30 grudnia 2025

Ofiary (tom 1) – Fragment 3


Waga słowa


Tego dnia Tomasz był chłodny. Wyczuła to. Jego policzek zmroził jej wargi, gdy tylko do niego sięgnęła. Musnęła delikatnie, w sposób jakby zapragnęła ogrzać jego wnętrze.

– Myślałam, że idzie wiosna, a wyglądasz jakbyś przemarzł – zauważyła.

Tomek nic na to nie odpowiedział. Nawet się nie uśmiechnął. Odłożył jedną z siatek na podłogę, a drugą, tę z alkoholem i papierosami, postawił na pobliskiej komodzie. Wrzucił klucze do górnej szuflady. Zdjął rozpięty sweter. Spróbował odwiesić go na wieszak, ale nie trafił. Odzienie spadło. Przymknął oczy i wyglądał na zirytowanego samym faktem, że będzie musiał się schylić. Zrobił to jednak i pomimo zmęczenia zostawił po sobie względny porządek. Wyjął papierosy z siatki i podobnie jak wcześniej klucze, wrzucił je do szuflady. Alkohol zabrał z sobą do pokoju. Stamtąd postanowił podążyć od razu do sypialni. Położyć się.

– Jesteś tak zmęczony, że nawet nie jesteś w stanie przenieść zakupów do kuchni? – jawnie nie dowierzała Margareta, świadomie oskarżając narzeczonego o lenistwo.

– Jeśli okażą się być za ciężkie, wyciągaj po jednej rzeczy – poinstruował. – Poradzisz sobie.

– Nie mówię, że sobie nie poradzę, tylko, że mógłbyś...

– Ja byłem w pracy, ty masz wolne – przypomniał. Jego ton wskazywał na lekką irytację, ale to Margareta zbulwersowała się o wiele bardziej.

– To, że dziś jest sobota, to nie znaczy, że mam wolne! – wrzasnęła.

– A co to znaczy? Że byłaś na nocce? – jawnie zadrwił, wracając się do przedpokoju.

– Wyobraź sobie, że odkurzałam, gotowałam i robiłam pranie – wyliczyła, pokazując przy tym palce, podczas wymieniania czynności.

– Właśnie – Tomasz sprawił wrażenie, jakby nagle się ożywił. – Gdy następnym razem będziesz prała coś mojego, czarnego, to używaj czegoś do prania czarnych rzeczy. Spodnie mi zbladły i miały jakieś białe kropki, jakby od proszku – uskarżył się.

– To sam sobie, kurwa, pierz! – usłyszał w odpowiedzi.

Nie zirytował go jej podniesiony ton, ale to, że potrafił pozostać opanowany, w jego mniemaniu, wcale nie oznaczało, że ma pozwolić sobie na to, by kobieta na niego pokrzykiwała i rzucała mu w twarz przekleństwami.

– Nie klnij i nie krzycz – zwrócił jej spokojnie uwagę.

– Nie mów mi co mam robić! – wrzasnęła na całe gardło.

Tomasz pochwycił za jedno jej ramię. Chciał nią jedynie potrząsnąć, tak jak trzęsie się nieznośnym dzieckiem, do którego, przez zbytnie rozpuszczenie i chwilowe poczucie bezkarności, nie trafiają słowa. Margareta jednak była dorosła. Zapragnął potrząśnięciem ją przestraszyć. Miała zamilknąć i wysłuchać tego co ma jej do powiedzenia. Do niej miały dotrzeć argumenty.

Margareta na szarpnięcie Tomka odpowiedziała natychmiast. Uderzyła go w twarz.

Tomasz nie spodziewał się ciosu, więc jego głowa została odrzucona w bok, a on sam, niemal od razu, puścił Margaretę. Kiedy ponownie na nią spojrzał, miał w oczach coś, co skutecznie przekonało kobietę do ukrycia się. Przybylski wyglądał, jakby był gotowy zrobić wszystko.

Szybko udaremnił próbę ucieczki. Złapał narzeczoną w połowie drogi do łazienki. Szarpnął i odrzucił w stronę komody. Przez moment miał ochotę jej oddać. Po prostu odwrócić ją w swoją stronę i spoliczkować, koniecznie dwukrotnie, by zrozumiała, że na każdy jeden jej cios, on będzie miał w odpowiedzi dwa silniejsze. Przypomniał sobie jednak co kiedyś jej powiedział. Prawie dwa miesiące wcześniej wygłosił mowę o tym, że swojej kobiety nie biłby po twarzy, niezależnie od tego co ta by zrobiła, bo nie chciałby dawać ludziom podstaw do plotkowania, a jej do wstydu. Tomek nie rzucał słów na wiatr i zawsze się z nich wywiązywał.

– Zostań tak – rozkazał, sięgając dłońmi do paska. – I pochyl się – dodał, rozpinając klamrę i wyjmując ciężki kawał skóry ze szlufek dżinsów.

– Nie – zaoponowała szybko. Odwróciła się w jego stronę. Wyciągnęła dłoń przed siebie. – Nie, proszę – dodała, cofając się o dwa kroki. Wpadła na komodę. Miała łzy w oczach.

Tomek bez zbędnej skrupulatności złożył pas w pół.

– Miałaś odwagę podnieść na mnie rękę. Miej też odwagę ponieść za to konsekwencje – niemal zażądał. Wymagał od niej dojrzałości, a jego zdaniem dojrzali ludzie uiszczają opłaty za błędy. W dorosłym życiu, w relacjach międzyludzkich, nie ma czegoś takiego jak anulowanie paragonu, a każde spóźnienie się z płatnością zwykle doprowadza do karnych odsetek. I Tomasz czuł, że właśnie zbiera odsetki. Dlaczego? Bo pozwolił Margarecie za pierwszym razem zadecydować, kiedy należyta nauczka ma się zakończyć, na wiele jej wybryków nie zareagował, a pierwsze spoliczkowanie niemal w zupełności zignorował, tłumacząc to trudną sytuacją rodzinną dziewczyny.

Tomek czekał ze złożonym w pół grubym, ciężkim paskiem, a Margareta stała przodem do niego, rękoma dotykając krawędzi komody.

– Nie chciałam – zaczęła powoli. Ważyła każde słowo. 


Więcej informacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz