Najpiękniejszy z niewolników
Tej nocy wysłannicy Morfeusza nie chcieli odwiedzić ani Amandy, ani Marca. Jedynie mały Pedro został obdarowany przez króla snów przyjemnym marzeniem o rycerskiej krainie, skrytej za kilkoma górami i dwoma morzami. Chłopiec odwrócił się z plecków na bok i zamlaskał z zadowoleniem. Cały czas miał zamknięte oczy, a na jego ustach występował delikatny uśmiech.
Amanda przymknęła drzwi zaraz po tym, gdy upewniła się, że jej synek śpi i powróciła do łóżka, które dzieliła wraz z mężem. Robiła wszystko, by go nie dotknąć, by nawet przypadkowo go nie trącić i nie szturchnąć.
– Nie musisz chodzić jak mysz na palcach – przemówił nagle. Otworzył szeroko oczy i począł wgapiać się we fragment ściany, który znajdował się dokładnie naprzeciwko jego wzroku.
– Nie chciałam cię niepotrzebnie zbudzić – odparła i już bez skrępowania zaczęła poprawiać pościel, wygładzać jej koronkę, a nawet wstrząsnęła poduszką, by pierze przesunęło się nieco niżej i nie czyniło przedmiotu sypialnianego takim uleżanym.
Ułożyła się wygodnie i zamknęła oczy, pomimo że za oknem zaczynało już świtać. Marco niespodziewanie się odwrócił i otulił ją jedną ręką w taki sposób, że dłonią sięgnął do jej lewej piersi. Nieco ją ścisnął, a jego wąs zaczął łaskotać skórę na karku.
– Dobranoc – powiedziała nieuprzejmym tonem, a następnie powtórzyła jeszcze dosadniej – dobranoc, Marco.
– Dobranoc, dobranoc – zamarudził pod nosem i położył się na wznak.
Po dłuższej chwili męczarni, wiercenia się z boku na bok, w końcu udało mu się zdrzemnąć. Amanda jednak nie podzieliła jego stanu. Nie mogła zapomnieć o anonimowym liście z pogróżkami, który wypadł z marynarki jej męża. Zaczęła układać w głowie wydarzenia niczym puzzle i doszła do wniosku, że to pobicie musiało mieć coś wspólnego z tym listem. Brakowało jej jednak elementów, by ułożyć historię w całość. Zdecydowała się wstać i na paluszkach powędrować do miejsca, gdzie jej mąż pozostawił odzież.
Miała w planach przeszukać jego kieszenie, ale ledwie dotarła do drugiej z nich, a blaszana, zdobiona piersiówka wypadła z tej wewnętrznej i zderzyła się z podłogą. Amanda wystraszyła się tego dźwięku na tyle, że cofnęła się o dwa kroki, wpadła na stoliczek, ten się zachwiał, a wazon potłukł. Kwiaty się wysypały, a zimna woda wylała zalewając nieco jej bose stopy, przez co wydała z siebie pisk niezadowolenia.
– Samo wszystko pospadało – odezwała się, zanim jeszcze Marco dał znać o tym, że został zbudzony.
– Zawsze takie rzeczy przytrafiają się właśnie tobie i zawsze same – odparł, zapalając lampkę nocną po swojej stronie. Zaczął przyglądać się nocnemu wyczynowi żony. – Po co wstałaś? – zapytał, przecierając zmęczoną twarz. Natrafił na zasinienia i rozerwaną skórę łuku brwiowego, przez co syknął z bólu, a nieco krwi ponownie zaczęło cieknąć powoli wąską stróżką po jego twarzy.
– Tak... o, po prostu. – Wzruszyła ramionami niczym istne niewiniątko.
Marco zaczął przyglądać się uważniej swojej marynarce, którą ciągle trzymała w dłoniach. Zauważył też piersiówkę, która znajdowała się na ziemi. Usiadł na łóżku i wyciągnął dłoń po swoją własność. Przez moment zawahała się czy mu ją oby na pewno oddać, ale w końcu, nie postąpiwszy kroku, wyciągnęła rękę z marynarką przed siebie. Nie spodziewała się tylko tak mocnego szarpnięcia i choć Marco chwycił za materiał, a nie jej nadgarstek, to ona przez to o mały włos, a poleciałaby do przodu.
Brunet wstał i założył odzienie wierzchnie na siebie. Sięgnął też po spodnie, które spoczywały na krześle, zupełnie nie tam gdzie je porzucił. Ubrał się prowizorycznie, pozostawiając klatkę piersiową nagą i skierował swoje kroki do wyjścia z pokoju.
– Dokąd idziesz? – zapytała, szybko ruszając za nim.
Zatrzymał się i nie odwróciwszy, uniósł rękę nieco do góry, łącząc kciuk z palcem środkowym.
– Jeśli okaże się, że w środku nocy, będę musiał wyciągać szkło z twoich stóp, to mogę ci zagwarantować, że zamiast do kuchni po zmiotkę, udam się do stajni po szpicrutę – przemówił ostro, czym skutecznie zatrzymał ją w miejscu.
– Nie wiem o co ci chodzi – poskarżyła się. – Cały czas mi grozisz – dodała i teatralnie pociągnęła noskiem.
– Niesłusznie? – zapytał spokojnie, odwracając się w jej kierunku. – Niesłusznie!? – ryknął doniośle i postąpił dwa kroki w kierunku żony.
Cofnęła się, jakby była popychana jego gniewem, wymalowanym na twarzy tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd. A przynajmniej nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała go tak bardzo zdenerwowanego.
– Stój w miejscu – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Zatrzymała się, on także stanął. Zmielił język w ustach, mlasnął niezadowolony, a potem nieco się rozpromienił.
– Nic się nie stało, każdemu się mogło zdarzyć – oznajmił, wyraźnie spuszczając z tonu. – Ale dobrze wiesz, że ja nigdy nie mogę usnąć wieczorami, a jak już się wybudzę, to potem do rana nie zasnę ponownie, dlatego tak nie lubię buszowania nocami – wyjaśnił, gestykulując przy tym prawą dłonią.
– To trzeba było nie szlajać się nocami, tylko spać – odburknęła.
– Mój wywód miał być wstępem do tego, iż chciałbym byś ty uprzyjemniła mi czas oczekiwania na świt, ale widzę nadal masz nieuzasadnione humorki.
– Muchomolki? – zapytał Pedro, wystawiając główkę między drzwiami a futryną i przypatrując się pokojowi rodziców, zupełnie tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
Chłopczyk ledwie minął próg, a ojciec już ruszył, by go pochwycić. Uczynił to jedną ręką, uniósł i postawił na łóżku.
– Stój tutaj, byś się nie pokaleczył – wyjaśnił.
– Nie polecył – usiłował powtórzyć. Po chwili zaczął wesoło podskakiwać na łóżku, najpierw delikatnie, jakby się bujał, a później coraz mocniej i coraz wyżej.
Amanda patrząc pod nogi wyminęła szkło i usiadła na łóżku. Zatrzymała syna, chwytając go za ramiona i usiłowała sprowadzić do pozycji siedzącej, ciągle obserwując przy tym niezadowoloną minę swojego męża.
– Siadaj, bo widzisz jaki tata jest zły.
– Tatko ma gagę – zauważył rezolutny dwu i pół latek, wskazując palcem na twarz ojca, a następnie odwracając główkę w stronę matki.
– Krwawisz – objaśniła mężowi.
– Dobrze, że ty nie. Przynajmniej będziemy mieli co robić do rana – odpowiedział. Wychodząc, rzucił jeszcze przez ramię – uspokój go i połóż spać, i najlepiej uczyń to zanim wrócę.
Amanda zignorowała słowa Marco i zupełnie się nimi nie przejmując, zaczęła łaskotać małego Pedra, czym sprawiła, że chłopiec nie tylko usiadł, ale nawet położył się na ich łóżku. Przestała i obserwowała jak jej mały szkrab się uśmiecha, pokazując górne ząbki, oglądając przy tym swoje rączki.
– Nie lubi mnie – niespodziewanie przemówił dziecięcym głosikiem, nie przestając się przy tym cieszyć.
– Co ty mówisz? O tacie? – dopytywała.
Chłopczyk spoważniał i przytaknął główką.
– Głupoty opowiadasz. Bardzo mocno się kocha. – Zaczęła unosić piżamkę syna do góry, by wycałować go po brzuchu, tak jak lubił najbardziej, ale Pedro powstrzymał ją przed tym, ponownie odzywając się:
– Nigty mnie nie lubi.
Chwyciła syna za rączki, szarpnięciem postawiła na nóżki i przytuliła do siebie, trzymając dłoń na jego główce. Zaczęła się zastanawiać nad sensem słów swojego jedynego dziecka. Gdybała, czy jest to tylko dziecięcy kaprys i rzucanie zdań na wiatr, czy ubranie w słowa prawdziwych odczuć. Musnęła jego pyzaty policzek i wstała, całkiem zapominając o rozsypanym na podłodze szkle. Syknęła bardziej ze strachu niż z bólu i było to akurat w momencie, gdy Marco powrócił do pokoju. Usiadła na łóżku, ciągle trzymając syna na rękach.
– A prosiłem o coś – przypomniał, kucając przy niej ze zmiotką w dłoni.
Sądziła, że jej mąż chce się zabrać do zamiatania. Ten jednak pozostawił narzędzia do tego służące na podłodze i pochwycił za jej łydkę.
– Pokaż – polecił.
– Pewnie nic mi się nie...
– Pokaż – powtórzył, tym razem akcentując swoje słowo smagnięciem samymi palcami o kobiecą, nagą łydkę. I ciężko było uznać ten czyn za delikatne trącenie.
Tym razem pani Falcone jednak miała rację i szkło ledwie musnęło jej skórę, nie wbijając się w nią.
– Mama tes gaga? – zapytał Pedro, spoglądając to na ojca, to na matkę.
Pokręciła głową na nie i trąciła swoim nosem o jego nosek, uśmiechając się przy tym wesoło.
– Nie, mama nie ma gagi – odpowiedziała. – A ty – zwróciła się stanowczo do męża – jeszcze raz tak zrobisz, a ci oddam – ostrzegła, a potem, jak gdyby nigdy nic powróciła do łaskotania syna.
Chłopiec o kręconych włosach w kolorze ciemnej czekolady zaśmiał się w głos.
– Może go tak nie rozbawiaj? – przerwał im zabawę Marco, puszczając mimo uszu groźbę, którą żona wyprowadziła w jego kierunku.
– Dlaczego? Przecież już świta, a on ma zupełnie jak ty, gdy już się zbudzi, to tak szybko ponownie nie zaśnie – odpowiedziała.
– Może jednak warto byłoby go położyć do łóżka i posprzątać ten bałagan, który natworzyłaś.
– Możesz mnie nie ganić w sposób, jakbym miała osiem lat?! – zapytała, lekko podnosząc przy tym ton.
– Mogę. Myślę, że mogę – odpowiedział, zbliżając jej stopę do swoich ust. Musnął delikatnie, po czym podniósł się z kucek na równe nogi i podszedł do komody. Napełnił szklankę mocnym trunkiem i wypił do dna. Zaczął się rozbierać do bielizny, w międzyczasie napełniając szklankę ponownie.
– Pewnie, najlepiej się upić – skomentowała niezadowolona i posadziła syna na łóżku, a sama przykucnęła. – Posiedź chwilkę spokojnie, a mama pozamiata. Tylko uważaj i nie schodź, a ojcem się nie przejmuj. Ugryzła go dzisiaj jakaś, pewnie dwumetrowa, mucha.
– Dwumetrowa – zadrwił w głos.
– Możliwe, że taka co miała metr w kapeluszy – zaśmiała się. – Zawsze byłeś skory do bitki, choć bić się nie umiałeś. Całe dzieciństwo brat nadstawiał za ciebie karku, a ja łagodziłam opuchliznę na twojej twarzy – wypomniała.
– Dlatemuś ma gagę? – dopytywał szczęśliwy i zaciekawiony Pedro. Zaczął wesoło wymachiwać nogami w oczekiwaniu na odpowiedź, ale nikt z dorosłych nie raczył mu jej udzielić. Posmutniał nieco, ale już po chwili wymyślił sobie nową zabawę, a było nią rzucanie małymi poduszkami. Jedną z nich nawet trafił w rodzicielkę, ale ta się nie pogniewała, tylko mu ją odrzuciła, choć wykonywała czynność, której nie tyle nie lubiła, co nie potrafiła jej wykonywać. Amanda nigdy w życiu wcześniej nie musiała sprzątać.
– Co on znowuż wyrabia? – zapytał Marco i widząc jak nieporadnie Amanda sunie szczotką po podłodze, postanowił ją wyręczyć.
– Dziękuję – powiedziała i bez upierania się oddała na jego dłonie zmiotkę oraz szufelkę.
Marco skończył i przysiadł po drugiej stronie łóżka, a mały Pedro dalej rzucał poduszkami, których już zaczynało mu brakować.
– Podas? – zapytał ojca, kiedy tylko odrzucił na środek pokoju ostatnią.
– Nigdy w życiu – usłyszał w odpowiedzi.
Urażony Pedro rzucił ojcu niezadowolone spojrzenie, a usteczka ułożył w podkówkę, ale brwi ściągnął i czoło zmarszczył, zupełnie tak, jakby był gotowy do ataku.
– Uglyznę ciebiem – zagroził.
Marco całkiem zignorował słowa jedynaka, co przyszło mu z niezwykłą łatwością, zapewne dlatego, że bardzo często zwykł tak czynić. Chłopiec jednak nie lubił być ignorowany i zdecydował się sięgnąć po większą z poduszek, by rzucić nią w ojca. Nie trafił, zamiast tego poduszka poleciała wprost na oparcie krzesła i wywaliła je z niemałym hukiem.
Zanim mężczyzna zdążył szarpnąć dzieckiem, żona chwyciła go za wyciągniętą rękę i zacisnęła ją na jego nadgarstku.
– Ani się waż – przemówiła powoli, ale niezwykle pewnie. – Tknij go, a...
– Nie chciałem niczego mu zrobić – przerwał jej szybko. Poczekał aż go puści, a potem złapał syna za rączkę i pociągnął do przodu, sprawiając, że mały uklęknął na łóżku. – Chciałem go tylko zabawić, byś mogła w spokoju odnieść to wszystko na dół – dokończył, wskazując samym wzrokiem na zmiecione na szufelkę szkło i szczotkę. Następnie pomógł chłopcu doczłapać się nieco do przodu, nazywając go przy tym łobuzem i hultajem.
– Fotolafia. – Chłopiec wskazał palcem komodę, na której umiejscowiona była ramka ze zdjęciem ślubnym jego rodziców. Poczekał aż tata weźmie go na ręce i zaniesie na tyle blisko, by mógł pochwycić oprawkę w dłonie. Bez trudu rozpoznał na nim mamę. Z ojcem miał nieco więcej trudności, gdyż był na nim ustawiony prawym profilem, na dodatek jego policzki okalał zarost, który specjalnie na czas zaślubin zapuścił, by uchodzić za nieco starszego, niż był w rzeczywistości.
Amanda w tym czasie odłożyła pełną zmiotkę nieopodal drzwi, twierdząc, że odnieść rzeczy na miejsce można później i podeszła bliżej męża i syna. Stanęła na palcach i spojrzała przez ramię Marca na dobrze jej znane zdjęcie.
– Przepraszam – szepnęła, sądząc, że jej mąż mógł poczuć się urażony oskarżeniem, które niesłusznie wyprowadziła w jego kierunku. W końcu niezależnie od tego jak bardzo Marco się złościł i irytował na Pedra, nigdy w życiu nie podniósł na niego ręki.
– Nic się nie stało – odpowiedział z ciepłym uśmiechem i posadził dziecko na blacie komody. – Patrzysz na mnie przez pryzmat wspomnień związanych z własnym ojcem, to normalne – stwierdził, sięgając dłonią do jej ramienia. Delikatnie je potarł. – Nie przejmuj się tak, nie jestem pamiętliwy.
– Jedziemy jutro do Sylvii i Martina. Mógłbyś wybrać się z nami – zaproponowała. – Spędzisz z nim trochę czasu. – Spojrzała znacząco na synka i wyczekiwała przeczącej odpowiedzi męża, jednocześnie smutno się uśmiechając. W rzeczywistości bardzo jej go brakowało. Od narodzin Pedra oddalili się od siebie. Czuła to i znała powód. I to nie Pedro nim był, a ona sama. Z początku poświęcała synowi każdą jedną chwilę swojego życia, nie chcąc powierzyć go w niczyje ramiona, nawet te należące do jej własnego męża, do ojca chłopca.
– Zgoda – powiedział nagle, czym wprawił ją w spore zdziwienie. Przybliżył się, by musnąć gładkie czoło żony, a potem powrócił do synka, który mało by brakowało, a wywinąłby orła z komody. – Musisz się ciągle wiercić? – zapytał.
– A zebyś wiedział, ze musem – odpowiedział hardo dwu i pół latek, a przy tym zwinięte w pięści dłonie podparł na biodrach oraz wypiął pierś do przodu, czym wprawił dorosłych w żywe rozbawienie.
– Ma twój charakter – stwierdził z początku pewnie Marco, a później jego twarz przybrała dziwny wyraz, jakby czegoś bardzo żałował.
Amanda sięgnęła po album i wręczyła go synowi. Zaczęła przewracać strony. Pokazywała palcami na różnych ludzi i nazywała ich imieniem, czasami też nazwiskiem. Dotarła do zdjęcia grupowego służby, odświętnie ubranej na czas uroczystości jej zaślubin.
– Ładna pani – skomentował niespodziewanie Pedro, a Marco wychylił się i stanął nieco z boku, gdyż do góry nogami niewiele widział.
Stojąc z boku także niewiele zobaczył, gdyż chłopiec przysłaniał twarz ładnej pani paluszkiem. Chwycił go więc delikatnie za rączkę i uśmiechnął się przepraszająco, gdy tylko dziecko się na niego wejrzało spod zmarszczonego czoła i ściągniętych z sobą brwi. Amanda zawsze lubiła jak Marco się uśmiechał w taki specyficzny, nieco cyniczny sposób. Ubóstwia też jak Pedro się złościł i czynił te swoje grymasy, bo wydawał jej się wtedy niezwykle uroczy. Cały czas żywiła nadzieję, że wszystko się jeszcze kiedyś poukłada. Myślała, że gdy Pedro nieco podrośnie to będzie mniej absorbujący, a tym samym jej mąż odzyska żonę i wypogodnieje.
– To ta młodziutka – rzuciła, zerkając na zdjęcie. – Nawet piętnastu lat nie miała – wspomniała i uczyniła zamyśloną minę. – Nie pamiętam, jak jej było na imię – przyznała bez cienia zawstydzenie. Ostatecznie nie musiała pamiętać wszystkich, zwłaszcza tych, którzy byli dla niej zupełnie nieważni.
– Adele – wyszeptał Marco, ale coś w tonie jego wypowiedzi wydało się Amandzie dziwne, dlatego spojrzała na niego w pytający sposób i przyjrzała się mu od czubka głowy po bose stopy. – Coś nie tak? – zdecydował się zapytać i znów się uśmiechnął w ten sam sposób co wcześniej do syna, tylko teraz jego oczy się nie śmiały, były przelęknięte, zdradzały obawę.
– Pamiętasz ją? – zdziwiła się. – Pracowała krótko – dodała z jawnym niezadowoleniem.
– Gdyby nie ona, to umarłabyś. Więc tak, pamiętam ją – przyznał.
– Faktycznie, powinnam być jej wdzięczna, ale i tak nigdy jej nie lubiłam – odparła najszczerzej jak tylko mogła, czym chciała zmazać swoje wcześniejsze wątpliwości, odnośnie niewierności własnego męża, który wtedy, gdy Adelaide u nich pracowała, był jeszcze tylko jej narzeczonym.
Przed oczami Amandy pojawiły się wspomnienia sprzed lat, gdy zaraz po przyjeździe do Włoch, do posiadłości należącej do rodziny Falcone, ciężko zachorowała. Marco wtedy przy niej był. Pomimo że była tak bardzo zakatarzona i z nieustannie łzawiącymi oczami, to łaknęła jego towarzystwa, jego obecności. Teraz, po latach, wspominała, że spisywał się w tamtych dniach na medal, ale była zbyt dumna i zbyt obrażona na stan w jakim powrócił obecnej nocy, by mu o tym powiedzieć, by go za tę przeszłość pochwalić.
Wspomnienia jednak przetrwały, a w nich ona leżała w łóżku i ociekała potem tak bardzo, że jej włosy kleiły się do ciała, szczególnie do twarzy, do policzków, a Marco, pomimo tego, nie opuszczał jej niemal na krok. Siedział przy niej, odważny na tyle, by nie obawiać się, że go zarazi. Codziennie rano czytał jej świeżą gazetę, szczególnie rubrykę o nowinkach teatralnych i operowych, gdyż te tematy interesowały ją najbardziej. Bolało go, gdy widział jej cierpienie, to jak się męczy, jak walczy o każdy oddech, jak krztusi się tak bardzo, że aż nie może ponownie nabrać powietrza. W tamtych chwilach się bał, że jej to nie minie, że od tego umrze, choć zaczęło się całkiem niegroźnie, na tyle niewinnie, że nawet nie podejrzewał, iż choroba może się tak rozpanoszyć po organizmie w tak krótki czas.
W tamtych dniach zdarzało mu się płakać, ale nigdy w jej obecności. Ukrywał łzy, będąc zamknięty w swoim pokoju, pijąc do lustra. Zazwyczaj czynił to wieczorami, by nazajutrz znowu, pomimo chronicznego zmęczenia i wyczerpania oraz mocnego bólu głowy, znaleźć się przy niej, trzymać ją za rękę, opowiadać bajki i snuć piękne plany na przyszłość, choć powątpiewał, iż ich wspólna przyszłość w ogóle nadejdzie.
Niedoszła teściowa, pani Elsa de Rodríguez, wcale nie doceniała tego, ile Marco robił dla Amandy. Prościej jej było go obwiniać i zwalać na niego winę, bo to w końcu dla niego Amanda uparła się, by przybyć wcześniej do Włoch.
– Mogła ją pani zatrzymać – odpowiedział, sądząc, iż dziewczyna śpi. – Mogła ją pani powstrzymać, pani hrabino i przywieź tutaj później, o czasie w jakim i pani się tutaj zjawiła – dodał.
– I myślisz, że mogłam coś zrobić!? – wydarła się na niego. – Gdy chodzi o ciebie, to nie mam na nią żadnego wpływu! Niestety! – wykrzyczała prosto w jego twarz.
Marco Falcone spuścił wtedy głowę, uśmiechnął się smutno i zaraz po tym, gdy ponownie zerknął swymi niebieskimi oczami na tę wstrętną kobietę, odparł:
– Proszę więc nie wymagać ode mnie, bym ja miał wpływ na kogokolwiek, na tak dużą odległość.
– Ale po ślubie pozna swoje miejsce? – ciągnęła niedoszłego zięcia za język, wiedząc, iż Amanda już dawno jedynie leży, że się obudziła z tej krótkiej drzemki, bo ich krzyki przedarły się nawet do krainy jej prywatnego Morfeusza.
– To pani powiedziała, a nie ja! – uniósł się, ale bardzo nieznacznie. Raczej głośno zaprotestował, niż krzyczał. – Kocham ją taką jaka jest i zawsze staram się zrozumieć. Kwiat bez tego co mu potrzebne do życia, marnieje. Nie mogę więc pozbawiać jej tego, co jest dla niej jak woda, ziemia, powietrze i słońce. Muszę ją kochać z tymi szalonymi pomysłami, energią dziecka, własnym zdaniem i niezłomnymi poglądami. Nie chcę jej wtrącać do klatki, nawet, gdyby ta miała być szczerozłota i wysadzana brylantami, bo nic niewart jest nawet najpiękniejszy niewolnik – dokończył, a potem opuścił pokój.
Amanda uznała wtedy, że ma prawdziwe szczęście, że najprawdopodobniej została w czepku urodzona, skoro trafiła na tak dobrego człowieka i miała z nim złączyć swoją przyszłość już na wieki. Nie omieszkała podzielić się swym prywatnym zdaniem na temat wybranka z rodzicielką. Elsa jednak wcale nie widziała przyszłości w tak optymistycznych barwach jak jej jedynaczka. Uważała, że zakochani mężczyźni plotą różne bzdury, ale że miłość trwa krótko, najwyżej trzy lata i zazwyczaj dopiero po tym okresie namiętnych uniesień mężowie pokazują swe prawdziwe oblicze.
– Twój ojciec też nie przyłożył mi na cześć naszych zaręczyn – warknęła, pozostawiając córkę samą.
