam oczy, to Arturo akurat wymierzał w serce zwierzaka z długiej lufy strzelby, którą zazwyczaj woził w kolasce.
Oddanie strzału nie przyszło mu łatwo. Dokonał tego z niemałym trudem i łzami w oczach. Potem odrzucił broń. Zwyczajnie ją upuścił, jakby brakło mu sił, by ją utrzymać.
Pierwszy podszedł do mnie Timoteo. Właściwie to podbiegł i zaszedł od tyłu. Nachylił się i wsunął swoje ręce pod moje pachy, jakby chciał mnie w ten sposób unieść do góry. Arturo jednak mu przeszkodził. Chwycił za materiał mojej sukni i szturchnął.
– Coś ty zrobiła? – warknął przez zaciśnięte zęby. – Wstawaj! – wrzasnął i szarpnął mną do góry.
Kiedy już stałam, to oczekiwałam tego, co będzie dalej. Serce łomotało mi w piersi tak intensywnie, jakby chciało z niej wyskoczyć. Trzęsłam się i to nie tylko z zimna. Przez strach nawet nie odczuwałam bólu spowodowanego upadkiem.
Przed oczami stanął mi obraz Artura, który niegdyś uratował mi życie, a zaraz po tym zawisnął nade mną ze szpicrutą w dłoni. Wtedy jednak byłam narzeczoną Mattea, a więc Arturo nie miał do mnie żadnych praw. Wtedy mi się upiekło, ale teraz Arturo był moim mężem.
Hrabia odszedł ode mnie na krok, następnie na dwa.
– Odwieź ją do domu – polecił Timoteemu. – Zabierz też konia – rozkazał. – Ja się przejdę – dodał.
– Chodź – szepnął do mnie blondyn i zaczął mnie ciągnąć w stronę kolaski. Otworzył przede mną drzwi. – Wsiądź – zachęcił.
Zatrzymałam się jednak. Spojrzałam na Artura, a on na mnie niemal w tym samym momencie.
– Rób co mówi! – mąż ryknął na mnie doniośle.
Moje serce znowu zaczęło silnie łomotać w piersi. Czym prędzej wsiadłam więc do kolaski i poczułam ulgę, gdy Timoteo ruszył. Poczułam też dziwny żal, że zostawiamy Artura samego na tym pustkowiu, na deszczu, w chwilach, gdy na niebie grzmi. Poczułam też strach, bo wiedziałam, że nie minie doba, a mnie przyjdzie stawić mu czoła. Nawet nie łudziłam się, że on zapomni.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz