Przedmioty po nas pozostają
Amanda zbudziła się później niż zwykle, o wiele później niż planowała. Tego dnia chciała wyjątkowo wstać wcześniej, by przygotować wszystkie potrzebne rzeczy do podróży. Sylvia i Martino nie mieszkali daleko, bo na końcu miasteczka, właściwie to już na przedmieściach, nieopodal lasu i rzeki, ale i tak chciała być przygotowana na każdą ewentualność, choćby na zmianę pogody czy to, że Pedro może się umorusać od stóp do głów i to niejednokrotnie.
Otworzyła zaspane oczy i sięgnęła po blaszany zegarek z budzikiem. Domyśliła się, że nie zadzwonił, bo ktoś go wyłączył, jednak nim zdążyła podnieść krzyk, to drzwi pokoju uchyliły się i przecisnął się przez niewielką szparę jej synek. Chłopiec ubrany był odświętnie, ale nie na tyle elegancko, jakby wybierali się z nim na poranną mszę. Miał na sobie popielate spodnie, białą koszulę i pomarszczone, czarne szelki zaciągnięte na ramiona. Do tego muchę w kropki i beret z daszkiem zarzuconym do tyłu, dzięki czemu wyglądał doprawdy uroczo, ale jednocześnie jak łobuzowaty hultaj.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)