Amanda po takich słowach matki czuła się tylko gorzej, ale była pewna swej decyzji. Była młoda, ale nie wątpiła w to czego chce, gotowa złożyć przysięgę przed bogiem choćby zaraz, z miejsca, z łóżka, ale stawała się coraz słabsza. Z dnia na dzień odmawiała przyjmowania jedzenia, bo nie była w stanie niczego przełknąć, aż w końcu zasnęła tak mocnym snem, że nie mogła się z niego wybudzić.
Lekarze okazywali się być zawodni, choć Marco sprowadzał wszystkich, o których tylko słyszał pochlebne opinie. Bóg także nie pomógł, bo gdy chciał, by została odprawiona msza w intencji powrotu do zdrowia jego ukochanej, to ksiądz w jej stanie dopatrzył się demona, który się nią żywi i proponował nie msze, ale egzorcyzmy. Dopiero Adele, gdy Marco polecił jej rozpakowanie walizek Amandy, odnalazła tam liść przypominający czosnek niedźwiedzi. Była jednak pewna, że to nie jest on, gdyż ten obumierał i niemal zupełnie nie występował w okresie jesieni oraz zimy. Sama dobrze nie znała się na roślinach, ale jedna z sióstr zakonnych sierocińca, w którym się wychowała, była zapaloną zielarką. Rozpoznała więc w liściu trującą konwalię. Powiedziała o tym Marcowi, a wtedy sprowadzony przez niego lekarz wiedział, jak zareagować, jaką odtrutkę przyrządzić i dzięki temu Amanda zaczęła wracać do zdrowia, i to niemal natychmiast. Oczywiście objawy przeziębienia, które przypadkowo zbiegło się z zatruciem, jeszcze na ponad tydzień jej nie opuszczały, ale była przytomna, znikła nadmierna potliwość, a oczy znowu się śmiały.
– O czym myślisz? – zapytał Marco nagle, czym wyrwał żonę z zamyślenia, a mały Pedro także zaczął się dopominać o uwagę matki.
– O Adele – odpowiedziała szczerze i ponownie zerknęła na fotografię, na której znajdowała się cała służba, w tym także młoda, szczupła brunetka. – Co się z nią stało? – zapytała nagle, a jej mina wskazywała na to, że sama usiłuje sobie przypomnieć.
– Wyjechała jeszcze przed tym zanim Pietro się urodził.
– Pedro – poprawiła męża. – Daliśmy mu na imię Pedro.
– A co to za różnica? – spytał zmieszany. – U was święty Pedro, u nas święty Pietro, u Anglików Peter czy Piter, a u Francuzów Pierre. To jedno i to samo imię – stwierdził.
Amanda nie miała zamiaru z tym dyskutować, bo powaliły ją argumenty męża. Postanowiła więc powrócić do Adele.
– Dokąd wyjechała?
Marco nakrył górną wargę dolną, pokręcił głową, po czym dwukrotnie wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia. Nie pytałem.
– Dlaczego?
Zaśmiał się i zdziwił.
– Sam nie wiem. Może mnie to nie obchodziło. – Odwrócił się plecami do żony i kierując w stronę łóżka, dodał – z Borysem wyjechała.
Amanda poczuła jakby album pełny zdjęć zrobił się nagle niewyobrażalnie ciężki, dlatego wypuściła go ze swych dłoni, tylko po to, by po chwili podnieść i odstawić na miejsce. Huk upadku albumu przywołał ją do rzeczywistości i sprawił, że wspomnienia po Adele i Borysie nieco zbledły.
– Któly to Bolys? – spytał Pedro i zaczął podskakiwać, by z podłogi dosięgnąć do albumu. – Któly Bolys? – dopytywał.
– Żaden – odpowiedziała Amanda i odeszła nieco od syna, gdyż nagle poczuła ochotę na zapalenie papierosa.
– Któly, któly!? – nie dawał za wygraną dwu i pół latek.
– Idź do łóżka – usłyszał w odpowiedzi od swej rodzicielki.
Nie zamierzał tego czynić, ale głośne i krótkie, wywrzeszczane Spać!, jakim uraczył go ojciec, sprawiło, że zalał się łzami i wystraszony pobiegł do swojego pokoju.
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz