Sara siedziała dokładnie naprzeciwko Javiera. Nie oddzielał ich żaden stolik. W mieszkaniu panowała całkowita cisza. Ciemna, ciężka zasłona zupełnie odbierała pokojowi słoneczne światło. Zamiast tego świeciło się kilka świec. Mężczyzna zadbał więc o odpowiednią atmosferę. Zapewne z tego samego powodu przywdział dżinsy i koszulę. Zapiął ją pod samą szyję. Założył krawat.
Sara wstała i obeszła krzesło. Wsparła dłonie na jego oparciu.
– Dlaczego nie odpowiesz? – zapytał po hiszpańsku.
Skupił wzrok na jej jędrnych piersiach, skrytych pod materiałem białej koszulki na ramiączkach. Poza tym miała na sobie jeszcze dżinsowe spodenki i tenisówki.
– Mówiłam panu, że nie umiem liczebników – przypomniała, bo faktycznie wielokrotnie mu o tym wspominała, tak jak kilka razy był zmuszony podawać jej je zapisane na kartkach.
– To podstawa – stwierdził poważnie. – A ty miałaś czas, by się jej nauczyć. W pracy byłaś, póki co, tylko jeden dzień. Iwan chodzi do żłobka – wspomniał.
Samodzielnie ten żłobek dla chłopca zorganizował, a że był nieco oddalony od mieszkania Sary, to dwukrotnie podwiózł tam dziecko, wcześniej zaopatrując się w odpowiedni fotelik. I dzięki temu był od trzech dni czysty. Nie wciągnął nic. Nic też nie zapalił. Jedynie napił się kieliszka szampana z żoną, ale to było późnym wieczorem dnia poprzedniego. Do rana promile zdążyły z niego ulecieć. To przecież rankami, w dni wolne od pracy Sary, zdecydowali się spotykać. Miało to się odbywać przynajmniej dwa razy w tygodniu.
Sara przystała na tak częste spotkania i konieczność nauki w dni wolne. Teoretycznie mogła sobie pozwolić na to, by Javierowi zapewnić siebie w pełnej wyłączności. Nie musiała już przecież dorabiać się na innych klientach. Iwan chodził do żłobka, który był opłacany przez mężczyznę, ona miała pracę, a Javier płacił jej za specyficzne lekcje języka hiszpańskiego i dodatkowo za spotkania czystko seksualne. Układ był więc doskonały. Albo raczej byłby doskonałym, gdyby nad jej głową nie wisiała gilotyna w postaci szantażu. Ale wisiała, i przez to Sara, zamiast poświęcać się nauce wczorajszego poranka, zdecydowała się przyjąć klienta, bo nie chciała brać na Javiera Holgado pożyczki. Wolała samodzielnie uzbierać żądaną kwotę.
– Wymagałem, byś umiała podstawy. Musisz się uczyć słownictwa z lekcji na lekcje. Bez tego nie ruszymy dalej – pouczył.
– Umiem dużo słownictwa – postawiła się.
– Nie policzysz nawet od jednego do stu – wytknął.
– Jakoś zawsze się dogadywaliśmy – przypomniała.
– Trzy czwarte na migi – wspomniał.
– To nie moja wina, że Hiszpanie dużo rozmawiają na... – zaczęła po hiszpańsku. – Jak to było? – zapytała po polsku.
– En signos – odpowiedział, rozumiejąc, o co go pyta. – A teraz bez dyskusji – zapowiedział, zamykając podręcznik, który trzymał w dłoniach. Odłożył go na blat stolika nocnego. Poza tym meblem w pokoju znajdowały się wyłącznie dwa krzesła, łóżko, szafa i komoda, na której stał telewizor.
Holgado odsunął nieco krzesło od ściany, by było mu wygodniej, a dla Sary bezpieczniej. Poklepał się po kolanie.
– Zdejmij spodnie, proszę – zwrócił się do niej niezwykle poważnie.
– Przechodzimy do twojej ulubionej części – nie omieszkała mu wytknąć.
Odpowiedział jej szczerym uśmiechem.
– Nie moja wina, że nie odrobiłaś zadania domowego.
– Wszystkie osiemnaście pytań jakie zadałeś, dotyczyło tych cholernych liczebników. Zrobiłeś to specjalnie – zarzuciła mu.
– Z tego miałaś się przygotować – przypomniał. – Odpowiedziałaś na dwa z osiemnastu. To marny wynik, Laro – stwierdził poważnie. Dla niego w takich sytuacjach, podczas takich spotkań, zawsze była Larysą, Larą.
Przyznała mu rację, choć nie przytaknęła ruchem głowy ani nie otworzyła ust. Zamiast tego wyprostowała się i sięgnęła rozporka swoich dżinsowych spodenek. Dzień wcześniej doszli do porozumienia, że przed karą będzie zdejmowała pierwszą warstwę ubrania, okalającego ją od pasa w dół. Tego dnia były to właśnie spodenki. Właściwie to on je wybrał. Wcześniej nakreślił jej, mniej więcej, jak ma się ubrać.
Ledwie zsunęła ubranie do połowy ud, a Holgado ponownie poklepał się dłonią po kolanie.
– Zapraszam – powiedział.
Podeszła do niego. Nie bała się. Bardziej była podekscytowana. Podniecona. Wyobrażała to sobie jako delikatnie odegraną scenkę. Myliła się.
Ledwie Holgado przełożył ją przez kolano, a na jeden z jej pośladków spadł cios. Prawdziwy. Bolący.
Zmilczała. Nie krzyknęła. Zamiast tego zacisnęła szczęki.
Przy drugim uderzeniu wciągnęła powietrze równie agresywnie, jak agresywnie spadł ten raz.
Przy trzecim przytrzymała się jego nogi, ale w obawie, że spadnie, ponownie położyła dłonie na zimnych płytkach imitujących drewno.
Przy czwartym w końcu powiedziała:
– Ała.
Wcześniej powątpiewała w to, że ktoś może tak mocno uderzyć gołą, w nic nieuzbrojoną dłonią.
A on nie dał jej wytchnienia. Uderzył piąty i szósty raz. Jeden po drugim. W to samo miejsce.
– Oszalałeś!? – śmiała go zapytać. Krzyknęła. Usiłowała się podnieść.
Przytrzymał ją.
– Kara ma boleć. Uprzedzałem, że to nie będą żarty – przypomniał.
Miał rację. Faktycznie uprzedzał, że i nauka i wszelkie konsekwencje niesumiennego wypełniania zadań i obowiązków będą autentyczne. Czemu więc ona nie przewidziała, że będzie to aż tak bolesne? Czy naprawdę dawała wiarę w zdrowy rozsądek Javiera Holgado? Przecież mężczyzna ten był narkomanem i najprawdopodobniej też alkoholikiem. Zdawał się nakręcać go strach. Lubił wprowadzać wszelkie dwuznaczności. On też wszystko, bez dragów, odczuwał słabiej. Jego zmysły zostały wyciszone, gdy nic ich nie potęgowało. Nagle więc potrzebował więcej, by się wkręcić w odpowiedni klimat. I jej też przy tym fundował więcej.
Spadł kolejny raz. I jeszcze jeden. I jeszcze... I tak aż doliczył do szesnastu.
– Szesnaście błędnych odpowiedzi, szesnaście klapsów – wyjaśnił zapłakanej dziewczynie, sadzając ją naprzeciw siebie.
Zapłakała bardziej, gdy jej niemal nagie pośladki, skryte jedynie pod białymi, koronkowymi majtkami, dotknęły siedzenia krzesła. Spodenki wciąż pozostawały spuszczone do kostek.
– Mogę cię nauczyć do matury – zapewnił. – Mogę – powtórzył – ale to nie obejdzie się bez twojego zaangażowania. I nie wystarczy jedynie stawiać się na zajęcia – zapowiedział. – Ubierz się – polecił. – I kontynuujmy. – Sięgnął po książkę. Wygładził krawat. Wydawał się być śmiertelnie poważny.
I Sara uśmiechnęła się nieco pomimo bólu, stwierdzając w myślach, że niezwykle pasuje mu przywdziana rola.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz