Przedmioty po nas pozostają
Amanda zbudziła się później niż zwykle, o wiele później niż planowała. Tego dnia chciała wyjątkowo wstać wcześniej, by przygotować wszystkie potrzebne rzeczy do podróży. Sylvia i Martino nie mieszkali daleko, bo na końcu miasteczka, właściwie to już na przedmieściach, nieopodal lasu i rzeki, ale i tak chciała być przygotowana na każdą ewentualność, choćby na zmianę pogody czy to, że Pedro może się umorusać od stóp do głów i to niejednokrotnie.
Otworzyła zaspane oczy i sięgnęła po blaszany zegarek z budzikiem. Domyśliła się, że nie zadzwonił, bo ktoś go wyłączył, jednak nim zdążyła podnieść krzyk, to drzwi pokoju uchyliły się i przecisnął się przez niewielką szparę jej synek. Chłopiec ubrany był odświętnie, ale nie na tyle elegancko, jakby wybierali się z nim na poranną mszę. Miał na sobie popielate spodnie, białą koszulę i pomarszczone, czarne szelki zaciągnięte na ramiona. Do tego muchę w kropki i beret z daszkiem zarzuconym do tyłu, dzięki czemu wyglądał doprawdy uroczo, ale jednocześnie jak łobuzowaty hultaj.
Pedro od razu podbiegł do mamy i władował się z butami na łóżko. Amanda jednak nie zwracała już większej uwagi na poczynania swojego jedynaka, bo tym razem drzwi od pokoju otworzyły się szerzej. Marco przestąpił próg z tacą w dłoni. Ułożył ją na stoliku nocnym po stronie żony i przysiadł na brzegu łóżka.
– Przed ślubem każdy dzień zaczynałaś ciastkiem, kawą i papierosem – wspomniał i rzucił okiem na srebrną tace, na której to wszystko było ułożone, a do tego elegancko przyozdobione herbacianą różą oraz fikuśnie zwiniętą serwetką.
– To było dawno – odparła z nostalgią. – Wymykaliśmy się też nocami i jechaliśmy rowerami nad rzekę, by nie hałasować odpalaniem silnika automobilu.
– Ścigaliśmy się. – Kąciki jego ust uniosły się samoistnie ku górze, a on sam zapatrzył się w krajobraz rozchodzący się za oknem, choć z tej perspektywy widział jedynie niebo i kilka drzew, ich gałęzie i liście, które ów niebo w pewnej części przysłaniały.
– Raz rozpędziłeś się tak mocno, że nie wyhamowałeś i wpadłeś do wody – przypomniała.
– Tak. – Zaśmiał się, a przed jego oczami pojawił się obraz z przeszłości, gdy Amanda poszła w jego ślady i tak jak on weszła do wody w ubraniu, by nie czuł się osamotniony i nie musiał jako jedyny wracać w mokrych rzeczach. – Byliśmy wtedy młodzi.
– Ja nadal jestem młoda – oburzyła się i chwyciła za papierośnicę. Wyjęła jednego papierosa i poczekała aż Marco jej go odpali, a następnie sięgnęła po dużą filiżankę pełną czarnej kawy z odrobiną koziego mleka. Tego krowiego nie lubiła, nie czuła się po nim najlepiej. – A wy nie jecie? – zapytała i spojrzała na swoich chłopców.
– My już jesteśmy po śniadaniu. Martha nas spakowała do wyjazdu. Tak więc czekamy tylko na ciebie – objaśnił mąż.
– Co jadłeś? – szepnęła do leżącego obok niej i bawiącego się swoimi szelkami Pedra.
– Bezem. – Ucieszył się chłopiec, a potem energicznie wstał i pobiegł do pokoju obok, gdyż przypomniał sobie, że nie podał Marthcie nowej piłki, by i ją spakowała. Uwielbiał ją kopać. Czasami nie trafiał, a czasami skórzany, okrągły przedmiot leciał w zupełnie innym kierunku niż sobie zaplanował, ale nie zrażał się tym i konsekwentnie ćwiczył dalej.
– Przepraszam, że ostatnio byłem taki okropny – wypowiedział spokojnym tonem Falcone, kładąc dłoń na udzie żony.
– Martwisz się wyborami, to normalne, że masz humorki – odparła chłodno i nawet na niego nie spojrzawszy, sięgnęła po talerzyk deserowy, na którym znajdowała się duża, puszysta kremówka. – Jedno śniadanie do łóżka niczego nie zmienia – dodała, ściągając pierwszą warstwę ciasta i zatapiając łyżeczkę w kremie.
– A co mam zrobić? – postanowił dopytać, naprawdę chcąc jej wynagrodzić cały zły czas.
– Po prostu być.
– Jestem tu.
– Nie, nie ma ciebie, Marco. Jesteś gdzieś obok, nieobecny. Nie jest już tak jak było kiedyś – stwierdziła, nie kryjąc przy tym smutku.
– Nasz miesiąc miodowy nie mógł trwać wiecznie – odpowiedział i przerwał. Rzucił się w bok, by odbić piłkę, którą Pedro niespodziewanie rzucił zaraz po ponownym wejściu do pokoju rodziców. Gdyby Marco jej nie odbił, to zapewne potłukłyby się wszystkie kryształy, które ustawione były na niskiej, ciężkiej, wykonanej z ciemnego drewna komodzie. – Nie graj piłką w domu – zwrócił chłopcu uwagę, przybierając przy tym ostry ton, na co Amanda jedynie pokręciła głową, dochodząc do wniosku, że nawet jeśli Marco się zmieni, to niewiele.
– To jus choćmy – rozkazał z miną prawdziwego dowódcy mały chłopczyk. Podszedł do zabawki, by ją podnieść i skierował swoje kroki w stronę białych drzwi.
– Pójdę za nim, by nie spadł ze schodów. Poczekamy na ciebie na dole. – Marco ruszył za chłopcem, który uparcie dopominał się zjechania po poręczy.
Amanda słyszała nawoływania Pedra nawet przez zamknięte drzwi, bo jej mąż, jak zwykle, zapomniał o tym, by pozostawić je uchylone.
Pani Rodríguez de Falcone wcale, ale to wcale się nie spieszyła. Uznała, że Marco powinien spędzić trochę czasu z ich synem sam na sam, choćby po to, by się przekonać o tym jak to jest i potem jej nie sugerować, że on ma prawo czuć się zmęczony po pracy, a ona nie, bo przecież cały dzień jedynie bawiła się z dzieckiem. Co prawda nigdy szczególnie nie narzekała, bo na świecie były kobiety, które miały znacznie gorzej od niej. Takie, które zajmowały się, nie tylko jednym dzieckiem, ale gromadką dzieci, a do tego prowadziły same cały dom i robiły w gospodarstwie. Ona sama nie miała takich zmartwień, bo sprzątała i gotowała za nią służba. Nie musiała też martwić się o pieniądze, choć z nimi bywało różnie i nadal przechodził ją chłodny dreszcz, gdy wspominała awantury związane właśnie z ich brakiem.
Wstała, zasiadła przy toaletce i zajęła się rozczesywaniem włosów. Potem przywdziała wygodny gorset z miękkiego materiału, kremową koszulkę na długi rękaw i brązową spódnicę sięgającą ledwie do kostek. Upięcie włosów zajęło jej chwilę. Zdecydowała się na luźny warkocz i podpięła go tak, by nie opadał na plecy. Niewiele czasu poświęciła na zrobienie makijażu, bo to nie było konieczne. Nawet bez niego dobrze się prezentowała i sama zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo jest urodziwa.
Zeszła na dół, wcześniej zamykając drzwi na klucz. Minęła Giovanniego. Uśmiechnęła się i skłoniła, gdy usłyszała jego charakterystyczne:
– Belleza* , jest pani coraz piękniejsza. – Giovanni zawsze starał się wpleść do każdego jednego zdania, które kierował do Amandy choćby jedno hiszpańskie słowo, sprawiając tym, że czuła się trochę jak u siebie w kraju.
Amanda usłyszała sygnał klaksonu, a przez otwarte okno zobaczyła jak mały Pedro siedzi Marcowi na kolanach i udaje, że prowadzi samochód, kręcąc przy tym kierownicą we wszystkie strony i co jakiś czas trąbiąc. Udawał też silnik, czyniąc ustami brrrym, brrrum i nieco się przy tym opluwając. Uśmiechnęła się do tego uroczego obrazka i już miała podążyć do drzwi prowadzących na zewnątrz, gdy przyuważyła, że gabinet jej męża nie jest dokładnie zamknięty. Drzwi były lekko uchylone.
Walczyła z sobą i pokusą, bo wychowana została tak, że wiedziała, iż nie należy grzebać w cudzych rzeczach. Usprawiedliwiła się jednak tym, że Marco, przecież był jej mężem, a w małżeństwie wszystko było wspólne. Tak więc w jej mniemaniu, to on właściwie nie posiadał swoich rzeczy, bo wszystko to co miał, to były ich rzeczy, bez podziału na twoje i moje.
– To jest nasze – powiedziała szeptem do samej siebie i chwyciła w dłoń kwadratową klamkę. Pchnęła jedno skrzydło drzwi, a po wtargnięciu do pomieszczenia, spróbowała pozostawić dokładnie taką samą, małą szczelinę jaka była wcześniej, nim ona zaczęła ingerować w ich ułożenie.
Stanęła na środku ciemnozielonego dywanu, który zakończony był kremowym obszyciem. Był gładki, jednolity. Nigdy jej się nie podobał. Rozejrzała się, kręcąc dookoła. Starała się sobie przypomnieć kiedy była w tym miejscu po raz ostatni i jak wiele się w nim zmieniło.
Minęły lata – uświadomiła sobie i spojrzała na biurko, na którym niegdyś siedziała. To od niego postanowiła zacząć.
Otworzyła górną szufladę, ale nie znalazła tam nic oprócz rachunków, faktur i umów. Na poniższej półce znajdowała się maszyna do pisania, więc i te drzwiczki zamknęła chwilę po otworzeniu. Po drugiej stronie biurka były już tylko cygara, papierosy, spinki do mankietów, krawaty, jeden fular i dwa kieszonkowe zegarki. I te szuflady pozamykała, ale po chwili ponownie otworzyła tę z zegarkami. Sięgnęła po jeden z nich. Wydawał jej się znajomy, a jednocześnie za bardzo zniszczony, by mógł należeć do Marca. Jej mąż dbał o takie przedmioty, nie rzucał nimi, o nic nie obijał, a ten blaszany przedmiot miał wiele rys i wklęśnięć. A poza tym był właśnie blaszany, a zegarki Marca były zazwyczaj srebrne, bo choć było go stać na złote, to ich nie kupował, gdyż nie lubił złota. Mawiał, że nie urodził się arystokratą, by je przywdziewać.
Amanda przyglądała się uważnie zdobieniom, rzymskim cyfrom, które znajdowały się na przedzie, jak i po otwarciu. Dostrzegła rdze i jakieś litery, które pod nią widniały. Wyjęła wsuwkę z włosów i starała się zdrapać przeszkodę na jaką natrafiła. Nie udało jej się tego uczynić w pełni, ale i tak dała radę odczytać: Borys S.
Wypuściła zegarek z dłoni, jakby ten parzył jej ciało. Przerażona wciągnęła głębiej powietrze i zamiast podnieść przedmiot z podłogi, to ona sięgnęła po drugi z zegarków. Na tym nie znalazła żadnego napisu, ni inicjałów. Odłożyła go i nachyliła się po ten upuszczony. Wtedy przyuważyła komodę z zamkiem. Była zdziwiona, że jej mąż zamontował otwieranie na klucz tylko w jednej z szuflad, choć dziękowała w duchu za to, iż nie był na tyle rozsądny, by ten zamek zamontować w górnej szufladzie i zdecydował się na dolną. Wiedziała, że nie ma za wiele czasu, ale pomimo tego zdecydowała się na podjęcie działań. Postanowiła wyjąć wszystkie górne szuflady, by dostać się do tej znajdującej się na samym dole.
Meble były ciężkie i to w każdym elemencie, a już zwłaszcza, gdy szuflady były wypełnione po same brzegi. Z pierwszą poszło gładko, bo nie była pełna nawet do połowy. W drugiej znajdowały się puste, kartonikowe opakowania, w których nieraz pakowane były drobne upominki dla gości. Przy trzeciej jednak pojawiły się schody, gdyż szuflada po wyjęciu okazała się na tyle ciężka, że Amanda nie dała rady jej utrzymać. W efekcie czego upuściła ją na ziemię, jednocześnie wysypując z niej całą zawartość. Coś huknęło, pękło, a zapisane kartki rozsypały się po drewnianej, lakierowanej podłodze, a niektóre z nich nawet dosięgnęły dywanu.
– Oh joder* – szepnęła hiszpańskie przekleństwo, będąc mocno przerażoną.
Spojrzała nerwowo za siebie, ale nie usłyszała żadnych kroków. Z początku miała zabrać się za zbieranie tego wszystkiego i robienie porządku, ale uznała, że może nie zdążyć i w każdej chwili może ktoś wejść do gabinetu. Zdecydowała, że tyle roboty nie może pójść na marne i od razu zerknęła na ostatnią z szuflad. Niestety, okazało się, że Marco był na tyle bystry, że wyjęcie wszystkich pozostałych, nie umożliwiało zajrzenia do tej jednej, bo przed nią znajdowała się jeszcze deska, która była z obydwóch stron przykręcona do brzegów mebla.
Pani Rodríguez de Falcone bardzo się zawiodła, ale nie miała czasu na to, by użalać się nad niepowodzeniem, gdyż z holu dobiegło nawoływanie jej męża:
– Zerknij na Pedro! Idę po Amandę!
Odczekała trochę, na tyle długo, by jej mąż zdążył znaleźć się na półpiętrze, a potem chciała wyjść w taki sam sposób w jaki weszła. Niestety, drzwi okazały się być zamknięte i to na klucz.
Jak to możliwe bym nie usłyszała, że ktoś je zamykał? Czy ktoś mnie widział? – pytała samą siebie w myślach.
Poczuła się jak w potrzasku. Była w pułapce. Pozostało jej jedynie okno, w którym jeszcze nie zamontowano krat. Otworzyła je i przełożyła jedną nogę, a kiedy miała przełożyć następną i zeskoczyć w dół, to jej suknia zahaczyła o jeden z metalowych elementów, w efekcie czego utraciła równowagę i zaczęła spadać. Na szczęście nie było wysoko, bo gabinet Marca znajdował się na parterze, ale i tak nieco się potłukła, gdy upadła na trawę. Wstała i upewniwszy się, że nic jej nie jest, otrzepała się, by wyglądać schludnie. Udała się na przód budynku, gdzie mały Pedro jej wyczekiwał, ciągle zabawiając się kierownicą automobilu należącego do jego ojca.
– Pan Marco panią szukał – usłyszała od Giovanniego, który stał w progu i starał się jednocześnie koordynować pracą innych, jak i mieć oko na syna szefa.
– Wyszłam tylnym wyjściem – odpowiedziała. – Myślałam, że natrafię na Marthę. Nie mam zapałek – załgała.
– Mogła pani powiedzieć. Yo traería* – zapewnił, a potem odsunął się nieco w tył, by zrobić przejście panu Falcone. – Miłej podróży, państwu życzę! – zawołał z uśmiechem na ustach.
– Miłej pracy, tobie życzę – odparł Marco niezwykle służbowym tonem i zajął miejsce za kierownicą, przenosząc syna na kolana żony, która już siedziała obok.
Kiedy małżonkowie z małym Pedro zmierzali w kierunku przedmieść, by spędzić cały dzień bez zmartwień, trosk i niesnasek, to ktoś poczuł ulgę. Ten ktoś odetchnął już w chwili, gdy Amanda opuściła gabinet, bo wtedy nie musiał się już ukrywać w szafie i obawiać, że kobieta go odkryje. Miał możliwość wyjść i uczynił tak niemal od razu. Zamknął za nią okno i posprzątał bałagan, który po sobie pozostawiła, nie zdejmując przy tym czarnych, skórzanych rękawiczek, choć było w nich niemiłosiernie gorąco i niewygodnie. Wyszedł, używając do tego klucza. Pozostawił za sobą uchylone drzwi. Niczego wartościowego nie ukradł. Z gabinetu zabrał jedynie zegarek, ten blaszany, zniszczony, należący niegdyś do Borysa Swiryda.
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz