Amanda przycisnęła małego Pedra mocniej do swojej piersi, jakby instynktownie chciała go uchronić przed gniewem ojca. Nie miała takiej mocy. Chłopiec doskonale słyszał gniewny ton swojego rodziciela i przez to tym bardziej nie mógł się uspokoić, a jedno co był w stanie czynić, to płakać i spazmatycznie nabierać powietrza.
– Wysiądź z samochodu – polecił Marco ponownie po dłuższej chwili milczenia.
Zdecydowała się położyć dłoń na klamce, nacisnąć ją w dół, otworzyć drzwi i wygramolić się z automobilu z dzieckiem na rękach. Deszcz zacinał od lewej strony, gdy mały Pedro, szlochając, dopytywał się o to, gdzie teraz pójdą. Amanda zdecydowała się iść przed siebie, pod zadaszenie, które było częścią rozpadającej się chatki. Nie miała słów i cierpliwości, by uspokoić płaczącego, dygoczącego z zimna synka. Pomimo tego jednak zdobyła się na pogłaskanie go po kręconych włosach i jednorazowe zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.
Marco wysiadł z samochodu i ruszył za żoną. Dał jej do zrozumienia, że ma się przesunąć w bok, a wtedy pęk kluczy błysnął w jego dłoni. Jeden z nich idealnie pasował do zamka od chaty. Otworzył drzwi na oścież i puścił kobietę przodem, bez słowa kładąc dłoń na jej plecach. Lekkim pchnięciem zmusił do przekroczenia progu.
– Stój – polecił. – Włączę jakieś światło – dodał.
Poświecił zapałką, która po chwili podpaliła naftę w lampię, a ta dała odrobinę światła. W kredensie odszukał różnej wielkości i kształtu świece, niektóre już wcześniej palone. Powkładał je do brudnych szklanek, starając się je postawić na wosku, by się nie przewracały i nie wspierały na krawędzi szkła.
Zrobiło się znacznie widniej, ale pomimo tego Amanda miała wrażenie, jakby trwała w mroku. Dostrzegła piętrowe łóżko i już miała sama ruszyć w jego kierunku, gdy Marco wydał kolejne polecenie:
– Uspokój go i połóż spać.
Bez słowa podeszła do łóżka, przysiadła na nim i zaczęła rozbierać małego Pedra ze spodni, które na kolanach miały plamy od piasku i trawy. Ułożyła chłopca, kładąc mu poduszkę pod głowę, uprzednio strzepując z niej kurz i sama poszła w jego ślady. Mały najszybciej się uspokajał i usypiał, gdy nie leżał samotnie w łóżku, a z kimś mu bliskim, najlepiej z mamą.
Wierzchem dłoni i nadgarstkiem starła łzy z policzków. Starała się uspokoić i zmusić do zanucenia ulubionej kołysanki chłopca. Głaskała go przy tym delikatnie po główce i tuż za uchem, tak jak lubił najbardziej. W niektórych momentach płacz, który się w niej wzbierał, dławił nucenie, zakłócając je, ale Pedro wcale na to nie narzekał.
Marco w tym czasie napalił w staromodnym, żeliwnym piecu, co udało mu się dopiero po kilku próbach, gdyż drewno było nieco wilgotne. W całym domu było czuć tę wilgoć, jej specyficzny, nieprzyjemny zapach. Wyszedł. Tak po prostu wyszedł z domu na ten deszcz. Amanda uniosła się na łokciach, by wejrzeć w otwarte drzwi, ale nie dostrzegła nic poza ciemnością. W końcu zobaczyła Marca, który powrócił cały mokry, z dwoma wiadrami pełnymi wody. Z jednego nabrał odrobinę do niewielkiego garnczka i postawił go na piecu, wcześniej zabierając z niego fajerkę. W pozostałości wody opłukał dwie szklanki, nasypał do nich herbaty.
– Zasnął? – zapytał żonę niespodziewanie. Oparł się o kredens i zaczął bawić pudełkiem zapałek. Okręcał je, trzymając jedynie dwoma palcami.
– Tak – odparła. Okryła synka bardziej, niemal pod samą szyję i zdecydowała się przyjąć pozycję siedzącą. – Co to za miejsce?
– Zatrzymujemy się tu, gdy polowanie nie idzie albo nadejdzie deszcz – Marco odpowiedział całkiem szczerze i pokazał dłonią na ścianę pełną zawieszonych, nienabitych strzelb oraz na komodę pełną butelek wódki i dwie talie kart, które leżały ułożone w niechlujne dwa słupki.
– Dlaczego nie jechaliśmy dalej? – dopytywała.
– W tym deszczu?
– Nie pierwszy raz prowadziłbyś w deszczu – zauważyła.
– Wiem – przyznał jej rację, wykrzywił usta, a potem odwrócił się do niej plecami. Zacisnął pięści i położył je na blacie kredensu. – Dziś muszę z tobą porozmawiać, bez świadków. – Ponownie na nią spojrzał, tym razem z niezwykłą pewnością w mroźnych, jasnoniebieskich oczach.
Amanda zaniemówiła, bo strach i ciekawość toczyły w jej wnętrzu prawdziwe wojny. Z jednej strony chciała się dowiedzieć, czego będzie dotyczyła ich rozmowa, a z drugiej bała się wypytywać, dlaczego ma ona odbyć się na osobności.
– Gdzie masz torebkę? – spytał niespodziewanie Marco.
– W samochodzie – odpowiedziała szczerze, bez zawahania, ale zmarszczyła brwi, zupełnie nie rozumiejąc, co może mieć wspólnego jej torebka z ich rozmową.
– Przynieś. – Wyciągnął klucz od samochodu przed siebie. Wyczekiwał aż żona wstanie i go pochwyci.
– Po co?
– Bo ją potrzebuję.
– Potrzebujesz moją torebkę? – nie dowierzała.
– Czegoś od niej – sprostował.
– Co to takiego?
Przymknął oczy i zirytowany głośno wypuścił powietrze.
– Wydałem ci chyba jasne polecenie. To nie jest odpowiedni czas na dyskusję – odparł twardo. Podszedł do niej i wcisnął klucz w jej dłoń.
Amanda wstała i ruszyła do wyjścia, choć ani trochę nie miała ochoty wychodzić ponownie na ten ziąb. Marco w tym czasie zasunął zasłonki, które oddzielały część sypialnianą od tej kuchennej.
Kobieta ledwie powróciła do chaty, a mąż już wyciągnął dłoń w jej kierunku. Oddała mu swoją torebkę i ze zdziwioną miną przyglądała się, jak on mocuje się z jej paskiem, który nie był wszyty, a odpinany na klamry, dając jej tym możliwość noszenia torebki nie tylko na ramieniu, ale także pod pachą lub w dłoni niczym kopertówkę.
– Co robisz? – zapytała, kiedy składał skórzany pasek w pół i owijał wokół dłoni w taki sposób, by go odpowiednio skrócić i by metalowe elementy nie poobijały mu kłykciów.
– Siadaj – polecił twardo i wskazał paskiem na jedno z drewnianych krzeseł z oparciem.
– Marco...
– Siadaj! – ryknął, jednocześnie podchodząc do krzesła i odsuwając je od stołu. – No już – dodał nieustępliwym tonem.
– Sprawiasz, że się ciebie boję – poskarżyła się, ale zajęła wskazane miejsce.
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz